Gdzieś nad Łyną - majowa wędrówka wokół granic (2026)
Re: Gdzieś nad Łyną - majowa wędrówka wokół granic (2026)
_laynn pisze:Dla lajków
Wyjącego jelenia byś dokleił za namiotem to lajków by było więcej!
"ujrzałam kiedyś o świcie dwie drogi, wybrałam ta mniej uczęszczaną. Cała reszta jest wynikiem tego, że ją wybrałam"
na wiecznych wagarach od życia..
na wiecznych wagarach od życia..
Re: Gdzieś nad Łyną - majowa wędrówka wokół granic (2026)
Ooo - dzięki następne zdjęcie takie wstawię 
Re: Gdzieś nad Łyną - majowa wędrówka wokół granic (2026)
Do Sępopola docieramy późnym popołudniem. Już z daleka widać, że to bardzo przyjemne miasteczko.

Na nocleg rozkładamy się nad Łyną, na przystani kajakowej. Jest tu wiata, miejsce ogniskowe i lodowaty wiatr. Co ciekawe - najbardziej duje jak się siedzi w wiacie. Drugi wieczór mamy pod bokiem rzekę - wczorak Sajnę, dziś Łynę, ale znów się nie decyduję na kąpiel. Za zimno.
Na ten biwak dołącza Kaśka. Nie sama - jest z nią również swojski, podlaski bimber! Ekipa więc rośnie i jest coraz weselej! Już nas jest 5 sztuk!
Zielone namioty rosną nad Łyną jak grzyby po deszczu.


Rozpalamy solidne ognicho. Szybko zaczynają na nim skwierczeć grzanki, kiełbaski, a w osmolonych menażkach bulgotać woda na herbaty i zupki.

Zachód słońca ma dziś niesamowite kolory!

Mimo wczorajszego niewyspania nie kładę się szybko spać. Jest tyle rzeczy do obgadania - my opowiadamy o wczorajszych przygodach z lokalsem, Kaśka co odwaliła tym razem jeżdżąc stopem, a Iwona o swojej tygodniowej wycieczce rowerowej po Mazurach.



Oczy się kleją ze zmęczenia, ale tak bardzo nie chce się odchodzić od ogniska...

Bo tu ciepło, bo tu wesoło! A tam zimny namiot... Noc o dziwo jest całkiem akceptowalna. Nawet nie muszę się przykrywać folią, a puchową kurtkę wkładam pod głowę jako poduszkę, a nie na siebie. Tak to można żyć
Poranek jest pochmurny, więc mokre rzeczy nie schną za dobrze.


Potem przychodzi burza, którą przeczekujemy w wiacie. Sypianie w pobliżu wiat to bardzo dobra taktyka. Jeszcze nieraz przyda nam się to na wyjeździe.
Po śniadaniu plecaki zostawiamy z Szymonem i idziemy na lekko pozwiedzać opuszczoną roszarnię na obrzeżach miasta. Pierwszy raz słyszę taką nazwę. Roszarnia to ponoć "rodzaj zakładu włókienniczego zajmujący się przetwarzaniem słomy lnianej lub konopnej na włókna".
Aby dotrzeć do ruin musimy przeleźć przez dosyć solidne chaszcze. Dopiero co lało, roślinność ocieka, więc przedzierający się człowiek szybko jest cały mokry jakby wskoczył do stawu. No ale co zrobić - instynkt eksploratorski jest nieraz silniejszy niz zdrowy rozsądek!



Teren usiany budynkami okazuje się być niemały, a ilość starego betonu do oglądania zapewni nam sporą dawkę atrakcji na jakis czas.


Najpierw trafiamy do centrum rekreacyjno - wypoczynkowego

Potem z wypoczynkiem przenosimy się na taras. Nie ma się co spieszyć ze zwiedzaniem, bo właśnie zaczęło lać. Musimy przeczekać. Cieszymy się, że mamy dach nad głową i coś dobrego na rozgrzewkę.

Dalej wędrujemy przez hale porosłe mchem, ktore mam wrażenie, że na nocleg też by się całkiem nieźle nadały.


Dachy solidne, czysto, ognisko byłoby gdzie zrobić. No ale nie planujemy zostawać drugi dzień w Sępopolu. Nie tym razem. Chris proponuje, że może kiedyś przyjedziemy tu na impreze na weekend. Chciałabym... ale kurde z Oławy trochę daleko...

