Triplex Confinium - na trójstyku HUN, ROM i SRB

Relacje pozagórskie ze świata.
Awatar użytkownika
Pudelek
Posty: 8892
Rejestracja: 2013-07-08, 15:01
Lokalizacja: Oberschlesien

Re: Triplex Confinium - na trójstyku HUN, ROM i SRB

Postautor: Pudelek » 2026-02-02, 12:08

Jeżdżąc po Serbii zawsze staram się spędzić kilka nocy w jakieś miejscowości Wojwodiny. W 2025 roku wybrałem miejscowość Kanjiža (Кањижа, Magyarkanizsa). Jest to liczące około ośmiu tysięcy mieszkańców miasto położone w północnej części prowincji. Do granicy z Węgrami jest kilkanaście kilometrów, ale ma się wrażenie, że tak naprawdę jesteśmy już w kraju Orbána: na ulicach słychać prawie wyłącznie węgierski, z głośników leci węgierskie radio, z telewizorów dobiegają odgłosy węgierskich stacji, na budynkach łopoczą węgierskie flagi nie rzadziej niż serbskie. Według danych ze spisu powszechnego osiemdziesiąt pięć procent mieszkańców to Węgrzy, Serbów jest niecałych dziesięć procent. Węgrzy przeważają również we wszystkich, poza jedną, wioskach gminy, a są i takie osady, gdzie nie znajdziemy ani jednego Serba.

Obrazek

Wizytę rozpoczynamy od kalwarii: dwa rzędy ceglanych kapliczek drogi krzyżowej kończą się na niewielkim kopcu z trzema krzyżami. Ów kopiec to kurhan Scytów lub innego starożytnego ludu.

Obrazek
Obrazek
Obrazek

Potem udajemy się na miejsce noclegowe, które zwie się Hostel Bata. Z hostelem nie ma on jednak nic wspólnego: to dom, który w całości przerobiono na pokoje dla turystów. Właściciel, pan Bata, mieszka kilkadziesiąt metrów dalej. Ponieważ jesteśmy jedynymi gośćmi, więc możemy sobie wybrać, gdzie chcemy spać. Decydujemy się na pomieszczenia, które śmiało można nazwać apartamentem: pokój z pełni wyposażoną kuchnią, toaletą i łazienką z wanną, a także małym tarasem. Na stanie jest też klimatyzacja i telewizor. Co prawda meble to czasy późnej Jugosławii, ale wszystko bardzo nam się podoba, trzeba tylko patrzeć pod nogi, bo na ziemi położono różne kable i rurki, po czym obłożono je drewnianymi ściankami :P.
Telewizja serbska ma słaby sygnał, ciągle śnieży, za to węgierska doskonały. Przełączam na różne kanały, a na każdym Orbán i Orbán na wiecach, strach otworzyć lodówkę.

Obrazek

Pan Bata deklarował się w internecie, że mówi w czterech językach i faktycznie, tyle, że z tych bardziej międzynarodowych jedynie pojedyncze słowa ;). Odzywa się głównie po węgiersku, w tym języku też liczy, czasem dorzucając coś serbskiego, angielskiego albo niemieckiego lub międzynarodowe "okej?". Ogólnie sprawia wrażenie trochę ponurego i gderliwego staruszka, ale nie będziemy go zbyt często widywać, więc jakoś wytrzymamy. Na hostel zwróciłem uwagę nie tylko ze względu na przyzwoitą cenę, ale też oferowane do noclegu darmowe śniadanie oraz darmowe rowery! Pan Bata jest nieco zdziwiony, że pytamy o dwukołowce, pewnie turyści z Unii rzadko je pożyczają, aby pojeździć po wojwodińskich zadupiach, ale obiecuje, że jutro z rana nam je przygotuje. Kilka razy jeździłem już na rowerze w okolicach Beli Crkvi, teraz będzie okazja w tym rejonie!

Obrazek

Zanim ruszymy w miasto, siadam na tarasie z piwem. Akurat przechodzą mieszkający po sąsiedzku Cyganie i pozdrawiają nas gromkim "dzień dobry". Po polsku! :P Z kolei naprzeciwko mamy boisko klubu FK Potisje, na którym akurat trwa trening. Chłopaki krzyczą do siebie po węgiersku.

Obrazek

Do ścisłego centrum mamy parę minut spaceru. Po drodze mijamy auta z węgierskimi rejestracjami, kilka kotów i kilka głupich psów. Jest też serbski samochód, będący pięknym przykładem historii tej ziem: obok siebie są nalepki YU, SCG i SRB.

Obrazek
Obrazek

Tutejsze domy praktycznie nie mają ogródków. Fasady są blisko drogi, czasem między nimi a płotem zmieści się jakieś drzewko lub nieco trawnika. Z tyłu też nie ma ogródków, gdyż stoją tam... kolejne domy, drugi rząd, często połączony z pierwszym. Nasi cygańscy sąsiedzi idą do siebie wąskim chodnikiem i wchodzą na równie wąski wewnętrzny betonowy dziedziniec, otoczony ze wszystkich stron ścianami. Autem nie dojedziesz, więc wszyscy parkują przy ulicy.

Obrazek

W centrum znajdziemy sporo starych kamieniczek, cerkiew i kościół katolicki, a także secesyjny ratusz, który jest na tyle wielki, że nie udało mi się zrobić ładnego zdjęcia.

Obrazek

Kanjiža/Magyarkanizsa nie jest na mapie atrakcji turystycznych dla cudzoziemców, ale ma pewien potencjał, z którego korzystają miejscowi: to plaża miejska nad Cisą (Tisa, Tisza). Rzeka ta jest bardzo ważna w węgierskiej mitologii historycznej, bo była najdłuższą, której bieg zaczynał się i kończył na terenie Królestwa Węgier. To ona, a nie Dunaj, określana była jako "najbardziej węgierska z rzek". Obecnie zaczyna się na Ukrainie, na krótkim odcinku tworzy granicę ukraińsko-rumuńską i węgiersko-słowacką, a do Dunaju wpływa niedaleko miasta Titel, które odwiedziliśmy jadąc tutaj.
Na plaży wysypano piasek, na rzece ustawiono pływającą platformę, z której można wejść do wody. Są darmowe leżaki i toalety, są i przebieralnie. Zaraz obok działają dwie restauracje, kawałek dalej kilka innych, jest kemping, widać, że to lokalne centrum turystyczne.

Obrazek
Obrazek

Oczywiście skorzystaliśmy z okazji, aby wykąpać się w Cisie - woda okazała się zaskakująco ciepła, na pewno miała kilka stopni więcej niż w basenie na rumuńskim kempingu :P. Obawiałem się silnego prądu, ale - to kolejne zaskoczenie - rzeka była bardzo spokojna. Wydawała się też dość czysta, potwierdzała to obecność morderców ryb, znaczy się wędkarzy.

Obrazek
Obrazek

Zaglądamy do restauracji reklamującej się rysunkiem kucharza-żaby. Wielki lokal na duże imprezy, z częścią dla palaczy i niepalaczy, które są zupełnie nieoddzielone, więc mogli to sobie darować. Mamy jednak niedzielny wieczór i jest mało klientów, w tym palaczy. O dziwo, zjawia się grupka cudzoziemców, którzy zamawiają pizzę, czym wzbudzają śmiech kelnerów. Aby się nie narazić, wybieramy pozycje z kuchni lokalnej: ja tradycyjnie coś z grilla, dobrze przyprawione i przypieczone leskovački uštipci, a Teresa zupę rybną. Porcje, zwłaszcza zupa podana na madziarski sposób w kociołku, są ogromne. Do zupy dołożono też fartuszek z żabą, który dzielnie bronił przed zachlapaniem ubrania ;).

