Zbliża się majówka roku 2006. 9 dni wędrówki przed nami. Wiosna się budzi - pierwszy namiotowy wyjazd w roku. Po zimowej, wymuszonej odsiadce radość więc wylewa się uszami
Zazwyczaj w tamte lata dawałam znać o szykującym się wyjeździe wszystkim znajomym. Potem i tak jechała garstka - w porywach 5-6 osób. Zwłaszcza na wyjazdy dłuższe niż weekendowe. Bo temu nie pasowało, ten nie mógł, a ów miał już inne plany. Nieraz i ci co się zdeklarowali - rezygnowali w ostatniej chwili. I kończyło się tak, że mimo szerokiego odzewu, jechaliśmy tylko we dwójkę z toperzem.
Tym razem jednak było inaczej. Prawie wszyscy, którym dałam znać o wycieczce - zakrzyknęli: "Tak jadę". I co więcej - nie tyle, że nie zrezygnowali w ostatniej chwili, ale zabrali jeszcze ze sobą rodzinę i znajomych! O skali problemu przekonujemy się dopiero na dworcu w Sanoku. Ja pierrdziuuuu! Tego jeszcze nie grali - zebrał się naprawdę spory tłumek! Jak to mówią - "klęska urodzaju" albo "przeniosło górą". Sporo osób z ekipy widzę po raz pierwszy. I te nerwowe spojrzenia i pytania znajomych: "buba - a oni wszyscy są z nami????"
Z jednej strony fajnie, wesoło, pozna się nowych, zapewne ciekawych ludzi. Ale jak my taką bandą będziemy wędrować, zwłaszcza w terenach, gdzie w ogóle nas nie powinno być? Jak my się zmieścimy do chatek?? I czy oni w ogóle zdają sobie sprawę na jaki rodzaj wyjazdu pojechali? Różne wątpliwości targają mną na ten moment...
W sumie było nas około 20 osób. Nie mam niestety żadnego zdjęcia, gdzie byłby komplet. Pewnie głównie dlatego, że nie miałam wówczas aparatu z samowyzwalaczem. Poza tym tej wielkości grupa, nie będąca harcerzami w dwuszeregu - ma niesamowitą zdolność do rozpełzania się. To chyba dwa zdjęcia zawierające największą część zgromadzonego pogłowia.


Zdjęcia w relacji pochodzą z aparatów różnych osób i w większości już nie pamiętam, które są czyje, bo potem się wymienialiśmy kliszami. Najłatwiej będzie odróżnić te, które pochodzą z nowiutkiej cyfrówki toperza - ich nie musiałam fotografować w albumie i walczyć z odbijającą się w ich powietrzni szafą czy oknem
Podróż pociągami do Sanoka w okresie okołomajówkowym zazwyczaj wygląda podobnie - w korytarzu jak w puszce ze śledziami!

Akuku!! Długo się jedzie, więc trzeba wyciągnąć karimatki i wygodnie się ułożyć.


Najwygodniej to ma chyba kociołek! A na pewno ma największą przestrzeń!

W którymś z pociągów (było ileś przesiadek) udało się usadowić w przedziale. Koleś w środku (o dziwo!

Obiad zjadamy gdzieś przy drodze w Sanoku, a wiosna otacza nas wszędzie wokół!


Z autobusu wysiadamy w Smolniku i stąd zaczynamy pieszą wycieczkę. Pod cerkwią mamy punkt zborny, gdzie dołącza jeszcze kilka osób (które jechały stopem czy innym PKSem)


Wielka rozkmina nad mapą. Gdzie by tu dziś uderzać na nocleg?? Gdzie będziemy szli jutro? Gdzie jest najbliższy sklep?

Ostatecznie wychodzi na to, że musimy sforsować San, w miejscu gdzie nie ma mostu. W tym momencie chyba co niektórzy z ekipy po raz pierwszy się zorientowali, że wycieczka, na którą się wybrali, niekoniecznie będzie wyglądać tak, jak sobie ją wyobrażali
Kuba przeciera nam drogę, sprawdza brody, gdzie jest najpłycej. Dzielny Kuba!