Kolejne hale.



W końcu udaje się znaleźć klatkę schodową prowadzącą na "punkt widokowy". Schody wprawdzie są trochę urwane, ale wszystkim udaje się pokonać tą drobną przeszkodę.



Widoki z okien są całkiem zadowalające, a malownicze chmurki sugerują, że jeszcze nam dziś doleje.



W którymś z pomieszczeń spotykamy fajny ścienny malunek.



Wąskie przesmyki...


Kolejna hala ma dziwną podłogę, składającą się z samych fos, więc przemieszczając się, rozważamy kto się skąpie jako pierwszy


Albo czyj aparat będzie pływał, bo często robimy sobie fotki na samowyzwalaczu.

Miejsce przepełnione jest kapaniem i pluskotem.

A w niektórych miejscach tworzą się nacieki iście jaskiniowe!

To było jedno z przyjemniejszych "przeczekiwań ulew"
Nawet nie wiemy kiedy zleciały chyba ze dwie godziny! Wracamy na przystań. Pogoda nadal ma w sobie hmmm... dużą dynamikę 

Bulwarami nad Łyną zmierzamy do centrum.


Ogromny kościół widać tu praktycznie z każdego zaułka miasteczka.

Zachowały się też fragmenty murów obronnych.

Na murze rzuca się w oczy intrygująca płaskorzeźba.

Okazuje się, że ten dziwny obrazek to herb Sępopola! Baszta, która siedzi sobie w łódce i gdzieś płynie. Spływ Łyną czy Guberem?

Zaglądamy do kościoła, który o dziwo jest otwarty! To w Polsce rzadkość, że można sobie obejrzeć wnętrze światyni, a nie jedynie pocałować klamkę.



Dziś niestety Chris musi już wracać do domu
Znów więc zostajemy w czwórkę. Jeszcze odwiedzamy sklep i gdy właśnie mamy się rozsiąść na schodkach, aby zjeść co zakupiliśmy - zaczyna lać... Kolejną ulewę przeczekujemy w wiacie na koszyki.


Potem idę jeszcze na poszukiwanie Żabki, w celu nabycia herbaty i kawy. Po drodze mijam fajne zaułki pełne garaży, miauczących sierściuchów i zapasów opału.



Takim oto sposobem kończymy zwiedzanie Sępopola i powoli wybieramy się w kierunku Bartoszyc.
cdn

Na nocleg rozkładamy się nad Łyną, na przystani kajakowej. Jest tu wiata, miejsce ogniskowe i lodowaty wiatr. Co ciekawe - najbardziej duje jak się siedzi w wiacie. Drugi wieczór mamy pod bokiem rzekę - wczorak Sajnę, dziś Łynę, ale znów się nie decyduję na kąpiel. Za zimno.
Na ten biwak dołącza Kaśka. Nie sama - jest z nią również swojski, podlaski bimber! Ekipa więc rośnie i jest coraz weselej! Już nas jest 5 sztuk!
Zielone namioty rosną nad Łyną jak grzyby po deszczu.


Rozpalamy solidne ognicho. Szybko zaczynają na nim skwierczeć grzanki, kiełbaski, a w osmolonych menażkach bulgotać woda na herbaty i zupki.

Zachód słońca ma dziś niesamowite kolory!

Mimo wczorajszego niewyspania nie kładę się szybko spać. Jest tyle rzeczy do obgadania - my opowiadamy o wczorajszych przygodach z lokalsem, Kaśka co odwaliła tym razem jeżdżąc stopem, a Iwona o swojej tygodniowej wycieczce rowerowej po Mazurach.



Oczy się kleją ze zmęczenia, ale tak bardzo nie chce się odchodzić od ogniska...

Bo tu ciepło, bo tu wesoło! A tam zimny namiot... Noc o dziwo jest całkiem akceptowalna. Nawet nie muszę się przykrywać folią, a puchową kurtkę wkładam pod głowę jako poduszkę, a nie na siebie. Tak to można żyć
Poranek jest pochmurny, więc mokre rzeczy nie schną za dobrze.