Obrazek

Na ścianach wymalowano przebieg Cisy od źródła do ujścia.

Obrazek

Po kolacji idziemy na wieczorny spacer oraz do wyszukanej wcześniej spelunki. Mijamy dom, w którego piwnicach ktoś intensywnie ćwiczy na gitarze elektrycznej, dając mały koncert. Natomiast w spelunce budzimy sensację - podejrzewam, że jesteśmy tam pierwszymi przybyszami z zagranicy od miliona lat. Barmanka nerwowo się uśmiecha, zwłaszcza jak usiłujemy się dogadać. Gdy tylko może, to ucieka do kolegów, którzy piją piwo w ogródku albo grają w drugiej sali w bilard. Przy barze siedzimy głównie sami, więc uważnie lustruję wszystko, co jest za nim: dziesiątki nalepek sportowych i muzycznych, plakaty i pocztówki, stare bilety. Wszystko po ugrofińsku. Jedynym sygnałem, że nadal jesteśmy w Serbii, to informacja w cyrylicy o zakazie palenia oraz lista napojów alkoholowych sprzed co najmniej dwóch dekad.
Z głośników leci fajna rockowa muzyka, ale piwo niedobre, a rakija ciepła.

Obrazek

W nocy prawie dokonuję na siebie zamachu: wiedziałem, że wanna jest śliska, ale zamiast przy wychodzeniu się oprzeć, to próbowałem wyskoczyć bez asekuracji. Oczywiście się poślizgnąłem, uderzając twarzą i nogą w ścianę wanny! Huk był taki, że Teresa siedząc w pokoju była przekonana, że się zabiłem, natomiast ja oczyma wyobraźni widziałem drutowanie gęby w serbskim szpitalu. Na szczęście skończyło się na lekkim bólu żuchwy, natomiast stopa bolała mnie przez jeszcze jakiś czas.

Wczesnym rankiem podrywa nas hałas: sąsiad wymyślił, że o świcie trzeba skuwać płot ogródka. Walenie młotkiem i rzucanie kawałków na przyczepę brzmi jak idealna pobudka. Tak jak się szybko zabrali do roboty, tak szybko skończyli, potem przez cały dzień stało wszystko rozkopane.
Natomiast o dziewiątej zjawił się pan Bata z synem i przynieśli śniadanie: jajka sadzone na szynce, sałatki warzywne, brzoskwinie, chleb i półtoralitrową butelkę napoju mlekopodobnego. O rany, kto tyle tego wypije? Zaraz potem podstawili nam rowery, więc uznaliśmy, że nie będziemy ryzykować zmieszania mleka ze smażonym, bo szukanie toalety albo krzaczków mogłoby być ciut kłopotliwe.

Obrazek

Wskakujemy na koła. W centrum ruch, ale też sporo rowerzystów, którzy - podobnie jak u nas - jeżdżą gdzie popadnie i trzeba uważać również na chodnikach. Bardzo dużo osób używa takich dziwnych elektrycznych maszyn, na pół rowerków, na pół skuterków. Pewnie chińszczyzna.

Obrazek

Jedziemy nad Cisę, a następnie wałem przeciwpowodziowym wzdłuż niej. Przez wał przebiega międzynarodowy szlak rowerowy EuroVelo nr 11.

Obrazek

Niestety, po kilku chwilach dojeżdżamy do dość ruchliwej drogi, dobrze, że ten odcinek jest dość krótki. Mijamy położone niżej samotne gospodarstwo.

Obrazek

Tablica wyjazdowa różni się od wjazdowej - tu umieszczono również serbską wersję łacińską. W ogóle kwestia nazewnictwa jest interesująca: jej pochodzenie jest zdecydowanie słowiańskie i nawiązuje od księcia, Węgrzy przyswoili ją do swojego języka. Potem kilkukrotnie się zmieniała: Stara Kanjiža dla Serbów, w odróżnieniu od Nowej, którą założono za rzeką. Następnie przymiotnik usunięto, za to w latach 30. ubiegłego wieku proponowano zastąpienie jej Petrov Gradem. Ta opcja nie przeszła. Węgierska wersja Magyarkanizsa funkcjonowała prawdopodobnie do końca II wojny światowej, odróżniała miejscowość od innych nazywających się Kanizsa. Komuniści wycięli narodowy przymiotnik, a następnie próbowali ją zesłowianizować. Jakiś czas temu (nie wiem dokładnie kiedy) powrócono do poprzedniej nazwy Magyarkanizsa, ale ponoć mieszkańcy z przyzwyczajenia i tak używają Kanizsa :P.

Obrazek

Za Cisą znajduje się kolejne miasteczko: Novi Kneževac (Нови Кнежевац, Törökkanizsa). W jego przypadku historia także odcisnęła piętno na nazwie. Założone zostało nieco później niż Stara Kanjiža, więc znane było wśród Serbów jako Nova Kanjiža albo Turska Kanjiža. Obie miejscowości z dwóch stron rzeki łączyła przeprawa. W okresie międzywojennym władze nadały miastu nazwę obowiązującą do dziś, natomiast węgierska pozostała bez zmian (török znaczy turecka). Jest to w sumie dziwne, bo to nie Turcy założyli osadę, istniała długo przed ich przybyciem, natomiast co najmniej raz ją spalili.

Obrazek

Przejeżdżając Cisę opuściliśmy Baczkę i znaleźliśmy się w Banacie. Czy to ma jakieś znaczenie? Owszem i nie mam na myśli wydarzeń z przeszłości: północna część serbskiej Baczki jest znacznie bardziej węgierska niż północna część serbskiego Banatu. Madziarzy oczywiście także i tu mieszkają, ale w mało której miejscowości stanowią większość. Tak jest też w Kneževacu - Serbowie są od nich liczniejsi, a na ulicach jest dokładnie odwrotnie niż Kanjižy, bo zazwyczaj słychać język serbski. Ogólnie liczba Węgrów w Wojwodinie regularnie spada, według ostatniego spisu stanowią już jedynie dziesięć procent ludności prowincji.

Obrazek

Pedałujemy przez mniej lub bardziej opuszczone place i deptakiem, obok kościoła katolickiego, ponownie zajeżdżamy nad rzekę.

Obrazek
Obrazek

Na brzegu stoi Spomenik Palim Borcima z 1965 roku, przedstawiający dwie postacie, w tym jedną schyloną. Wyglądają, jakby grali w jakąś grę.

Obrazek

Robimy sobie zdjęcie na tle Cisy (Teresa ma dziwną minę, bo kazałem jej wyobrażać sobie różnych chłopów bez majtek P)) i z faną na tle fan.

Obrazek
Obrazek

Kawałek dalej stoi cerkiew z początku XIX wieku; zaglądamy jedynie przez drzwi, bo w środku trwa sprzątanie. Z miotłą lata facet, to naprawdę rzadkość!

Obrazek

Niebo zakrywają chmury, ale jest bardzo duszno, zatem zajeżdżamy do knajpy na deptaku. Siedząc tam przez ponad godzinę, możemy trochę popodglądać życie lokalsów. Przy sąsiednim stoliku ulokowała się grupa starszych mężczyzn, większość z nich pije kawę i wodę. Obgadują jakąś grubą babę, co chwilę wybucha głośny śmiech. Za to po ulicy ciągle kręcą się te same osoby, niektóre widzę z dziesięć razy łażące tam i z powrotem. Szczególnym powodzeniem cieszy się "rzeźnik bio", cokolwiek to znaczy.

