Forum FAQ Szukaj Użytkownicy Rejestracja Statystyki Profil Zaloguj Albumy Kontakt

Poprzedni temat «» Następny temat

Prasówka

Autor Wiadomość
Basia Z. 


Dołączyła: 06 Wrz 2013
Posty: 3550
Skąd: Chorzów
Wysłany: 2014-02-09, 14:38   Prasówka

Z "Interii":

http://nowahistoria.inter...wan,nId,1100768

Cytat:

Obserwatorium na górze Pop Iwan

To nie otwarte 22 stycznia 1938 roku Wysokogórskie Obserwatorium na Kasprowym Wierchu było najwyżej położonym obiektem tego typu w II Rzeczpospolitej… Najwyżej wznosił się imponujący budynek na górze Pop Iwan w paśmie Czarnohory.

W roku 1935 roku Zarząd Główny Ligi Obrony Powietrznej i Przeciwgazowej ogłosił zamknięty konkurs architektoniczny na projekt gmachu Obserwatorium astronomiczno-meteorologicznego im. Marszałka Piłsudskiego na górze Pop Iwan (2028 m n.p.m.). Całemu przedsięwzięciu osobiście patronowali generałowie Tadeusz Kasprzycki i Leon Brabecki.

Do konkursu zostali zaproszeni architekci z Biura Planów Regionalnych Podhala i Huculszczyzny - Jan Cybulski i Zygmunt Skibniewski, Kazimierz Marczewski i Jan Pohoski oraz indywidualnie: Edmund Michalski, Stefan Listowski, Jerzy Woyzbun i Jan Cybulski. Celem było uzyskanie projektu, który w sposób najbardziej racjonalny, pogodziłby funkcjonalny charakter budynku przeznaczonego dla celów naukowych, z otaczającą go przyrodą.

Zasadnicze utrudnienie stanowiło dostosowanie architektury obserwatorium do funkcji badawczych. Zaplanowano dwie platformy: obserwacyjno-astronomiczną i meteorologiczną - wzajemnie odpowiednio oddalone i ukierunkowane względem stron świata oraz wyniesione na założoną wysokość ponad kotę szczytu. Równie trudną kwestią było przystosowanie budynku do surowego klimatu górskiego.

Prace oceniło jury, w którego składzie znaleźli się architekci tej miary co Bohdan Pniewski, Romuald Gutt i Jan Chmielewski. Jednogłośną decyzją sędziów za najlepszą spośród 5 nadesłanych prac uznano projekt Kazimierza Marczewskiego i Jana Pohoskiego.

Tworząc formę budynku, architekci posłużyli się zestawem prostopadłościennych i cylindrycznych brył, podkreślając przy tym poziome linie za pomocą okien wstęgowych. Dla osiągnięcia głównego celu konkursu, jakim było wpisanie obserwatorium w otaczający krajobraz, wykorzystali miejscowy kamień. Uzyskany efekt architektoniczny został w pełni doceniony przez jury, które w protokole zaznaczyło między innymi, że architektura obiektu, będąc wynikiem jak najbardziej syntetycznego ujęcia zagadnienia, jest wyrazem jego potrzeb, a jej prostota, nawet prymitywizm, komponuje się doskonale z surowym zarysem pasma Czarnohory.

Jesienią 1935 roku na górze Pop Iwan zaczęto gromadzić materiały budowlane i przygotowywać drogi dojazdowe. Materiały dowożono z oddalonej o 70 km stacji kolejowej w Worochcie, na szczyt transportowano je konno i na plecach ludzi. W ten sposób na Popa Iwana dostarczono w sumie ponad 800 ton różnego rodzaju ładunków.

Kamień węgielny wmurowano 5 września 1936 roku. Kierownikiem budowy został Bazyli Łaniewski. Nadzór techniczny zlecono architektowi Adolfowi Meissnerowi.

Chcąc lepiej dostosować obserwatorium do trudnych warunków klimatycznych i zmodyfikowanych potrzeb programowych, do projektu wykonawczego wprowadzono korekty. Dach łukowy zastąpiono niskim dwuspadowym, a część północna głównego skrzydła została podwyższona o kondygnację. Ponad kalenicą pojawiła się też niewielka, kryjąca schody, ceglana nadbudówka.

Częściowej zmianie uległa również liczba oraz kształt i sposób rozmieszczenia otworów okiennych. Ostatecznie w wybudowanym w ciągu dwóch lat gmachu (oddano go do użytku 29 lipca 1938 roku), na pięciu różnych poziomach znalazły się 43 pomieszczenia, doświetlone przez 57 otworów okiennych.

Na parterze głównego korpusu skrzydła zachodniego poza sienią, holem wejściowym i klatką schodową zostały zlokalizowane pokoje mieszkalne dla 16 stałych lokatorów (mieszkanie kierownika - Władysława Midowicza oraz pokoje personelu i żołnierzy straży granicznej). Na piętrze zaś, na którym pierwotnie miały się znaleźć pracownie i laboratoria naukowe, poza obszerną jadalnią i świetlicą, zaprojektowano pokój biurowy i pomieszczenia radiostacji oraz pokoje gościnne.