Potem przychodzi burza, którą przeczekujemy w wiacie. Sypianie w pobliżu wiat to bardzo dobra taktyka. Jeszcze nieraz przyda nam się to na wyjeździe.
Po śniadaniu plecaki zostawiamy z Szymonem i idziemy na lekko pozwiedzać opuszczoną roszarnię na obrzeżach miasta. Pierwszy raz słyszę taką nazwę. Roszarnia to ponoć "rodzaj zakładu włókienniczego zajmujący się przetwarzaniem słomy lnianej lub konopnej na włókna".
Aby dotrzeć do ruin musimy przeleźć przez dosyć solidne chaszcze. Dopiero co lało, roślinność ocieka, więc przedzierający się człowiek szybko jest cały mokry jakby wskoczył do stawu. No ale co zrobić - instynkt eksploratorski jest nieraz silniejszy niz zdrowy rozsądek!



Teren usiany budynkami okazuje się być niemały, a ilość starego betonu do oglądania zapewni nam sporą dawkę atrakcji na jakis czas.


Najpierw trafiamy do centrum rekreacyjno - wypoczynkowego

Potem z wypoczynkiem przenosimy się na taras. Nie ma się co spieszyć ze zwiedzaniem, bo właśnie zaczęło lać. Musimy przeczekać. Cieszymy się, że mamy dach nad głową i coś dobrego na rozgrzewkę.

Dalej wędrujemy przez hale porosłe mchem, ktore mam wrażenie, że na nocleg też by się całkiem nieźle nadały.


Dachy solidne, czysto, ognisko byłoby gdzie zrobić. No ale nie planujemy zostawać drugi dzień w Sępopolu. Nie tym razem. Chris proponuje, że może kiedyś przyjedziemy tu na impreze na weekend. Chciałabym... ale kurde z Oławy trochę daleko...

Kolejne hale.



W końcu udaje się znaleźć klatkę schodową prowadzącą na "punkt widokowy". Schody wprawdzie są trochę urwane, ale wszystkim udaje się pokonać tą drobną przeszkodę.



Widoki z okien są całkiem zadowalające, a malownicze chmurki sugerują, że jeszcze nam dziś doleje.



W którymś z pomieszczeń spotykamy fajny ścienny malunek.



Wąskie przesmyki...


Kolejna hala ma dziwną podłogę, składającą się z samych fos, więc przemieszczając się, rozważamy kto się skąpie jako pierwszy


Albo czyj aparat będzie pływał, bo często robimy sobie fotki na samowyzwalaczu.

Miejsce przepełnione jest kapaniem i pluskotem.

A w niektórych miejscach tworzą się nacieki iście jaskiniowe!

To było jedno z przyjemniejszych "przeczekiwań ulew"

Bulwarami nad Łyną zmierzamy do centrum.


Ogromny kościół widać tu praktycznie z każdego zaułka miasteczka.

Zachowały się też fragmenty murów obronnych.

Na murze rzuca się w oczy intrygująca płaskorzeźba.

Okazuje się, że ten dziwny obrazek to herb Sępopola! Baszta, która siedzi sobie w łódce i gdzieś płynie. Spływ Łyną czy Guberem?

Zaglądamy do kościoła, który o dziwo jest otwarty! To w Polsce rzadkość, że można sobie obejrzeć wnętrze światyni, a nie jedynie pocałować klamkę.



Dziś niestety Chris musi już wracać do domu


Potem idę jeszcze na poszukiwanie Żabki, w celu nabycia herbaty i kawy. Po drodze mijam fajne zaułki pełne garaży, miauczących sierściuchów i zapasów opału.



Takim oto sposobem kończymy zwiedzanie Sępopola i powoli wybieramy się w kierunku Bartoszyc.
cdn
"ujrzałam kiedyś o świcie dwie drogi, wybrałam ta mniej uczęszczaną. Cała reszta jest wynikiem tego, że ją wybrałam"
na wiecznych wagarach od życia..
na wiecznych wagarach od życia..
Re: Gdzieś nad Łyną - majowa wędrówka wokół granic (2026)
Spanie z taką podlogą:

Już widzę, jak co wyjście na siku jest jednej osoby mniej

Już widzę, jak co wyjście na siku jest jednej osoby mniej
Re: Gdzieś nad Łyną - majowa wędrówka wokół granic (2026)
_laynn pisze:Spanie z taką podlogą:
Już widzę, jak co wyjście na siku jest jednej osoby mniej
Na tej osnowie można by nakręcić dobry horror!
"ujrzałam kiedyś o świcie dwie drogi, wybrałam ta mniej uczęszczaną. Cała reszta jest wynikiem tego, że ją wybrałam"
na wiecznych wagarach od życia..
na wiecznych wagarach od życia..
Re: Gdzieś nad Łyną - majowa wędrówka wokół granic (2026)
No jak Ci co spadną , nocą wstają i łby wyglądają z tych dziur 
Re: Gdzieś nad Łyną - majowa wędrówka wokół granic (2026)
_laynn pisze:No jak Ci co spadną , nocą wstają i łby wyglądają z tych dziur
Noo! I łapią za nogi tych co przechodzą i wciągają!
"ujrzałam kiedyś o świcie dwie drogi, wybrałam ta mniej uczęszczaną. Cała reszta jest wynikiem tego, że ją wybrałam"
na wiecznych wagarach od życia..
na wiecznych wagarach od życia..
Re: Gdzieś nad Łyną - majowa wędrówka wokół granic (2026)
Idziemy drogą bardzo wyboistą. Stary asfalt, pomieszany ze żwirem i błotem kałuż, zawsze po deszczu pięknie pachnie. Uwielbiam ten zapach - to aromat wędrówki i nadchodzących przygód!


Mijamy dwór w Rusajnach. Zamieszkany, odnowiony. Kukamy z daleka, coby nas jakiś pies za d... nie złapał.

Na skrzyzowaniu kapliczka. Z ławeczką. Chciałoby się znów trafić w takim miejscu na majówkę - tak jak 5 lat temu! Wsród bzów, z harmoszką, mmmmm... ale to było wtedy piękne!
( https://jabolowaballada.blogspot.com/20 ... iwcze.html )

W lewo do miasta, w prawo do miasta - a my gdzie? My prosto!

Szutrowa droga wiedzie nad Łynę. No bo jak tu żyć bez Łyny? Łyna musi być! Zwłaszcza z wieczora i z rana!

Mijamy różne kapliczki - stojące, wiszące...




Rzeźby ogrodowe i bynajmniej nie są to krasnale. Kurde... idąc tu nocą można by się przestraszyć! Jeszcze nie wiem, że bardzo podobne będą mnie straszyć tej nocy

Rodzina zajęcy przycupnęła w rzepaku.

O! Już widać miejsce, ku któremu zmierzamy.

Dziś znów będziemy spać na przystani kajakowej. Jest tu duża wiata, której pilnuje taka oto para. Ilekroć będę obok przechodzić (w zwłaszcza w nocy) - to aż podskoczę, mając wrażenie, że ktoś tu stoi. To nic, że o tym wiem. Ale ta pierwsza reakcja, pierwszy ułamek sekundy, zawsze będzie taki sam

Każdy kto wchodzi do wiaty znajduje się pod bacznym okiem sów.

Opiekunem tutejszego pola namiotowego jest Zbyszek. Miejscowy, ale jako wojskowy objechał kawał świata. 2 lata służył w jakiejś jednostce na Podlasiu, wiec z Kaśką mają sporo wspólnych tematów. Snują się więc opowieści na tematy bardzo zróżnicowane - o psie amstafie, który wszystko zeżerał, o granicy i łażących po lesie nachodźcach, o ukrywaniu zacieru w gnojówce w latach 80 tych
Gawędy nie ograniczają się do rodzimych terenów - Zbyszek był też "na delegacji" w Iraku przez kilka miesięcy - a tam się dopiero działo!
Utkwiła mi też opowieść o biwakujących tu kiedyś Niemcach, którym się miejsce ogromnie spodobało, miło spędzili tu czas. Więc postanowili przybyć tu znowu i przywieść w ramach wdzieczności i w podzięce jakiś podarek. Nie, nie była to flaszka ani czekoladki. Niemcy przywieźli... tojtoja!
Jeden z nich pracował w jakiejś firmie z tym związanej. No więc obok wychodka stoi też tojtoj 
Mamy okazje przeprowadzenia degustacji różnych produktów regionalnych i oceny - lepsze wytwory podlaskie czy miejscowe? I barwa, i bukiet smaku nieco inny, więc cieżko stwierdzić - zacne jest jedne i drugie! Ma to jedynie jeden minus - potem żadne sklepowe badziewie już nie smakuje!