Rzeka nie jest tu jakoś bardzo głęboka, ale nie jest też bardzo płytka




Płytowe drogi prowadzą gdzieś w dal.

Odchodzimy kawałek od Smolnika. Na nocleg rozbijamy się na łące. Początkowo nic nie wróży kłopotów.



Jest dosyć mokro, więc długo rozpalamy ognisko. Więcej daje dymu niż ciepła, a gdy przestajemy dmuchać - natychmiast gaśnie. Tak to bywa z tymi bieszczadzkimi ogniskami, na drewnie liściastym, w wiecznej wilgoci.


Udaje się jednak ugotować ryż czy tam inną kaszę, będącą podkładem dania wieczoru. Bo na kolację oczywiście pulpa


Niektórzy dojadają marchewkami

Noc mija spokojnie, choć niektórzy bali się niedźwiedzi bo cały wieczór się nawzajem nimi straszyliśmy. Chłopaki nawet próbowali ryczeć przed namiotami dziewcząt, ale jak jedna z koleżanek podsumowała: "brzmiało to raczej jak wściekłe kojoty"
Rano nie palimy już ogniska. Gotujemy na butlach i nieśpiesznie się zbieramy w sielankowej atmosferze cichej łąki wśród pustych, łagodnie pofalowanych wzgórz. Nagle słyszymy ryk silnika, który szybko się zbliża. Rozpędzona terenówka wpada na łąkę. Wyskakują z niej myśliwi i zaczynają drzeć japę. Że rozbiliśmy się w niedozwolonym miejscu, że popamiętamy. Że to najgorsze miejsce jakie mogliśmy wybrać, bo tu rośnie topinambur i na nim się karmi zwierzyna, a my jesteśmy wandale i niszczyciele przyrody, bo tu żyją endemiczne żuczki. Że złamaliśmy serce niedźwiedziom, które przez nas padną z głodu i w ogóle cała fauna Bieszczadów przestanie istnieć. Ale spotka nas zasłużona i dotkliwa kara, bo już zaraz przyjadą służby - leśne, graniczne, policja, 10 wozów bojowych antyterrorystów i egzorcyści zapewne też. On już wszystkim dał znać i teraz po nich jedzie! I nie mamy co uciekać, bo i tak nas złapią, zwiążą, aresztują, zastrzelą, a nasze truchła pewnie wystawią przy pętli obwodnicy celem postrachu dla innych niepraworządnych turystów. Po czym odjeżdża z piskiem opon i z zasłoną dymno-kurzową, ryjąc kolejny ślad na świętej łące...
Uciekać nie zamierzamy - ekipą tej wielkości nie schowamy się raczej za drzewem, a skoro oni mają auta terenowe, więc nas i tak dogonią gdziekolwiek pójdziemy. Składamy więc dalej nasze obozowisko - tak jak mieliśmy w planie. Może jedynie dokładniej przykładamy się do zamaskowania miejsca po ognisku, którego nasz kochany myśliwy szczęśliwie nie zauważył, choć może szkoda, bo wtedy już na bank by dostał apopleksji i był święty spokój. Chwilę później znów wtacza się na łąkę jego auto (ryjąc kolejny, trzeci już ślad). Z terenówki wysiada leśniczy, który jest w nastroju zdecydowanie mniej bojowym. Mówi, że tak, racja, nie wolno tu biwakować i musi nam wypisać mandat. Pyta kto jest szefem grupy i tu zaczyna toczyć wzrokiem głównie po facetach i to tych solidniejszej budowy ciała. Kuba jakoś stał najbliżej - "pan jest szefem grupy?". I jak to potem Kuba powtarzał: "I tak zostałem szefem grupy przez aklamację"
Co najciekawsze - kilka lat później znajomy mi opowiadał, że tą łąkę ktoś kupił. Wjechały na nią buldożery, zryły teren i powstały domki jednorodzinne, pensjonat czy inna tam zabudowa. I już nie ma topinamburu i endemicznych żuczków. Wszystko w majestacie prawa i pewnie miłośnicy Bieszczadów biją brawo, że region się tak pięknie rozwija. Było takie stare, smutne przysłowie : "Co wolno wojewodzie, to nie tobie smrodzie".. Tyle w temacie...
A my tymczasem tuptamy dalej. Pojawiły się raz i drugi w ekipie nieśmiałe pytania w stylu: "kiedy będą góry?" albo "na którą połoninę pierwszą wejdziemy?". Z kilkoma osobami, z którymi znamy się od dawna jak łyse konie i często razem jeździmy, zamieniamy tylko nerwowe spojrzenia
Póki co tuptamy stokówkami, wijącymi się przez łąki i zagajniki. Gdzieś tu mijamy tereny dawnych wiosek Połonińskie i Czerenna. Przynajmniej tak mówi moja mapa. Bo jakichkolwiek pozostałości raczej nie napotykamy. Nawet drzewek owocowych za dużo tu nie ma.