W jednoprzestrzennym pomieszczeniu na najwyższej kondygnacji głównego skrzydła, o dużych oknach zwróconych na trzy strony świata, ulokowano instrumenty meteorologiczne.

Nowoczesne przyrządy astronomiczne umieszczono w wieży nakrytej rozsuwaną za pomocą napędu elektrycznego kopułą o średnicy 6 m, wykonaną w konstrukcji drewnianej i pokrytą blachą miedzianą.

Na najniższym poziomie użytkowym budynku znalazła się część pomocnicza i techniczna, między innymi kotłownia z piecami opalanymi ropą wtryskiwaną przez zapłony elektryczne, siłownia mieszcząca dwa prądotwórcze agregaty Diesla i 240 akumulatorów oraz pomieszczenie na pompy elektryczne.

Obiekt - projektowany jako niemal samowystarczalny - nie został jednak zaopatrzony we własne ujęcie wody, w skrzydle gospodarczym zlokalizowano zbiorniki do gromadzenia zapasów wody opadowej. Wszystkie pomieszczenia natomiast wyposażono w system wentylacji mechanicznej.

Zmiany dokonane w fazie realizacyjnej nie pozbawiły budynku zamierzonego "organicznego" wyrazu, choć stracił on czytelne w projekcie konkursowym, tak modne w polskiej architekturze lat 30. XX wieku, odniesienia do stylu okrętowego. Uzyskany doskonały efekt architektoniczno-plastyczny, wzmocniło jeszcze użycie do budowy najwyższej jakości materiałów oraz rzadko spotykana perfekcja wykonawstwa.

I tak oto powstało jedno z dwóch najnowocześniejszych obserwatoriów wysokogórskich w przedwojennej Europie. Budowla była monumentalna, więc nie dziwi fakt, że wkrótce zaczęły krążyć o niej niesamowite historie zarówno wśród turystów, jak i miejscowych hucułów. Sprzyjał im kategoryczny zakaz wstępu osób postronnych do obiektu.

Można więc było usłyszeć, że pod Obserwatorium mieści się tajne lotnisko, że w największe mrozy nie utrzymuje się tam śnieg, że powstało dla uniemożliwienia przemytu nad tym skrawkiem Rzeczypospolitej lekkich bombowców ze Związku Radzieckiego do Czecho-Słowacji. Według Hucułów prawdziwy "Pop" znajdował się głęboko we wnętrzu góry, a budynek stoi tylko dla pozoru, i że jego kierownik po naciśnięciu ukrytego w ściennej skrytce pancernej guzika, zjeżdża wraz ze swoim biurem w głąb góry jak winda. Inna historia traktowała teleskopy jako specjalne działo, z którego można ostrzeliwać wszystkie kraje okoliczne.

Ale dział nie było tu żadnych, a wojna nadeszła niespodziewanie i niezauważalnie. Zamaskowano jedynie oświetlenie, na dachu pojawił się przeciwlotniczy karabin maszynowy. Nie było jednak do kogo strzelać, a wiadomości z walczącego kraju były jednoznaczne.

18 IX 1939, po roku funkcjonowania obiektu, cały pozostały personel opuścił obserwatorium i zszedł na węgierską stronę. Wkrótce wtargnęli tu sowieci, po nich przez chwilę budynek zajmowali Węgrzy, a po 1941 roku został zniszczony i rozszabrowany.

Na koniec jeszcze chcielibyśmy zacytować dłuższy fragment pożegnania z Popem Iwanem we wrześniu 1939 r., napisany przez Władysława Midowicza, a opublikowany w numerze 2 rocznika "Płaj" w 1988 r. Jest to jeden z najpiękniejszych, a jednocześnie bardzo wymownych opisów mało znanego epizodu Września 1939 (mimo, że walk żadnych tu nie toczono), a który powinien pozostać prawdziwym epitafium polskiego obserwatorium w Czarnohorze.