Na deptaku stoi kolejna dziwna rzeźba, mi z daleka przypomina ślimaka.

Obrazek

Gdy idę zapłacić, uśmiechnięta barmanka zagaduje, skąd przyjechaliśmy.
- No rowerach z Polski?? - dziwi się.
Aż tak popieprzeni nie jesteśmy ;). Tłumaczę, że z Kanjižy.
- A wiesz, że my też jesteśmy Kanjiža, tylko Nowa? - właśnie wtedy się o tym dowiedziałem. - Fajnie, że tu zaglądają turyści z zagranicy, bardzo się cieszę. Widziałam twój aparat, ja też lubię robić zdjęcia bez smartfona! - woła. Czyli jeszcze lustrzankowcy nie wyginęli całkowicie!

Obrazek

Pogadaliśmy jeszcze przez chwilkę, po czym ruszyliśmy dalej. Na ścianach budynków zauważyłem sporo przekreślonych nazw ulicy, bo ze dwa lata temu burmistrz usunął wszystkich patronów z okresu komunistycznego. Pomników na szczęście nie ruszył.

Obrazek

Wyszło słońce, a my żółtym mostem wracamy do Baczki. Nota bene to ostatni most na Cisie na terenie Serbii, następny jest dopiero w Segedynie, za ponad dwadzieścia kilometrów.

Obrazek

Banacki brzeg jest tu zagospodarowany, baczki pokrywa las.

Obrazek

Kręcimy się jeszcze po bardziej oddalonych dzielnicach Kanjižy. Zaglądamy na nieczynny od 2014 roku dworzec kolejowy w typowym austro-węgierskim stylu. Nazwa węgierska jest tu jeszcze bez przymiotnika.

Obrazek
Obrazek

Tory rozebrano, zostały tylko na przejazdach.

Obrazek

Nie udało nam się dojść do cmentarza żydowskiego, który ze wszystkich stron otoczony jest terenami prywatnymi. Zajrzeliśmy natomiast na cmentarz katolicki, czyli węgierski. Znajdujemy na nim dużą kwaterę żołnierzy armii habsburskiej z Wielkiej Wojny.

Obrazek

Ciekawa kompozycja na grobie pewnego małżeństwa.

Obrazek

Wracamy odstawić rowery do hostelu. Przyglądając się krzyżowi przy kościele katolickim zauważam, że fundatorami pod koniec XIX wieku była rodzina... Bata.

Obrazek

A w hostelu przychodzi pan Bata i pyta się, na którą chcemy jutro śniadanie. Oddajemy mu napój mlekopodobny (który okazał się jakimś specjalistycznym jogurtem), tłumacząc, że go nie wypijemy, więc szkoda go marnować. Zabiera go wyraźnie zirytowany, pewnie pomyślał, że cudzoziemcom kompletnie odwala.

Wieczorem pora na kolejny spacer po mieście. Ulice oddalone od centrum są puste, ludzi wymiotło.

Obrazek
Obrazek

W Kanjižy również dokonano dekomunizacji i nawet marszałek Tito musiał opuścić pozycję patrona.

Obrazek

Z powodu specyfiki narodowościowej partia rządząca reklamuje się tutaj po węgiersku i zdjęciami z Orbánem. Wykonano je dość dawno temu, bo obaj politycy są mocno szczuplejsi niż dzisiaj. Tak jak Serbia i Węgry zazwyczaj ze sobą nie przepadały, tak teraz oficjalna narracja mówi o wielkiej miłości obu narodów. Ciekawe jak długo?

Obrazek
Obrazek

W restauracji nad rzeką objadamy się po uszy. Nie tylko my, obok leży kot tak gruby, że nawet nie spojrzy na rzucane mu mięsko.

Obrazek

Nieśpiesznie udajemy się na spoczynek. Czasem przemknie jakiś samochód, ale ogólnie w mieście panuje cisza. Chwilę bawię się z aparatem w parku przy ratuszu, stoi tam również pięciopalczasty spomenik.

Obrazek
Obrazek

Na nowy osiedlu brak żywego ducha, za to w największym parku ławki obsadzone przez młodzież. Palą jak smoki, ale alkoholu nie zauważyłem.

Obrazek

Rano ze śniadaniem przychodzi pani Bata. Przynosi gotowane parówki z chlebem i warzywa w panierce, a do picia herbatę, nic białego ;). Zjadamy ze smakiem.

Na koniec wizyty udajemy się jeszcze do najbliższego i jednocześnie największego parku, tam, gdzie w nocy imprezowała młodzież. Teraz są tam ludzie w starszym wieku i matki z wózkami. Na skraju skromny pomniczek jakiś założycieli.

Obrazek

Narodni park (Néppark) to pozostałość po węgierskim uzdrowisku z przełomu XIX i XX wieku. Oryginalny budynek łaźni - przypominający cerkiew - jest w kiepskim stanie, dookoła stoją obiekty mniejszej architektury i też się rozpadają.

Obrazek

Uzdrowisko nadal działa, ale w nowszych obiektach. Przed jednym z nich stoi rzeźba Cyganki; według legendy uleczyła ona kolana w miejscowym cudownym źródle i znowu mogła tańczyć!

Obrazek

W uzdrowisku zakończyliśmy wizytę na serbskiej i wojwodińskiej prowincji, pora udać się w stronę granicy.

Obrazek
Staliśmy nad przepaścią, ale zrobiliśmy wielki krok naprzód!
Awatar użytkownika
Sebastian
Posty: 7104
Rejestracja: 2017-11-09, 17:18
Lokalizacja: Kraków
Kontakt:

Re: Triplex Confinium - na trójstyku HUN, ROM i SRB

Postautor: Sebastian » 2026-02-02, 13:57

A co, jeśli ten napój mlekopodobny był sfermentowany i zawierał jakieś procenty? To by mogło tłumaczyć irytację gospodarza. Być może niesłusznie go zlekceważyliście. Poza tym był ZAPŁACONY!
Awatar użytkownika
Pudelek
Posty: 8892
Rejestracja: 2013-07-08, 15:01
Lokalizacja: Oberschlesien

Re: Triplex Confinium - na trójstyku HUN, ROM i SRB

Postautor: Pudelek » 2026-02-03, 22:38

procentów nie zawierał, co najwyżej bakterie i nie wszystko, co zapłacone, jest godne konsumpcji :)
Staliśmy nad przepaścią, ale zrobiliśmy wielki krok naprzód!
Awatar użytkownika
maurycy
Posty: 1012
Rejestracja: 2013-11-17, 09:25
Lokalizacja: Bielsko okolice

Re: Triplex Confinium - na trójstyku HUN, ROM i SRB

Postautor: maurycy » 2026-02-04, 21:47

Fajne klimaty i smaczki :-o
Zamach na szczęście sie nie udał.
Awatar użytkownika
Pudelek
Posty: 8892
Rejestracja: 2013-07-08, 15:01
Lokalizacja: Oberschlesien

Re: Triplex Confinium - na trójstyku HUN, ROM i SRB

Postautor: Pudelek » 2026-03-01, 14:48

Banat. Wielokrotnie pisałem o tej krainie historycznej i wspominałem, że to jedna z moich ulubionych. Wspominałem, że podzielny jest na trzy kraje: większość znajduje się w Rumunii, mniejszość w Serbii, a skrawek pozostał na Węgrzech. Zdarzało mi się odwiedzać jednego dnia Banat w dwóch krajach, ale jeszcze nigdy we wszystkich trzech - udało się to dopiero w lipcu 2025 roku, dzięki wejściu Rumunii do strefy Schengen. Ale po kolei.

