To ja też podzielę sie pewną "przygodą..
Było to rok temu 17 siepnia. Razem z kumplem, jego 2.5 letnim synem i wózkiem wybraliśmy się na Trojak (Kikule) żeby zaszczepiać w młodym górski survival. Na szczyt wdrapaliśmy się koło 20. Rozbiliśmy namiot (bo plan był oczywiście że zostajemy na noc) i wzięliśmy się za rozpalanie ognia. Gdy kolacja była już prawie gotowa z dołu nadjechał samochód z przyczepą pełną połamanych mebli i quad. 3 młodych gości. Stanęli przy nas i pół na pół po słowacku i ukraińsku mówią żebyśmy się przesunęli bo oni te meble muszą tu spalić

Kumpel na mnie ja na kumpla i mówimy im że no chyba nie. Patrzą na nas na namiot wózek i młodego chwila konsternacji i ruszają dalej w stronę Grúňa tego z tymi krzyżami coś tam jeszcze marudząc pod nosem. No i fajnie pojedliśmy położyli młodego spać siedzimy przy ognisku i siedzieć będziemy do rana bo taki był plan. Jest już prawie północ opracowujemy 4paka. Nagle z ciemności wyłania się postać w kapturze z karabinem

i idzie w naszą stronę. Pierwsza myśl wrócili tubylcy dokonać zemsty. Podchodzi wita się ahoj patrzymy myśliwy z flintą na ramieniu. Podczas rozmowy okazuje się że to leśniczy ze Skalitego. Idzie na "patrol"

Gada się fajnie proponujemy piwko na co przystaje dosiada się. Podczas dalszej rozmowy poucza nas że mamy nie zostawić syfu i nie spalić całego drzewa zebranego za wiatą. Dowiadujemy się też wszystkiego o oklicznych niedźwiedziach a on o niedawnych planach trójki gości z meblami. Dopija piwo żegna się i rusza na dalszy patrol przedtem częstując nas jeszcze łyczkiem śliwowicy z piersiówy. My do rana rozkminiamy czy udało mu sie "trafić" gagatków