"Dzień 17 września, dżdżysty i przenikliwy aż do południa, zakończył chyba najpiękniejszy zachód słońca, jaki kiedykolwiek oglądałem z grani Czarnohory. Strzępki mgiełek drgały nad północnymi dolinami, a liliowa zorza długo paliła się na stokach Ineula. W zapadającym mroku podszedł do mnie przodownik Straży Granicznej i powiadomił, że na otrzymany przed chwilą rozkaz mają opuścić Obserwatorium, udając się ku Uścierykom i granicy rumuńskiej. Tak samo placówka Obrony Narodowej.
Chmury zagarnęły Czarnohorę ponownie i pozostaliśmy sami. Telefon milczał, a noc schodziła na pakowaniu. Świt wstał deszczowy i blady, i tylko tu i ówdzie odsłaniały się fragmenty dolin. Wiadomości radiowe podawane przez zagraniczne stacje nie pozostawiały wątpliwości.
Po wspólnie spożytym posiłku rozebrałem radiotelefon i wyniósłszy na dziedziniec rozbijałem jego części młotem, zgodnie z posiadanymi rozkazami "mob". Patrząc jak w trzaski rozlatywały się lampy, przetworniki, kondensatory i różne cudeńka, Huculi czekający obok z jucznymi końmi trącali się łokciami, szepcząc: Wże kineć! (Już koniec).
A koniec zbliżał się miarowym krokiem. Obszedłem cały budynek, otwierając przed wyjściem skrytkę pancerną i blokując przełączniki na tablicach rozdzielczych siłowni i kotłowni.
Wreszcie przywołałem Czarnego Jurę, mówiąc po ukraińsku, by nie było wątpliwości: Schodzimy do Balzatulu i gwarantuję wam wszystkim nietykalność od Węgrów (którzy od kilku miesięcy okupowali Ruś Zakarpacką). Gdy powrócisz tu jutro, wystawisz z tarasu dużą flagę - tylko jej pas czerwony - by uchronić Obserwatorium od rabunku przez miejscowych. Zostawiam ci dwa mausery z amunicją i pisemne upoważnienie do zastrzelenia każdego, kto by usiłował włamać się do budynku przed nadejściem władz okupacyjnych. Z przygotowanych na zimę zapasów żywności wypłacisz chłopów od jucznych koni po powrocie - po worku cukru na głowę, a większość pozostałej żywności zabierzesz sobie do Żabiego. Miej się, chłopie, i nie daj się!
Jura ze łzami w oczach chciał mnie ująć pod nogi - uścisnąłem go - jak brata. Po czym klucz zazgrzytał w kutych drzwiach wejściowych i cała karawana koni i ludzi ruszyła wzdłuż muru, przechodząc po kolei granicę państwa. Uklęknąłem całując mokrą ziemię. Wiatr zacinał przenikliwym deszczem i wielka kurtyna sinych chmur jakby opuszczała się za nami na granie Czarnohory.
Przez rumowiska skalne i kotły schodziliśmy w głąb Rusi Zakarpackiej. Mały Jacek niosący w jednej rączce maleńką walizeczkę z najukochańszymi zabawkami, a w drugiej misia, przewracał się niekiedy na śliskich trawnikach, ale podnosząc się ze skrzywioną buzią, szedł dalej za końmi. Gdy po kilku godzinach obejrzeliśmy się u górnej granicy lasów po raz ostatni, gdzieś w podniebiu wyłoniła się z przewalających się grzbietem mgieł wysmukła wieża, na którą kładły się ostatnie promienie zachodzącego nad Marmaroszą słońca".

Obecnie trwają prace na przywróceniem obserwatorium dawnej świetności. Są one realizowane w ramach wspólnego projektu Polsko-Ukraińskiego Centrum Spotkań Młodzieży Akademickiej pod patronatem Prezydenta RP oraz Prezydenta Ukrainy.

Tomasz Basarabowicz


Tyle cytatu z "Interii", a od siebie jutro dołożę zdjęcie wykonane w Chorzowie, w Planetarium Śląskim. Znajduje się tam refraktor optyczny z Popa Iwana. Stoi sobie w komórce na miotły.
_________________
http://www.pilot-przewodnik.org/
 
 
Tępy dyszel 


Wiek: 38
Dołączył: 07 Lip 2013
Posty: 2041
Skąd: Tychy
Wysłany: 2014-02-09, 18:50   

Z ,,Portalu Tatrzańskiego" - historia szlaków w Tatrach Polskich:
http://portaltatrzanski.c...ia-szlakow-cz-i


Cytat:
Wytrawnym turystom układ tatrzańskich szlaków jest doskonale znany. Nieco starsi pamiętają co najwyżej drobne różnice. Dawno temu jednak siatka szlaków w Tatrach przedstawiała się zupełnie inaczej. Zapraszamy na podróż w tamte czasy.

Każdy z nas, będąc w górach, na pewno chociaż raz myślał o nowych terenach, którymi można by było poprowadzić szlak. Warto wiedzieć, że niektóre z nich były już niegdyś wykorzystywane przez turystów. Gdzieniegdzie, jak na dawnym szlaku Dolina Pięciu Stawów – Gładka Przełęcz, nadal widać wyraźną ścieżkę. Szczęściarze mają szansę w niektórych miejscach wciąż odnaleźć ślady farby dawnych znakarzy
Zapraszamy na serię artykułów poświęconych historii znakowania szlaków w najwyższych górach Polski.

Pierwsze pytanie, które należy sobie zadać, analizując ten temat, powinno brzmieć: „Skąd w ogóle pomysł oznaczania górskich ścieżek farbą?” Przecież w pierwszych latach po powstaniu Towarzystwa Tatrzańskiego (1874 r.), które objęło Tatry „opieką” w ogóle nie czyniono znakowań. Co więcej, wielu znawców gór z tamtego okresu było absolutnie przeciwnych oznaczaniu dróg w górach. Turyści przybywający w Tatry bez szlaków najczęściej nie byli w stanie samodzielnie dokonywać jakichś znaczących osiągnięć w górach ze względu na problemy z orientacją. Doskonale nakręcało to koniunkturę w – przeżywającej rozkwit – branży przewodnickiej i to właśnie lokalni przewodnicy najgłośniej protestowali przeciwko znakowaniu szlaków.