Najpierw są ostatnie kilometry na serbskiej ziemi. Nagle na drodze wyrasta bela siana, która spadła z traktora pędzącego przed nami. Poluzowały się również inne, więc rolnicy próbują je jakoś zatrzymać.

Obrazek

Dwie ostatnie serbskie wioski to Majdan (Мајдан, węg. Magyarmajdány) i Rabe (Рабе, Rábé). Obydwie niewielkie, zamieszkałe niemal wyłącznie przez Węgrów i sprawiające ponure wrażenie z powodu opuszczonej i zniszczonej zabudowy. Już kiedyś przez nie jechaliśmy i nic się nie zmienia, chyba, że na minus.

Obrazek
Obrazek

Pojawia się węgierski płot antyimigrancki, to znak, że do przejścia coraz bliżej.

Obrazek

Przed nami trójstyk sebrsko-węgiersko-rumuński, zwany Triplex Confinium, reprezentowany przez biały obelisk z trzema stronami; każda zaopatrzona jest w herb odpowiedniego państwa.

Obrazek

Jeszcze dekadę temu pamiątkowy monument stał wśród pól, a jedyną infrastrukturą była tablica informacyjna i wiata w jednym z rogów, docierali tu jedynie rowerowi fanatycy. Jako pierwsi asfaltową drogę doprowadzili Rumuni, ale okazało się, że łatwiej było otworzyć przejście graniczne pomiędzy dwoma zaprzyjaźnionymi dyktatorami (Węgrami i Serbią) niż między krajami unijnymi. Przejście węgiersko-rumuńskie planowano na rok 2023 i znowu okazało się, że prędzej przyjdzie wstąpienie Rumunii do Schengen niż jego wybudowanie. Co prawda formalnie nie ma tutaj połączenia drogowego między Węgrami a Rumunią, ale... zobaczymy ;) . Z boku widzę dwóch rumuńskich mundurowych stojących u siebie, za wsadzonymi w ziemię flagami.

Obrazek

Podjeżdżając przeżywamy szok - trzy lata temu rolę budynków granicznych pełniły blaszane budy, a teraz są wypasione, nowoczesne budynki. Szok numer dwa - przed dwoma laty było tu pełno innych samochodów, a teraz jesteśmy kompletnie sami, nikogo z ani jednej, ani z drugiej strony. Bardzo dziwne.

Obrazek

Serbska kontrola trwa szybciutko.
- Gdzie byliście? - zagaduje pogranicznik. - W Kanjižy? - dziwi się. - Biznes?
- Niee, gdzie tam! Turyści, tam jest Cisa i plaża...
- Aaa, Tiski cvet - rzuca hasło nadbrzeżnego kempingu, ale nie wyprowadzam go z błędu, że spaliśmy pod dachem.
Za to po stronie węgierskiej dwóch celników aż podskoczyło z radości i na dzień dobry podstawili wózek na kółkach, każąc wypakować bagaże. Teresa się wkurzyła, bo ciężko potem wszystko porządnie zapakować, mi natomiast chciało się śmiać, bo wiedziałem, że nic nielegalnego u nas nie znajdą. Panowie podeszli jednak do sprawy bardzo poważnie, stukając, pukając, zaglądając do lusterek i silnika.
- Co to jest?! - jeden z nich wskazuje kopertę z rozerwanym woreczkiem, w którym coś się przewala. - Proszę otworzyć - podaje go Teresie.
W środku znajdowały się... drobne leje, a Madziar wyraźnie się zmieszał, być może już oczami wyobraźni widział jakieś pigułki.
- A co to, rakija?! - jego kolega podnosi butelkę wypełnioną ciemnobrązową cieczą. Bimber bez banderoli?
- Nie, wieziemy to z Polski...
- Ale co to jest?!
- Ice tea!
Po drugiej nietrafionej próbie chłopaki dali spokój. Najśmieszniejsze, że nawet nie dotarli do naszych zapasów alkoholu ułożonych w dolnej półce bagażnika ;).
Do tej pory zastanawiam się, czy Węgrzy mieli jakiś cynk o przemycie, czy byli zwyczajnie nadgorliwi czy im się po prostu nudziło? Jeśli to standardowa nadgorliwość, to nie dziwię się, że przejście jest puste.
Po kontroli pytam się ich, czy można przejechać stąd do Rumunii. Po krótkiej chwili zawahania kiwają głową, że tak.

A nie jest to oczywiste. Za przejściem znajduje się boczna droga w prawo. Stoi przy niej zakaz wjazdu z tabliczką o niezrozumiałej dla mnie treści oraz szlaban, lecz podniesiony.

Obrazek

To zapewne oficjalnie trasa techniczna dla służb, ale skręcam w nią, mijam płot i cofam się w stronę trójstyku. Po kilkuset metrach asfalt się kończy i zaczyna krótki odcinek szutrówki. W ten sposób docieram o Triplexu Confinium od drugiej strony. Obok bieleją niskie słupki granicy węgiersko-rumuńskiej, zaczynają się od numeru jeden.

Obrazek
Obrazek

W ten oto sposób po czterech dniach ponownie wjechaliśmy do Rumunii. Dwójka funkcjonariuszy macha ręką, aby stanąć. Proszą o dokumenty i zaglądają do bagażnika, ale bez dokładniejszego sprawdzania.
- Dokąd jedziecie? - pytają raczej z ciekawości, niż dociekliwości.
- Na Węgry.
- Jak to na Węgry?! Właśnie z nich przyjechaliście!
- Chcemy jeszcze zobaczyć kilka miejsc u was i zrobić zakupy, a potem dalej na Węgry.
Pokiwali głowami, jak się kiwa wariatom i nie drążyli tematu.
- Macie przerąbane na granicy z Rosją i Ukrainą przez tę wojnę?
- Nie aż tak. Najgorzej bywa na granicy z Białorusią z migrantami, których tam przerzucają.
- Jak to, płyną przez Bug?!
- Nie, przez płot! Jest znacznie większy niż ten węgierski, a i tak się przedostają.
To było jeszcze pomiędzy masowymi nalotami dronów ze wschodu, ale i Rumuni nie mają lekko, bo u nich też coś ciągle spada przy granicy.

Dostajemy z powrotem dowody i możemy ruszać dalej. Przekroczenie z serbskiego Banatu przez węgierski do rumuńskiego zajęło nam dwadzieścia minut. Na przejściu nadal pusto, podobnie jak pusta jest rumuńska droga - chyba mało kto jeszcze odkrył, że można tędy jeździć.

Obrazek
Obrazek

Niedaleko granicy jest "most turecki" (Pondul Turcesc), zgodnie z nazwą wybudowany jeszcze przez Turków. Musiałby zatem powstać przed 1718 rokiem, ale tak naprawdę nie wiadomo kiedy powstał.

Obrazek

Pierwszą miejscowością, oddaloną o niecałe trzy kilometry, jest Beba Veche (Óbéba, niem. Altbeba). Podobno słyszał o niej prawie każdy Rumun, bo to najbardziej wysunięta na zachód osada w państwie.

