Równo 2 tyg. po wypadku wybraliśmy się w góry. Małe spokojne góreczki. Zaczęliśmy w Zwardoniu, ale szybko przeszliśmy na słowacką stronę. Jak widać Słowacy umocnili pas graniczny bunkrami.

A potem łączkami wzdłuż wyciągu w kierunku Skalanki.

I wtedy pojawił się psiak. Brzydki, czarny. Szedł po naszych śladach i wyglądało, że jest miejscowy.

Szybko zakolegował się z Tobkiem. Zastanawiałem się czy go odpędzić, ale wyglądało, że gdzieś podąża swoimi drogami, przeważnie był z przodu, czasem znikał na chwilę i myślałem, że się od nas odłączył, ale potem znowu się pojawiał.

Dzień piękny, słoneczny, ciepły ale nie upalny. Idealne warunki. Szliśmy najpierw wzdłuż granicy na południe.

Następnie na Przełęczy Graniczne odbiliśmy na Słowację, a tam trochę bezszlakowo, żeby nie iść asfaltem. Psiak wciąż z nami, stwierdziłem, że jak bardzo chce to mogę go zabrać na wycieczkę, przecież wracamy w to samo miejsce.

Doszliśmy do zielonego szlaku i dalej przez Starý košiar do Oščadnica-Svancari.
Tutaj też wykaszają hale.

Pod Lieskovą mały problem. Wielkie stado owiec, pewnie jakieś psy pasterskie, a ja idę z obcym psem, po którym nie wiadomo czego się spodziewać. Najpierw stwierdziłem, że wezmę go na smycz, udało mu się ja założyć, ale wpadł w szał, pewnie nigdy smyczy nie miał zapiętej. Uznałem więc, że to nie ma sensu i idziemy na luzaka.

Psiak czuł przed owcami respekt, ale nie panikował. Trzymał się blisko i naśladował zachowanie Tobiego. Zaimponował mi swoją inteligencją. Był też baca i psy pasterskie, ale bardzo dobrze wychowane.

Liesková i typowe dla tych okolic rozległe łąki.

Następnie czerwonym szlakiem schodzimy do centrum Skalité. Znowu miałem obawy jak zachowa się psiak, ale znowu dał radę. W ogóle podobał mi się coraz bardziej. Młodziutki, miał na oko 1 rok życia za sobą. Nie narzucający się, zdystansowany. Interesował się głównie Tobim, chociaż w miarę wycieczki coraz bardziej zwracał na mnie uwagę i zaczynał orientować się, jak go wołałem. Nie wyglądał na bezdomnego, zabiedzonego. Dobrze odżywiony, pełen energii, wesoły.

Po drugiej stronie jeszcze więcej łąk. Przysiadłem aby odpocząć. Psiak położył się obok mnie, jakby tworzył już część stada. Zdrzemnąłem się nawet chwilę, a jak się obudziłem, to go nie było. Zagwizdałem, zawołałem, ale przepadł. Może poszedł do swojego domu? Miałem jednak wyrzuty, że wyprowadziłem go tak daleko i straciłem.

Chwilę jeszcze poczekałem i ponawoływałem, a potem ruszyłem w swoją stronę oglądając się wstecz, ale psa nie było.

Trzeba przyznać, że autostrada ładnie się tutaj wkomponowała w otoczenie.

Pagórki po przeciwnej stronie Skalitego - tam jeszcze nie byłem, dzisiaj szliśmy tym grzbietem bardziej z tyłu.

Grúň i charakterystyczne krzyże.

Całkiem fajne i fotogeniczne.
I w tym miejscu cyk - wrócił do nas psiak, dogonił po śladach, spryciarz


Widok na cały grzbiet z Kikuli.

Znana ławeczka, jedna z pierwszych jakie się pojawiły. Tobi wstąpił na nią na własne niebezpieczeństwo. Dzisiaj w jego zachowaniu nie było już żadnych śladów po wypadku, aż ciężko uwierzyć.

Bardzo malownicze miejsce o zachodzie słońca.


Pozostał jeszcze problem co zrobić z psiakiem. Zapuściłem się na Słowację w okolice, gdzie się przyłączył, w nadziei że rozpozna okolicę i wróci do domu, ale nic takiego się nie stało. Miałem jeszcze pomysł, że jest ze Zwardonia i że stamtąd poszedł za nami rano.

Okazało się, że własnie tak było. W Zwardoniu zachowywał się jakby był u siebie. Dodatkowo spotkałem parkę z dwoma psami husky i oni powiedzieli, ze to psiak miejscowy, kręci się po okolicy, często spaceruje z nimi jak wychodzą ze swoimi psami. Kamień spadł mi z serca, bo już się obawiałem momentu rozstania. Jednak to co było dalej kompletnie mnie rozwaliło. Jak Tobi wsiadł do auta, to psiak chciał wejść za nim. A jak ja wsiadłem na miejsce kierowcy, to on wyszedł mi błagalnie na kolana, choć przez cały dzień nie szukał kontaktu fizycznego z człowiekiem. Oczywiście go wysadziłem. A na koniec patrzyłem w lusterku jak biegnie ile sił za samochodem. Masakra