W końcu jednak dostrzeżono zalety trasowania ścieżek, a to dzięki Węgrom i Słowakom, którzy zaczęli oznaczać drogi farbą, co ewidentnie wpłynęło na wzrost ruchu turystycznego.

Pierwszym, który podjął się wyznakowania szlaku w polskiej części Tatr, był krakowski malarz i znawca gór – Walery Eljasz-Radzikowski. W 1887 roku przy współpracy z Towarzystwem Tatrzańskim, które dostarczyło mu farby i tragarza, wyruszył z Jaszczurówki przez Polanę Waksmundzką do schroniska w Starej Roztoce, oznaczając szlak znakami czerwonymi. Przez Roztokę przebiegała wówczas nieznakowana, ale wyraźna ścieżka do Morskiego Oka (zupełnie nie pokrywająca się z obecną), dzięki czemu turyści uzyskali łatwy dostęp do tego pięknego jeziora, nad którym wówczas również stało już schronisko.


Sukces Walerego Eliasza-Radzikowskiego przy znakowaniu drogi do Starej Roztoki sprowokował następne próby malowania szlaków. Teraz nieco szerzej właśnie o nich.


Eliasz podjął się kolejnego znakowania 3 lata po wyznaczeniu swojej pierwszej ścieżki. Tym razem był to odcinek wybitnie wysokogórski, zresztą jeden z najsłynniejszych po dziś dzień. Malarz pierwsze znaki umiejscowił na Świnickiej Przełęczy, skąd udał się na wierzchołek Świnicy i dalej na Zawrat. Podobnie jak wcześniej, używał czerwonej farby.

Jeszcze w tym samym roku Eliasz oznaczył kolejną ścieżkę w tej okolicy: z przełęczy Liliowe na przełęcz Zawory i dalej Doliną Piarżystą do miejsca dziś nazywanego Wrotami Chałubińskiego. Jak łatwo się zorientować, również znakowana na czerwono, trasa przebiegała po dzisiejszej słowackiej, a wówczas węgierskiej stronie granicy. Szlak w dniu dzisiejszym nie istnieje. Odcinek Dolina Piarżysta – Wrota Chałubińskiego czechosłowackie władze zamknęły po II wojnie światowej, tworząc w tej okolicy rezerwat przyrody. Do lat siedemdziesiątych można było natomiast poruszać się ścieżką łączącą Liliowe i Zawory.



Obecnie jest to niemożliwe, choć widać jeszcze ślady drogi, którą opisuje nawet Józef Nyka w swoim przewodniku po Tatrach słowackich.

Podobny los spotkał wytrasowany w również w 1890 roku szlak z Doliny Pięciu Stawów na Gładką Przełęcz i dalej – na Zawory. Odcinek między przełęczami jest nadal dostępny, jednakże nie da się tam legalnie dotrzeć od polskiej strony, mimo iż ścieżka jest doskonale widoczna np. ze szlaku Pięć Stawów – Zawrat.

Kolejnym sporym przedsięwzięciem Eliasza było oznaczenie białym kolorem ścieżki z Doliny Waksmundzkiej na przełęcz Krzyżne. Droga zapewne nie miała wiele wspólnego z dzisiejszym podejściem z Doliny Pańszczycy, m.in. dlatego, że tamta okolica w owym czasie wyglądała zupełnie inaczej – była zalesiona i porośnięta bujną roślinnością. Dzisiejsze surowe oblicze miejsce to zawdzięcza licznym lawinom. Warto dodać, że w tamtym czasie na przełęczy istniał niewielki schron turystyczny, a raczej chatka, użytkowana do 1915 r.

Pozostaje jeszcze jedna kwestia do wyjaśnienia. Znakując szlak na Krzyżne, Eliasz użył po raz pierwszy koloru innego niż czerwony. Była to biel – dziś używana jako podkład pod podstawowe kolory szlaków. Warto jednak zaznaczyć, iż taki wybór Eliasza był możliwy tylko dlatego, że aż do 1924 r. żaden ze znakarzy nie używał owego podkładu. Zmiany wymuszone zostały względami praktycznymi. Znaki bez białego podkładu szybko płowiały i zanikały, co wymuszało ciągłe poprawki.


Pod koniec XIX i na początku XX wieku do Walerego Eljasza-Radzikowskiego dołączyli kolejni znakarze. Spowodowało to prawdziwy wysyp nowych szlaków.


Mimo iż od znakowań Eljasza z początków lat 90. XIX wieku do następnych prób upłynęło kilka lat, do końca wieku udało się wytrasować kilka dróg, wśród których są i takie, które po dziś dzień uchodzą za kultowe.

W 1897 roku na niebiesko oznaczono drogę z Kuźnic przez Skupniów Upłaz na Przełęcz między Kopami. Rok później tym samym kolorem pomalowano ścieżkę wiodącą spod Morskiego Oko przez Szpiglasową Przełęcz do Doliny Pięciu Stawów. W 1898 roku pojawiły się także czerwone znaki na odcinku Czarny Staw pod Rysami – Mięguszowiecka Przełęcz pod Chłopkiem. Wówczas oznaczono również podejście spod Zmarzłego Stawu na Kozi Wierch i dalej zejście do Doliny Pięciu Stawów. Były to pierwsze znaki w rejonie dzisiejszej Orlej Perci, o której w następnej części cyklu.