Obrazek

Początkowo po upadku Austro-Węgier zajęli ją Serbowie i włączyli ją w granice swojego kraju jako Stara Beba (Стара Беба). Nie mieli ku temu podstaw etnicznych, bowiem zamieszkiwali ją w podobnym procencie Rumuni i Węgrzy, było kilkuset Niemców (zwanych Szwabami Banackimi), natomiast Słowian prawie w ogóle. Według lokalnej legendy, miejscowi zmianę przynależności państwowej zawdzięczają... Senegalczykom z francuskiej armii, którzy przez jakiś czas tu stacjonowali. Murzyńscy żołnierze wzbudzali przerażenie, ale częstowali czekoladą, natomiast faktem jest, że w 1924 roku Serbia i Rumunia wymieli się kilkunastoma miejscowościami, jedną z nich była Beba Veche.

Dziś Rumuni stanowią dwie trzecie ludności, jest ponad trzystu Węgrów i kilku Niemców. Po jednej stronie ulicy stoi kościół katolicki, a pod nim pomnik z niemieckimi napisami, po drugiej cerkiew z pomnikiem poległych.

Obrazek
Obrazek
Obrazek

Tu również jest stary most, niby "turecki".

Obrazek
Obrazek

Co jeszcze znajdziemy w Bebie ciekawego? Gustowny kibelek na zapleczu cerkwi, tablica poświęcona Decebalowi, tablica jakiegoś regionu z nazwą nawiązującą do trójstyku i grupy dżentelmenów siedzących pod sklepami z piwem.

Obrazek
Obrazek

Pora ruszać dalej. Okolica jest niemal idealnie płaska, wyróżniają się ogromne krzyże charakterystyczne dla tej części Rumunii.

Obrazek
Obrazek

Następną wioską jest znacznie mniejszy Cherestur (Pusztakeresztúr, niem. Kerestur), w którym zawsze dominowali Węgrzy. Jego również początkowo przyłączono do Serbii jako Krstur (Крстур) i również w 1924 roku oddano Rumunom. Miejscowość wygląda biednie.

Obrazek
Obrazek

A za wioską niespodzianka - w polu intensywnie pracuje kiwon. Nie wiedziałem, że i tutaj wydobywa się ropę.

Obrazek

Jeszcze biedniej wygląda sąsiednie Cheglevichi (Keglevichháza, Keglewitschhausen), zwłaszcza, że najpierw mijamy cygańskie osiedle.

Obrazek
Obrazek

Dawniej była to osada w większości niemiecka, czego pamiątką jest katolicki kościół otoczony drogami (na pomniku mamy niemiecko-węgierski łamaniec, wspomniana jest Gemeinde Keglevichház). Współcześnie numerem jeden są Rumuni.

Obrazek
Obrazek

Kolejna mieścina posiada aż trzy oficjalnie nazwy na tablicach: Dudeștii Vechi po rumuńsku oraz Stár Bišnov w wersji łacińskiej i Стар Бешенов w cyrylicy. Sądziłem, ze to nazwy serbskie, a okazały się... bułgarskimi! Najliczniejszą nacją byli i są Bułgarzy. Właśnie za tą wielokulturowość kocham Banat! Skąd się tu wzięli? Tradycyjnie uciekali przed Turkami na ziemie Habsburgów. Co ciekawe, większość z nich wyznaje katolicyzm, a nie prawosławie. Dudeștii Vechi/Stár Bišnov stanowi dziś największe skupisko i w Banacie i w Rumunii (ponad półtora tysiąca osób). I jeszcze ciekawostka lingwistyczna: Стар Бешенов to zapis w tradycyjnym bułgarskim, a Stár Bišnov to wersja w banackim bułgarskim :D.

Obrazek

Po kilku wioskach wjeżdżamy do miasta, które wydaje się małą metropolią, choć liczy dziesięć tysięcy dusz. Sânnicolau Mare (Nagyszentmiklós) co najmniej od półtora wieku było niezłą mieszanką etniczną. Za czasów austriackich najliczniejsi byli Niemcy (Groß Sankt Nikolaus) przed Rumunami, Madziarami i Serbami. Przed II wojną światową żyła tu też kilkusetosobowa społeczność żydowska. Spis z 2021 roku wykazał, poza siedmioma tysiącami Rumunów, także pół tysiąca Węgrów, po trzy setki Bułgarów i Serbów, blisko dwie setki Niemców, kilkudziesięciu Ukraińców i prawie dwa tysiące "nieokreślonych". A także dwustu Romów, choć ci na ulicach są najbardziej widoczni i żebrzą dość natarczywie, czego nie uświadczyliśmy w Siedmiogrodzie.

Obrazek

Deptak sprawia europejskie wrażenie. Zrobi się ciut mniej europejsko, jeśli zdamy sobie sprawę, że w celu jego wytyczenia komuniści zburzyli sporą część starówki.

Obrazek

W centrum stoi neoklasyczny pałac Nákó, wybudowany przez rodzinę o takim nazwisku. Hrabiowie Nákó byli pochodzenia wołoskiego i przybyli do Banatu z Macedonii. Przed ich dawną rezydencją ustawiono pomnik rumuńskich monarchów, Ferdynanda i Marii.

Obrazek

Rozmaitych pomników jest tu zresztą znacznie więcej, zupełnie jak na Węgrzech. Jeden z nich przedstawia siedzącego pana - to Béla Bartók, jeden z największych kompozytorów ubiegłego wieku.

Obrazek
Obrazek

A to Béla Bartók w wersji z czasów Ceaușescu.

Obrazek

W bliskim i nieco dalszym sąsiedztwie deptaka wznoszą się trzy świątynie: cerkiew serbska, cerkiew rumuńska i kościół katolicki. Zaglądamy do tej ostatniej. Trójjęzyczna tablica na ścianie przypomina, że uczęszczają do niej głównie mniejszości.

Obrazek

Wnętrza są klasycznie klasycystyczne. W przedsionku umieszczono tablice poświęcone niemieckim wiernym poległym w czasie II wojny światowej oraz ofiar komunistycznych deportacji. W bocznej kaplicy wisi pełno podziękowań po niemiecku, węgiersku i pojedyncze w języku rumuńskim.

Obrazek
Obrazek

Przed kościołem stoi pomnik fundatora, czyli jednego z hrabiów Nákó a pod nim dzwon. Nie pamiętam z którego roku, ale tekst po węgiersku wspominał o cenie w lejach.

Obrazek

Wydajemy ostatnią rumuńską gotówkę i już mieliśmy jechać dalej, gdy na trawniku koło samochodu zauważyliśmy dwa bezpańskie psy. Jeden zdawał się być agresywny, co się rzadko zdarza, bo zazwyczaj takie miejskie czworonogi są ospałe i potulne. W aucie wozimy karmę, więc wysypaliśmy ją na chodnik. Agresor stał się spokojny, a jego towarzysz tak się rwał do jedzenia, że prawie zaklinował się pod płotem.

Obrazek

Wyjazd w kierunku granicy nastąpił z małymi problemami, bo wiele ulic w Sânnicolau Mare jest rozkopanych i nie ma wyznaczonych objazdów.
Na głównej szosie mijam kilka radiowozów, ale nie wyglądają na polujących na kierowców.

Obrazek

Ostatnia rumuńska miejscowość to Cenad (Nagycsanád, Tschanad), dawniej również miasteczko ze Szwabami Banackimi jako najliczniejszą grupą etniczną, a także ze sporym odsetkiem Serbów. Przy głównej szosie świątynie jak zawsze stoją blisko siebie: po prawej cerkiew rumuńska, po lewej kościół katolicki.