Te góry, których temat się przewijał, gdzieś tam są. W jakimś stopniu (dla niektórych zbyt niewielkim) wciąż nam towarzyszą. A to białe, co tam leży na szczytach, jakoś nie wygląda zachęcająco...

Po drodze czają się różne niebezpieczeństwa, np. panowie odziani w zieleń wyłaniający się z krzaków. Nie muszę chyba wspominać ile trwa spisywanie 20 osób? Szczęśliwie przy takiej ilości jest na tyle duży rozgardiasz, że osobę, która zapomniała dokumentów udaje się na czas ulokować w krzakach

Jedno jest pewne - dzika zwierzyna raczej będzie nas omijać z daleka i nie szukać kontaktu. No chyba że lokalne niedźwiedzie cierpią na bulimię?

Ktoś narzekał na stokówki. No to jak na życzenie - skończyły się! Przed nami autentyczne, niepodrabiane bieszczadzkie błoto. Dla prawdziwych koneserów gatunku.

Niespiesznie acz konsekwentnie zbliżamy się do Dydiowej. Moim zdaniem jednej z piękniejszych dolin. Stepowe, płowe łąki, otoczone pętlą Sanu, który stanowi tu granicę. Teren leżący na półwyspie wcinającym się w Ukrainę, co dodaje mu atmosfery dzikości, tajemniczości i poczucia "końca świata".

Ostatni postój na którejś z widokowych łąk. Pamietam, że ktoś z ekipy poruszył temat dzwonu z Dydiowej. Bo przed wysiedleniami miejscowa ludność zdjęła i zakopała cerkiewny dzwon. Gdzie - nie wiadomo. Ponoć nie został już nigdy odnaleziony. No i teraz ktoś zauważył, że w jednym miejscu łąki dudni jakoś inaczej, bardziej głucho. Wszyscy więc kolejno podchodzą i tupią. Faktycznie! Jak nad bunkrem. Siedzimy więc i rozkminiamy czy tam przypadkiem nie ma dzwonu, jak głęboko go zakopali i czy w chatce nie ma przypadkiem łopaty


Naszym głównym celem nie jest sama dolina - a coś co w niej stoi. Chatka!!!!







A wokół wybuch wiosny! Wśród płowych, zeszłorocznych traw wiją się wilgotne młaczki pełne kaczeńców i zawilców! Jak to pachnie - ziemią, świeżością i radosną perspektywą! Bo to oznacza, że kolejną parszywą zimę udało się przetrwać! I wszystko przed nami! Pół roku radości!






Hitem imprezy okazuje się fajka! Kto ją przywiózł - już nie pamiętam. Fajka chodzi w kółko i jej aromat na zawsze będzie mi się kojarzył z Dydiówką i cudną atmosferą tamtego wiosennego popołudnia.






A wieczór znów mija przy ogniu...

cdn