Od 1899 roku czerwone znaki umożliwiały przejście z Kuźnic na Przełęcz między Kopami także przez Dolinę Jaworzynki. W tym samym roku pomalowano też ścieżkę spod Starej Roztoki do Pięciu Stawów, dzięki czemu ta malownicza dolina stała się w owym czasie zdecydowanie największym węzłem znakowanych szlaków w Tatrach.

Sporo działo się także po drugiej stronie granicy.



Należy pamiętać, że w czasach Monarchii Austro-Węgierskiej granica pomiędzy Galicją a Węgrami miała charakter mocno umowny, co umożliwiało dosyć swobodne działanie polskim znakarzom także na południe od głównej grani. Warto tutaj wyróżnić szczególnie jeden, mocno działający dziś na wyobraźnię, szlak. W 1887 roku Towarzystwo Tatrzańskie zamontowało sztuczne ułatwienia w postaci czterech klamer na ścieżce z przełęczy Waga na szczyt Wysokiej. Miało to ułatwić zadanie polskim turystom, którzy już wówczas często odwiedzali Rysy, nierzadko łącząc taką trasę z wyprawą na Wysoką właśnie. Około 1900 roku wspomnianą trasę czerwonym kolorem oznaczył jeden z polskich znakarzy. Ponoć w jednym miejscu farba jest widoczna do dziś.

Jak łatwo się zorientować, pierwsze prace nad znakowaniem ścieżek zupełnie omijały Tatry Zachodnie. Premierową drogą w tym rejonie była prawdopodobnie, oznaczona nietypowo – biało-czerwonymi znakami, droga z Doliny Strążyskiej przez Przełęcz w Grzybowcu, Dolinę Małej Łąki, Przysłop Miętusi do Doliny Kościeliskiej. Otwarcie ścieżki datuje się na rok 1901, podobnie jak oznaczenie niebieskimi znakami podejścia na Wołowiec od strony Polany Chochołowskiej. Dwa lata później na czerwono pomalowano drogę z Doliny Kościeliskiej na Kominiarski Wierch i Iwaniacką Przełęcz.

W Tatrach Wysokich działo się znacznie więcej i ciekawiej. W 1901 roku wytyczono i pomalowano na niebiesko drogę spod Czarnego Stawu Gąsienicowego przez przełęcz Karb do Zielonego Stawu. Było to efektem wzrostu zainteresowania okolicą Doliny Gąsienicowej, gdzie wkrótce pojawiła się też, znakowana na czerwono, ścieżka na Skrajny Granat, a także nowe podejście na przełęcz Krzyżne, przebiegające obok Czerwonego Stawu w Dolinie Pańszczycy. Wkrótce jednak światło dzienne pomysł ks. Walentego Gadowskiego, który miał zrewolucjonizować sposób uprawiania turystyki pieszej w tej okolicy…


Na początku XX wieku było już w Tatrach kilka trudnych szlaków, jednakże pomysł stworzenia powietrznej perci na bocznej grani Świnicy od początku wydawał być się rewolucyjny.


Rewolucyjny i w pierwotnym zamyśle nierealny. Jako pierwszy pomysł rzucił krakowski poeta Franciszek Henryk Nowicki. W liście do Towarzystwa Tatrzańskiego z 5 lutego 1901 roku zaproponował wytrasowanie wysokogórskiego szlaku spod Wodogrzmotów Mickiewicza przez Wołoszyn, Krzyżne, Buczynowe Turnie, Granaty, Kozi Wierch, Zawrat, Świnicę, Kasprowy Wierch, Czerwone Wierchy, aż do Doliny Kościeliskiej. Planował on także budowę dwóch schronisk na trasie: na Krzyżnem i na Suchej Przełęczy, pomiędzy Beskidem a Kasprowym. Koszt operacji oszacował on na niebagatelną kwotę 6000 koron, co ze względu na ograniczone fundusze Towarzystwa Tatrzańskiego na samym starcie czyniło pomysł nierealnym.

Temat podjął dwa lata później tarnowski ksiądz Walenty Gadowski – jeden z najlepszych taterników w owym czasie. Kosztorys przedstawiony TT w marcu 1903 r.



przewidywał kwotę 1000 koron, przy czym Gadowski planował wytyczenie ścieżki tylko na odcinku Wodogrzmoty – Zawrat i połączenie jej z istniejącym szlakiem z Zawratu na Świnicę. Rezygnował on także z pomysłu budowy schronisk na rzecz mającego nastąpić nieco później wytyczenia sieci szlaków łącznikowych.

Nie zmieniało to faktu, że 1000 koron było sumą zdecydowanie za małą jak na tak poważne przedsięwzięcie, zwłaszcza, że Gadowski planował instalację około 40 klamer, 250 żerdzi (dziś ich funkcję pełnią łańcuchy), a także około 100 haków i 70 tablic z drogowskazami. Ostatecznie 31 lipca 1903 roku przyznano księdzu subwencję w wysokości 1500 koron, przy zastrzeżeniu, że będzie ona wypłacana w trzech ratach, w miarę postępu robót.