Obrazek

Chyba rzadko ktoś te obiekty fotografuje, bo wzbudzam niezdrowe zainteresowanie grupki nastolatków włóczących się po okolicy.

Końcowe rumuńskie kilometry sprawiają wrażenie ogołoconych z wszelkiego życia. Podobnie wygląda kanał z resztką wody na dnie.

Obrazek

W Rumunii byliśmy przez dwie godziny, kraj ten żegna nas wielkim krzyżem, patroli brak. Przyjemnie patrzeć na budynki graniczne, które przynajmniej na jakiś czas przestały pełnić swą rolę,

Obrazek
Obrazek

Wspominałem, że przy Węgrach ostały się jedynie resztki Banatu: niecałe trzysta kilometrów kwadratowych, ledwie siedem wiosek i dzielnica Segedyna. Trzy wioski wizytowałem podczas dwóch poprzednich przejazdów przez madziarski Banat, zostały mi cztery, które odwiedzimy tym razem. Najbliższy i najciekawszy pod względem zabytków jest Kiszombor. Ciekawe jakie są jakiego relacje z "dużym" Somborem, leżącym w Serbii? Jakieś muszą być, skoro nazwa w każdym języku (Zamborul Mic, Мали Сомбор) posiada przymiotnik "mały".

Obrazek

Senny i wyludniony ma długą historię sięgającą czasów przybycia Madziarów na te tereny. Początkowo nazywał się zwyczajnie Somborem, dopiero w 19. stuleciu dodano przymiotnik, aby go odróżnić od większego imiennika, więc ta sprawa została wyjaśniona...
Pamiątką po najstarszym etapie historii jest rzadki zabytek: romański kościół rotundowy z XII wieku, stojący przy dużo młodszej świątyni. Szkoda, że zamknięty, bo w środku zachowały się średniowieczne malowidła.

Obrazek

W wiosce znajdują się co najmniej trzy dawne rezydencje szlacheckie. Jedna z nich to pałac rodziny Rónay (Rónay-kúria) z ciekawą wieżyczką. W poprzednim ustroju mocno go zniszczono.

Obrazek

Spichlerz z 1835 zaprojektowany w taki sposób, że na pierwszy rzut oka też przypomina pałacyk. Ponoć unikalny w skali kraju.

Obrazek

Drogowskazy w stronę granicy z Rumunią mają przekreślony znak kontroli celnej, co przypomina, iż Bukareszt znalazł się w Schengen. My kierujemy się dokładnie w przeciwną stronę.

Obrazek

Kolejne dwie wioski (Ferencszállás i Klárafalva) tylko zaliczam, bo nie ma w nich nic ciekawego.

Obrazek
Obrazek

Węgierski Banat był mniej wymieszany niż dzisiejszy serbski i rumuński. Oprócz rozproszonych Niemców w większych grupach mieszkali tu tylko Serbowie, których garstka uchowała się w Deszk (Деска).

Obrazek

Oczywiście na ulicach tego nie widać, ale działa tu ich narodowa cerkiew prawosławna (sylwetka świątyni znalazła się nawet w herbie wioski).

Obrazek
Obrazek

W cerkwi trwa remont, więc ograniczam się jedynie do spaceru po pełnym drzew terenie przylegającym.

Obrazek

Jadąc główną drogą na wielu przystankach stoją duże grupy ludzi, czekające na autobus. Na innych stoją duże grupy rowerów, czekające na właścicieli. Najwyraźniej sporo osób dojeżdża do Segedyna komunikacją publiczną.

Obrazek

W ten sposób zakończyliśmy banacki etap naszej wakacyjnej podróży. Udało się zrealizować kilka planów na raz: odwiedzić trójstyk, odwiedzić Banat w trzech państwach w ciągu kilku minut, a także zobaczyć wszystkie miejscowości madziarskiej części. I super.
Staliśmy nad przepaścią, ale zrobiliśmy wielki krok naprzód!
Awatar użytkownika
buba
Posty: 6899
Rejestracja: 2013-07-09, 07:07
Lokalizacja: Oława
Kontakt:

Re: Triplex Confinium - na trójstyku HUN, ROM i SRB

Postautor: buba » 2026-03-01, 15:04

Czy w ten dzień było jakies nietypowe światło albo inny pył saharyjski? Bo bardzo mi się podoba kolorystyka zdjeć - taka płowa! :D
"ujrzałam kiedyś o świcie dwie drogi, wybrałam ta mniej uczęszczaną. Cała reszta jest wynikiem tego, że ją wybrałam"

na wiecznych wagarach od życia..
Awatar użytkownika
Pudelek
Posty: 8892
Rejestracja: 2013-07-08, 15:01
Lokalizacja: Oberschlesien

Re: Triplex Confinium - na trójstyku HUN, ROM i SRB

Postautor: Pudelek » 2026-03-01, 21:59

Było mało słońca, większość zdjęć robiono przy pochmurnym niebie. A zdjęcia z samochodu często są nieco przebarwione przez szyby.
Staliśmy nad przepaścią, ale zrobiliśmy wielki krok naprzód!
Awatar użytkownika
Pudelek
Posty: 8892
Rejestracja: 2013-07-08, 15:01
Lokalizacja: Oberschlesien

Re: Triplex Confinium - na trójstyku HUN, ROM i SRB

Postautor: Pudelek » 2026-03-13, 22:01

Węgrzy słyną z pomnikomanii i jest to niewątpliwie cecha, która łączy ich z Polakami. Niektóre egzemplarze pamięta się dłużej niż inne, na przykład pomnik... dyni. Stał sobie na środku ronda niedaleko Segedyna. Jak go zobaczyłem, to musiałem się zatrzymać i zrobić mu zdjęcie ;).

Obrazek

W tym odcinku będzie o dwóch miejscowościach zaczynających się na K, a nawet na Kis (czyli "mały"). A właściwie o jednym, bo do tego pierwszego (Kistelek) zajrzeliśmy głównie w poszukiwaniu kantoru. Chciałem wymienić większą ilość waluty w centrum handlowym w Segedynie, ale oferowano tam tak skandalicznie niskie kursy i wysoką prowizję, że oznaczałoby to stratę kilkuset złotych.
W Kistelek kantoru nie ma, za to mają dwa kościoły, a na rondzie - zamiast dyni - fontannę. Nowsza świątynia należy do ewangelików.

Obrazek
Obrazek

Są też dwa Pomniki Poległych, po jednym dla każdej wojny światowej. Dla pierwszej ma klasyczną formę w postaci stojącego z karabinem żołnierza, dla drugiej rozrósł się do kaplicy z płaczącym umięśnionym osobnikiem.
A na deser wysublimowana architektonicznie brama wjazdowa na dworzec autobusowy z odpadającym tynkiem.

Obrazek
Obrazek

Dalsza podróż po prowincji to madziarski standard: kiepskie drogi niezależnie od numeracji i rzadko występujące osady. Sugerujące burzę ciemniejące niebo utworzyło ze ścierniskiem barwy ukraińskiej flagi.