Pomysł wytyczenia szlaku przez boczną grań Świnicy od początku budził kontrowersję. Protestowało środowisko taternickie. Należy pamiętać, że znaczna cześć szczytów w rejonie dzisiejszej Orlej Perci pozostawała w owym czasie niezdobyta, tak więc pomysł montażu ułatwień, które pozwoliłyby zdobywać skalne szczyty „zwykłym turystom” musiał budzić niechęć żądnych sukcesów taterników.

Niektórym nie podobała się nawet sama nazwa. Sugerowano, aby szlak nazwać „Kozią Percią” lub jeszcze inaczej. Silnie lobbowała także grupa zwolenników wytrasowania szlaku. Ksiądz Gadowski wielokrotnie otrzymywał listownie i osobiście prośby i wskazówki, aby ścieżka ani na metr nie opuszczała grani, nie trawersując jej w żadnym miejscu, co w kilku przypadkach planował.

Nie sugerując się zbytnio opiniami różnych środowisk i nie czekając na oficjalną decyzję o przyznaniu subwencji, pojawił się Gadowski 16 lipca 1903 roku przy Wodogrzmotach Mickiewicza. 5 minut drogi przed wodospadami, w miejscu gdzie krzyżowały się nowa droga do Morskiego Oka i najstarszy tatrzański szlak z Jaszczurówki do Starej Roztoki, kazał on wstrzymać wyprawę. W obecności Franciszka Nowickiego, kilku taterników i tragarzy, wznosząc toast, własnoręcznie do jednego z przydrożnych drzew przybił tabliczkę z napisem: „Na Orlą Perć”.


Znakowanie Orlej Perci ksiądz Walenty Gadowski rozpoczął od Wodogrzmotów Mickiewicza, skąd skierował się w stronę Polany pod Wołoszynem.


W ciągu kilku godzin on i jego towarzysze dotarli w owo miejsce, cały czas transportując pełen bagaż. Trochę czasu zabrało także księdzu poprawianie czerwonych znaków Walerego Eljasza. Na polanie zainstalowano kolejną tabliczkę z napisem „Na Orlą Perć”, po czym rozpoczęła się wspinaczka w kierunku Wołoszyna.

W kilku miejscach konieczne było dokonanie przekopów, sporo czasu zajmowało także wbijanie tyczek. Problem stanowili również bukowiańscy górale, którzy niechętnie godzili się na nocleg w skalistym terenie, nierzadko uciekając w nocy. Po dwóch dniach, mimo licznych kłopotów, Gadowski i jego towarzysze dotarli na przełęcz Krzyżne. W tym miejscu jednak zmuszeni zostali do przerwania prac. Raz, że zdecydowanie pogorszyły się warunki pogodowe i nie chciano ryzykować drogi w stronę Granatów przy śliskiej skale, a dwa – Gadowskiemu skończyły się pieniądze, co wymagało spotkania z władzami Towarzystwa Tatrzańskiego i odbioru dalszych rat subwencji.

Na grań powrócono 6 sierpnia 1903 roku, czyli po około pół miesiąca.



Tym razem Gadowski zabrał ze sobą oprócz górali z Bukowiny, kilka osób ze Spisza. Pierwsze kłopoty pojawiły się w rejonie Buczynowych Turni. Pierwotnie ksiądz planował przejście z Małej Buczynowej na Wielką poprowadzić przez Buczynową Przełęcz. Górale jednak odmówili pójścia tamtędy ze względu na dużą ekspozycję i Gadowski został zmuszony do zmiany planów. Ścieżkę poprowadzono Buczynowym Żlebem. Ambitny ksiądz nie porzucił jednak myśli o wyznakowaniu drogi na Wielką Buczynową Turnię. W czasie rozbijania obozu przez górali samotnie wspiął się z farbą na szczyt, wyznaczając odgałęzienie szlaku, które stało się zaczątkiem „wariantu trudniejszego”.

Problemy z góralami z rejonu Buczynowych stały się jedynie przygrywką do tego, co wydarzyło się dzień później. Trudno się jednak jurgowianom dziwić, gdyż razem z Gadowskim dokonywali oni pierwszych przejść tym odcinkiem. Decydujące dla tego etapu budowy wydarzenia rozegrały się w rejonie uskoku pod Wyżnią Orlą Przełączką, wiodącego w stronę Granackiej Przełęczy. To tu padły słynne słowa Józefa Budza w Bukowiny, iż dalej nie pójdzie, „bo mu się w głowie mąci”. Zarządzono odwrót do Roztoki.


Przerwa w znakowaniu Orlej Perci spowodowana problemami z góralami nie trwała długo. Ksiądz Gadowski bardzo szybko znalazł rozwiązanie.


Jasne stało się dla niego, że wytrasowanie najtrudniejszych fragmentów Orlej Perci musi odbywać się z pomocą doświadczonych taterników. Do zespołu Gadowski zaprosił więc znanych przewodników zakopiańskich: Jakuba Wawrytkę i Klimka Bachledę.