Obrazek

Żadne opady ani pioruny się jednak nie pojawiły i spokojnie dojechaliśmy do Kiskőrös. Miejscowość doskonale nam znana, bo jesteśmy w niej czwarty raz pod rząd i nadal nam się nie znudziła. Meldujemy się na kempingu przy basenach termalnych, gdzie ceny utrzymały ubiegłoroczny poziom (a biorąc pod uwagę spadek forinta, to nawet się zmniejszyły).
Samochód i namiot ustawiamy mniej więcej w tym samy miejscu, co rok temu. Tym razem nie ma znajomego małżeństwa z Częstochowy, są za to emeryci z Niemiec, których ostatnio poznaliśmy (byli wówczas oskarżani o publiczny naturyzm!). Podejrzewam, że jeżdżą tu od dekad. Facet, mimo dojrzałego wieku, jest dość wysportowany, natomiast jego małżonka to pokurczona starowinka, która wygląda, jakby większy podmuch wiatru mógł ją przewrócić.
Mam wrażenie, że na kempingu niewiele się zmienia w ciągu kolejnych wizyt, głównie ci sami ludzie rozstawiający się w stałych lokalizacjach. Wakacyjny rytuał, w którym i my bierzemy udział.

Obrazek
Obrazek

Nowi są nasi drudzy bliscy sąsiedzi: on Madziar, ona Niemka. Chłop bardzo chce mi pomóc prawidłowo rozstawić namiot i dokładnie opisuje jak zmienia się pozycja słońca. Oczywiście po węgiersku. Obowiązkowo posiadają też psa, dużego, ale spokojnego, przez większość czasu odpoczywającego w cieniu pojazdu.

Obrazek

Na kempingu, oprócz wspomnianych nacji, są także przybysze z Czech, Słowacji, Belgii, Holandii i jeszcze jedno auto na polskich blachach. Tradycyjnie jesteśmy chyba jedynymi nocującymi w namiocie, cała reszta żyje luksusowo w kamperach albo przyczepach. Im namioty służą jedynie jako lauby.

Obrazek

Po raz pierwszy spędzamy w Kiskőrös nie jeden, ale dwa pełne dni. Pierwszego klasyczny relaks, czyli moczenie się w zimnej i ciepłej wodzie, wylegiwanie się na trawie, czytanie książek, picie piwa i zajadanie się specjałami z termalnej gastronomii. Ceny przyzwoite, smaki niezłe.
Wśród kąpiących się i obsługi wypatruję sobowtórów znanych osób: widziałem m.in. Johna Malkovicha oraz odmłodzonego, ale już siwego Karola Nawrockiego.

Obrazek
Obrazek
Obrazek

Wieczorem ruszamy na miasto, które - jak zawsze - sprawia wrażenie na poły opuszczonego. Gdyby nie tiry, pędzące główną drogą w stronę granicy serbskiej, to byłoby wręcz wiejsko.

Obrazek
Obrazek

W pizzerii wzbudzamy u barmanki popłoch, bo języki obce na węgierskiej prowincji to naprawdę rzadkość. Byliśmy w tym lokalu już rok temu, więc mamy doświadczenie, zatem przy pomocy niemieckiego menu i rąk udaje nam się zamówić pizzę. A te mają czasem ciekawe, na przykład z kiszonym ogórkiem, jajkiem i fasolką.

Obrazek

Na jednym z osiedli domków jednorodzinnych wyczaiłem spelunkę, taką prawdziwą, a nie udawaną. Pełne oburzenia recenzje w internecie zachęcały do odwiedzin. Znaleźliśmy ją bez problemu, ale pani prowadząca wytłumaczyła nam łopatologicznie, że zaraz zamyka (choć powinna dopiero za godzinę). Towarzyszył jej rechot siedzącego przy barze starego dziada i zszokowany wzrok jego kilku kumpli.

Obrazek

W takiej sytuacji musieliśmy się napić w nieco bardziej kulturalnym przybytku. Tam, o dziwo, młody kelner znał angielski i tłumaczył nam, że przez pięć lat pracował w Niemczech, ale germańskiego się nie nauczył.

Obrazek

Drugiego dnia nie wytrzymałem i po szybkiej, porannej kąpieli, postanowiłem odwiedzić... muzeum! Planowałem to od trzech lat. Kiskőrös posiada co najmniej trzy takie instytucje, w tym jedną tuż obok kompleksu termalnego, którą odkryłem przypadkiem - to Muzeum Robót Drogowych! Te jednak zostawię sobie na przyszłość.

Obrazek

Wybieram muzeum związane z najsłynniejszym obywatelem Kiskőrös, a mianowicie poetą i powstańcem Sándorem Petőfim (Petőfi Szülőház és Emlékmúzeum). Rodzinny dom, w którym urodził się w 1823 roku, został przekształcony w placówkę muzealną pod koniec XIX wieku i początkowo sprawiał bardzo sielskie wrażenie.

Obrazek

Dziś został odpicowany, a otoczenie radykalnie się zmieniło, lecz nadal widać, że to chłopska chałupa (powstała około 1780 roku).

Obrazek

Na tablicy obok wejściowej bramy jest angielska wersja językowa, ale potem wkraczam w świat całkowicie wypełniony ugrofińskim. Żeby zdobyć bilet muszę odszukać opiekunkę i znajduję ją w jej biurze, wywołując szok. Chyba dawno nie gościli tu cudzoziemca. Nieliczni inni zwiedzający również patrzą na mnie, jakbym co najmniej uciekł z zoo.

Ekspozycja to połączenie historii Petőfiego i jego rodziny oraz ekspozycji etnograficznej. Z oryginalnego wyposażenia zachowało się niewiele i zazwyczaj są to meble odkupione od późniejszych właścicieli. Tak też było z łóżkiem, które pochodzi z czasów, gdy przyszedł na świat Alexander (Sándor) Petrovics, bo tak się nazywał przyszły bohater.

Obrazek

Z powodu nazwiska ojca poeta był, a przez niektórych nadal jest, uznawany za pół-Serba (matka była Słowaczką), jednak badania wykazały, że jego ojciec też był Słowakiem, a jego przodkowie mieszkali na Górnych Węgrzech (Słowacji) już w XVII wieku. Za słowackością taty świadczy też kalwińskie wyznanie zamiast prawosławia.
Na zdjęciu kuferek Istvána (Stephanusa) Petrovicsa z czasów kawalerskich.

Obrazek

Ciekawy piec, ładowano do niego z drugiej strony ściany.

Obrazek

Gdy zaglądam do pomieszczenia gospodarczego, podchodzi opiekunka domu i wskazuje placem do góry. A tam długi komin, sam bym go nie zauważył.

Obrazek

Dom urodzenia poety, to jedynie część muzeum. Druga połowa mieście się w budynku z okresu komunistycznego i pokazuje całe życie Petőfiego krok po kroku. Tym razem otrzymałem na wejściu kartkę ze skrótami po angielsku, więc mniej więcej wiedziałem, o co chodzi. Jednak nie czarujmy się - ta placówka turystów z zagranicy raczej nie zainteresuje.

Obrazek

Całość uzupełniają monumenty. Jest najstarszy pomnik Petőfiego na świecie, ustawiony w 1861 roku. Natomiast na publicznie dostępnym chodniku stoją głowy i popiersia tłumaczy dzieł Sándora na języki wszystkich kontynentów.

Obrazek
Obrazek

Na koniec wizyty dodam, że choć odwiedziłem miejsce jego urodzin, to nie ma możliwości, bym stanął przy jego grobie, ponieważ go nie posiada. Poeta zginął w czasie powstania węgierskiego pod koniec lipca 1849 w czasie bitwy pod Segesvárem (dzisiejsza Sighișoara), w której walczył jako adiutant generała Bema. Nie są znane dokładne okoliczności śmierci, nie znaleziono ciała, więc pojawiały się też teorie, że przeżył i może uciekł do Ameryki albo znalazł się w rosyjskiej niewoli i zmarł na Syberii.

To nie koniec atrakcji muzealnych, bowiem bilet do muzeum Petőfiiego upoważnia też do odwiedzenia Słowackiego Domu (Szlovák Tájház).

Obrazek

Słowacy pojawili się na tych terenach na początku XVIII wieku, aby zasiedlić wyludnione i zniszczone ziemie odbite z rąk Turków. Utrzymali swój język, kulturę i kalwińskie wyznanie aż do XX wieku, choć jeszcze i dziś kilka procent mieszkańców Kiskőrös deklaruje narodowość słowacką.

Słowacki dom prezentuje wystrój gospodarstwa średniozamożnego słowackiego chłopstwa z 19. stulecia.

Obrazek
Obrazek
Obrazek

Obrazek

Po domu krząta się zakręcona babka, umiejąca nieco po niemiecku. Dostaję mapkę miasta i foldery o innych jego atrakcjach, ale o samej wystawie i Słowakach nic nie mają, trzeba korzystać z opisów przy eksponatach. Niektóre z nich są po słowacku, więc co niego można się dowiedzieć. Tutaj również zwraca mi się uwagę na komin.

Obrazek
Obrazek

Naczynie do pálinki :D .

Obrazek

Ciekawe podłoże - zarówno podwórze, jak i chodnik obok ulicy wyłożono cegłami z XIX wieku.

Obrazek
Obrazek

Ponieważ z muzeami uwinąłem się dość szybko, więc zamiast wracać już na kąpielisko, ruszam w miasto. Jest wyjątkowo ładna pogoda, zazwyczaj w przypadku moich wyjazdów aura na Węgrzech zaczyna zawsze się psuć.

Obrazek

Armata ustawiona obok szkoły podstawowej przypomina kilkadziesiąt lat obecności wojska w Kiskőrös. Stacjonowały w nim jednostki artylerii i obrony przeciwchemicznej, obecnie miejscowość ponownie jest całkowicie cywilna.

Obrazek

Uderzam do spelunki, z którą nie udało nam się wieczorem. Barmanka w środku obsługuje inna, ale przy stoliku znowu siedzi ten sam wredny stary cap, co wczoraj i znowu coś komentuje z głupawym śmiechem. Pewnie nie jest to nic pochlebnego, bo sprzedawczyni fuczy na niego i każe się uciszyć, natomiast do mnie uśmiecha się wesoło.
Biorę butelkę (lanego piwa brak) oraz kieliszek wiadomo czego i siadam na zewnątrz.

Obrazek
Obrazek

Do namiotu i wód termalnych podążam bocznymi ulicami. Z nieba leje się żar, innych ludzi nie widać.

Obrazek
Obrazek
Obrazek

Wieczorem znowu próbujemy skonsumować pizzę, lecz przy barze trafiamy na wyjątkowo wredną dziewczynę, zdaje się, że kucharkę. Wmawia nam, że mają menu tylko po madziarsku, a w ogóle to ewidentnie jej przeszkadzamy.
Idziemy zatem w inne miejsce i w klimaty na słodko.

Obrazek

Dom Petőfiego po zmroku.

Obrazek

Tak wyglądają baseny termalne w nocy - woda jest usuwana, ta nowa, którą wpuszcza się pod silnym ciśnieniem, ma temperaturę nie 35-36 stopni, jak w ciągu dnia, ale grubo ponad czterdzieści. W powietrzu unosi się bardzo intensywny zapach siarki lub czegoś podobnego.

Obrazek

Ostatni poranek odbywa się w tradycyjnej kolejności: ostatnie grzanie tyłków w wodzie, pakowanie, złożenie namiotu, zakupy i... nigdzie się nie spieszymy, zaglądamy jeszcze w dwa miejsca przy ostatniej istniejącej w Kiskőrös linii kolejowej.
Najpierw parkuję za torami, gdzie okolica jest w stanie lekkiego bajzlu.

Obrazek

Na końcu zapomnianej dróżki znajduje się cmentarz żydowski, druga - obok synagogi - pamiątka po wyznawcach religii mojżeszowej. W miejscowości osiedlili się w tym samym wieku, co Słowacy. Przenieśli się z Siedmiogrodu, a niektórzy z Moraw. W szczytowym momencie (czyli w międzywojniu) było ich w Kiskőrös prawie sześciuset, ale procentowo tylko niecałe pięć całej ludności. W czasie II wojny światowej większość znalazła się w Auschwitz i tam zginęła. Powróciła garstka, w tym rabin. Dziś prawdopodobnie nie ma w mieście żadnego Żyda, choć niektóre źródła mówią o kilku.
Cmentarz jest zamknięty i nie mam ochoty przeskakiwać przez płot.

Obrazek
Obrazek

Po drugiej stronie torów lśni bielą nowy dworzec kolejowy. Wznosi się go niedaleko starego, który czasy świetności miał już dawno za sobą.

Obrazek

W momencie mojej wizyty w Kiskőrös nie było ani jednej czynnej linii kolejowej przewożącej pasażerów. Pierwszą z trzech (do Kalocsy) zamknięto w 2007 roku. Drugą (wąskotorową do Kecskemét) w 2009. Tam regularny ruch już nie wróci. Główną linię z Budapesztu do Serbii zawieszono w 2022 roku i rozpoczął się jej generalny remont. Pociągi mają ponownie nią jeździć od wiosny 2026 roku.

Obrazek
Staliśmy nad przepaścią, ale zrobiliśmy wielki krok naprzód!
Awatar użytkownika
maurycy
Posty: 1012
Rejestracja: 2013-11-17, 09:25
Lokalizacja: Bielsko okolice

Re: Triplex Confinium - na trójstyku HUN, ROM i SRB

Postautor: maurycy » 2026-03-15, 20:03

Jak piszesz, że mają pizze nawet z kiszonym ogórkiem, to na Słowacji potrafią to jeszcze przebić.
Pizza z kiszoną kapustą, to jest dopiero szok :rol
Z fajnych miejscówek termalnych (z campingiem) polecam Bogacs. Położone na skraju Gór Bukowych, oraz blisko Egeru.
Goście campingu mają możliwość (po zamknięciu, i wyproszeniu wszystkich gości) dalej korzystać wieczorem z jednego termalnego basenu.
I to z kieliszkiem wina w ręce (znaczy metalowym kubkiem, bo szkła nie wolno) . Inną atrakcją są winniczki w jaskiniach,
gdzie można napić sie niedrogo pysznego wina, i przy okazji potańczyć (przed każdą winnicą, inna potańcówka) :lol
Awatar użytkownika
Pudelek
Posty: 8892
Rejestracja: 2013-07-08, 15:01
Lokalizacja: Oberschlesien

Re: Triplex Confinium - na trójstyku HUN, ROM i SRB

Postautor: Pudelek » 2026-03-15, 21:04

Nie wiem czy Węgrzy w ogóle znają kiszoną kapustę, bo to potrawa typowo słowiańska ;)

W Bogacs kiedyś byłem, a właściwie przez niego przechodziliśmy. Za tłoczno jak dla mnie, ale fajna okolica i wino mieli dobre ;) Ba, nawet też tańczyliśmy, a potem był problem rozstawić namiot :D
Staliśmy nad przepaścią, ale zrobiliśmy wielki krok naprzód!

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 6 gości