Po dokonaniu rekonesansu wspólnie z tym pierwszym, zdecydowano o wytrasowaniu szlaku na odcinku Granacka Przełęcz – Przełączka nad Dolinką Buczynową w kierunku odwrotnym. Gdy udało się namalować znaki i zainstalować ułatwienia, grupa znakarzy przeniosła się od razu na Kozi Wierch. Stało się tak dlatego, że od Żlebu Kulczyńskiego po wierzchołek tej słynnej góry wiodła już ścieżka, wyznakowana jeszcze w XIX wieku przez Towarzystwo Tatrzańskie.

Pozostał więc, jak się potem okazało, najtrudniejszy do wyznakowania odcinek pomiędzy Kozim Wierchem a Zawratem. Szczególnie trudności pojawiły się przy wytyczaniu zejścia na Kozią Przełęcz.



Warto dodać, że w pobliżu miejsca, które dziś kojarzone jest głównie ze stalową drabinką opadającą po ścianie Zamarłej Turni, początkowo istniała inna drabinka, Po drugiej stronie przełęczy zainstalowano długą, złożoną z dwóch części, stalową konstrukcję. Jak podają ówczesne źródła, było to „najbardziej powietrzne przejście w całych Tatrach”. Drabinka ta została zdemontowana dopiero po II wojnie światowej. Orlą Perć poprowadzono wówczas zakosami od strony Pustej Dolinki, a po drabince pozostały tylko ślady zakotwiczenia.

Ze względu na tarcia pomiędzy Walentym Gadowskim a Towarzystwem Tatrzańskim, które spowodowały ograniczenie funduszy, ostatni odcinek został dosyć skromnie ubezpieczony. Ze sprawozdań finansowych wynika, że pomiędzy Kozią Przełęczą Wyżnią a Małym Kozim Wierchem zamontowano jedynie: dwie drabinki, pięć łańcuchów, jedną drucianą linę i cztery klamry.

Na Zawracie znaki Orlej Perci zbiegły się z istniejącym od dawna szlakiem na Świnicę. Nie oznaczało to jednak zakończenia prac. Pozostały do wyznakowania drogi dojściowe, co ze względu na długość szlaku (od Wodogrzmotów po Zawrat) miało w owym czasie ogromne znaczenie dla turystów.


Historia tatrzańskich szlaków to nie tylko historia znakowań, których mnóstwo było w czasach ks. Gadowskiego. Warto dłużej pochylić się również nad listą szlaków, które w późniejszych latach zostały zlikwidowane.


Największe zmiany zostały w tym zakresie poczynione w 1932 roku. Międzyoddziałowa Komisja Tatrzańska PTT uchwaliła rezolucję, przewidującą skasowanie łącznie trzynastu szlaków, pośród których były także odcinki bardzo popularne wśród turystów. Dzisiaj data ta kojarzy się przede wszystkim z zamknięciem fragmentu Orlej Perci, wiodącego z przełęczy Krzyżne przez Wołoszyn do Polany pod Wołoszynem.

Warto jednak wspomnieć również o tym, że turyści stracili wówczas jeszcze jedną bardzo ciekawą, choć niebezpieczną opcję. Skasowano wówczas szlak wiodący z Małej Dolinki (odgałęzienie Doliny Strążyskiej) przez Żleb Kirkora na Giewoncką Przełęcz i dalej na Giewont.



Ten mocno wspinaczkowy odcinek wiódł w bardzo trudnym i eksponowanym terenie. Jednocześnie – ze względu na popularność Giewontu – cieszył się on sporym zainteresowaniem wśród turystów, co niestety bardzo często kończyło się wypadkami. Na taką sytuację narzekali toprowcy, gdyż niesienie pomocy w tak trudnym terenie sprawiało im niemałe kłopoty. To głównie z ich inicjatywy szlak ten dopisano do listy zamkniętych.

Co ciekawe, do dzisiaj można spotkać tam turystów. Jedną grupę stanowią taternicy i amatorzy wspinaczki, którzy „na dziko” próbują wejść żlebem. Drugą zaś nieświadomi niebezpieczeństw turyści z Giewontu, którzy próbują sobie skrócić tędy zejście do Doliny Strążyskiej. Zazwyczaj kończy się to źle – w Żlebie Kirkora po zamknięciu szlaku zginęło już około 20 osób.

Omawiając kasację szlaków z 1932 r., warto dodać, że część z zamkniętych wówczas odcinków została wkrótce otwarta ponownie. Mowa tu o szlaku spod Zielonego Stawu Gąsienicowego na Karb, o ścieżce na Sarnią Skałę oraz o drodze łączącej Nędzówkę i Przysłop Miętusi.


Po II wojnie światowej zmiany tatrzańskiej sieci szlaków były już tylko kosmetyczne. Powstały w 1954 roku TPN dokonał uporządkowania ścieżek, głównie poprzez zamykanie istniejących.


Warto wspomnieć o kilku z nich. Jednym z najbardziej widocznych zamkniętych szlaków jest ścieżka z Doliny Pięciu Stawów na Gładką Przełęcz. Obecnie przechodzenie tędy jest całkowicie nielegalne – a szkoda, gdyż w czasach strefy Schengen, stanowiłoby to doskonałe i bardzo łatwe przejście na stronę słowacką, po której na Gładką Przełęcz wiedzie znakowany szlak.

Niewielu pamięta także o zamkniętym szlaku prowadzącym spod schroniska na Hali Ornak bezpośrednio na Pyszniańską Przełęcz. Kiedyś Hala Pyszna i dominująca nad nią grań główna Tatr były bardzo licznie odwiedzane przez turystów.



Dziś w dolinie znajduje się rezerwat dzikiej przyrody, prawdziwe królestwo tatrzańskiej zwierzyny, a i na Pyszniańskiej Przełęczy ruch nieduży – trzeba bowiem iść przez Ornak i Błyszcz lub od strony słowackiej.

Wielu tatrzańskich turystów odżałować nie może także ścieżki na Kominiarski Wierch z Iwaniackiej Przełęczy. Zamknięto ją w 1988 roku ze względu na konieczność ochrony przyrody.

Większość informacji na temat dawnych szlaków zaczerpnęliśmy ze spisanych wspomnień i prac naukowych Władysława Midowicza – opiekuna tatrzańskich szlaków z lat 70. ubiegłego wieku. Opowiada on o pracach związanych z zamazywaniem starych znaków. Dzięki swojej rozległej wiedzy dotarł on do wielu miejsc oznaczonych farbą, o których nie pamiętali nie tylko turyści, ale nawet niektórzy pracownicy parku i przewodnicy górscy.

Midowicz zlokalizował między innymi niebieskie znaki wiodące z Buli pod Rysami na Niżnie Rysy, ledwo co widoczne ślady farby pomiędzy Przełęczą pod Chłopkiem a Mięguszowieckim Szczytem Czarnym czy też czerwone paski łączące Dolinę Pańszczycy i Przełęcz Nowickiego w pobliżu Buczynowych Turni na Orlej Perci. Mało kto dzisiaj wie także o dawnym czarnym szlaku znad Morskiego Oka, wiodącego Żabim Żlebem na Żabią Grań.

Turyści zawsze z niecierpliwością czekają na otwarcie nowych ścieżek. Obecnie jednak trudno się spodziewać, aby sieć szlaków tatrzańskich miała przejść w najbliższym czasie jakieś poważniejsze zmiany.

Autor artykułów: Krzysztof Barcik
 
 
Malgo Klapković 


Wiek: 31
Dołączyła: 06 Lip 2013
Posty: 2402
Wysłany: 2016-01-29, 14:27   

Ciekawy artykuł w dwóch częściach nt. tragedii z 1959 r. na Uralu, długi, ale warto! I nie taki byle jaki jak potrafią teraz na niektórych portalach się pojawić ;)
http://www.planetagor.pl/...-bez-odpowiedzi
 
 
Basia Z. 


Dołączyła: 06 Wrz 2013
Posty: 3550
Skąd: Chorzów
Wysłany: 2016-01-29, 14:55   

Malgo Klapković napisał/a:
Ciekawy artykuł w dwóch częściach nt. tragedii z 1959 r. na Uralu, długi, ale warto! I nie taki byle jaki jak potrafią teraz na niektórych portalach się pojawić ;)
http://www.planetagor.pl/...-bez-odpowiedzi


Przeczytałam już wczoraj i tez chciałam tu podrzucić, ale zapomniałam :(

Rzeczywiście ciekawe, prawdopodobne wyjaśnienie i bez żadnych UFO.
_________________
http://www.pilot-przewodnik.org/
 
 
Malgo Klapković 


Wiek: 31
Dołączyła: 06 Lip 2013
Posty: 2402
Wysłany: 2016-01-29, 15:40   

Basia Z. napisał/a:
Rzeczywiście ciekawe, prawdopodobne wyjaśnienie i bez żadnych UFO.

Jak dla mnie scenariusz na świetny film! :)
 
 
laynn 


Dołączył: 01 Sie 2013
Posty: 4155
Wysłany: 2016-01-29, 19:56   

Czytałem o tym już dawno, więc nie wiem czy ten sam. Ciekawe co tam się stało...
_________________
"Tam na dole zostało wszystko
Wszystko to co cię męczy...
Od złych rzeczy na dole Jesteś mgłą oddzielony..."
Profil Facebook
 
 
ziaro 


Wiek: 33
Dołączył: 13 Gru 2014
Posty: 390
Skąd: Bytom
Wysłany: 2016-01-30, 11:37   

Malgo Klapković napisał/a:
Basia Z. napisał/a:
Rzeczywiście ciekawe, prawdopodobne wyjaśnienie i bez żadnych UFO.

Jak dla mnie scenariusz na świetny film! :)

Film już o tym jest nakręcony ale przyznam, że jakoś mnie nie wkręcił.
_________________
#ziaronaszlaku
 
 
Dobromił 


Dołączył: 09 Lip 2013
Posty: 6044
Wysłany: 2017-08-29, 14:16   

Rewelacyjna strona :

http://jacekptak.nazwa.pl/
_________________
Decyzją administracji naganę otrzymał:

Dobromił - za obraźliwą formę wypowiedzi oraz ironizowanie na temat innych użytkowników forum.
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Copyright © 2013 by Góry bez granic | All rights reserved | Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group - manga