Zbyszek do Szymona: "Czujcie się tu jak w domu. Ale pamiętaj - ta koza jest moja"

Syn Zbyszka kolekcjonuje stare motocykle. Postanawia nam pokazać swoje zbiory (dwie albo trzy sztuki) i to w najlepszy możliwy sposób! Wozi nas na nich po okolicy
Mam więc okazję jechać przez zasiewy, polną drogą o koleinach po kolano czy lawirować podwórkami między najdziwniejszymi sprzętami. Był też ślizg po błocie - myślę, że kontrolowany, dla podkręcenia klimatu, ale byłam już pewna, że się przewracamy i serce podeszło do gardła
Świst wiatru w uszach, aromat niskooktanowego paliwa połączony z wieczornym zapachem rzepaku. Świeżośc znad rzeki i chłód majowego wieczoru. Wyroby regionalne i zacne opowieści. Piękne zakończenie dnia!


Kaśka nakręciła też dwa krótkie filmiki. Niestety nie umiem ich wstawić na forum - jak ktoś jest ciekawy to są w relacji na jabolowej.
Ciepłe kolory zachodzącego słońca podświetlają okolicę, gdy stawiamy namioty. Łyna pluszcze w tle i dzisiaj wydaje się jakaś dużo czystsza i bardziej przyjazna niż w dni poprzednie.




Dziś zatem ma miejsce moja pierwsza w tym roku kąpiel. Iwona też się skusiła!

Drewno na opał było chyba troszkę mokre... Wygląda jakbyśmy papieża wybrali!
No i nawet o wyborach gadamy, ale nie na papieża, a na prezydenta Krakowa. Szymon nas wtajemnicza w różne zawiłości kampanii i niecne taktyki kandydatów.


Miło upływa wieczór przy ognisku.



A jakby ktoś kiedyś chciał tu zanocować czy zorganizować większą imprezę kajakową - to poniżej są namiary na miejscówkę. Polecamy miejsce, gospodarza - bardzo nam się tu podobało!

Ranek wstaje pogodny, słoneczny i ciepły. Nieśpieszne śniadanie, pranie, kąpiele, suszenie, wietrzenie.


A tak się prezentują kibelki - sławojka no i ten podarunkowy tojek!

Tradycja to rzecz święta - Kaśka, kwiatki i moja reklamówka!


Jak się już wczoraj dowiedzieliśnmy, pole namiotowe nad Łyną ma dwóch właścicieli. Dziś poznajemy tego drugiego... Wpada i toczy posępnym wzrokiem... "Co tu robicie? Kto wam pozwolił? Gdzie jest wasz kierownik? Kto tu jest kierownikiem? Wyłącznie z kierownikiem będę rozmawiał! Tylko mówcie prawdę!" Jak to dobrze, że wczoraj spotkaliśmy Zbyszka...
Nasza dalsza trasa wiedzie w stronę Bartoszyc.


Po 4 km łapiemy stopa. Mało co tu jeździ. Podwozi nas miła babka, córka sołtysa z Szyliny. Zabrakło nam 300 metrów, żeby obejrzeć rzeźby z Wirwiłtów. Iwona mijała je na rowerze i porobiła zdjęcia:





Bartoszyce to wyraźnie większe miasto niż Korsze czy Sępopol. Największe na naszej tegorocznej trasie. Ajajaj! Aż trochę odwykłam od takiego ruchu, zgiełku i kłębowisk ludzi. Jak to jest, że do dobrego człowiek przywyka tak szybko?



W rynku znajdujemy restaurację "Bartis". Wygląda jak bardzo elegancka knajpa z dawnych lat.

Już myśleliśmy, że nic tu po nas, bo ceny będą z kosmosu - a tu porządny, dwudaniowy obiad dają za 33 zł. Zwłaszcza zupa była wspaniała - kapuśniak z żeberkami! Mniam!
Ktoś je, ktoś idzie po zakupy spożywcze na wieczór, ktoś zwiedza miasteczko. Baterie się ładują, w kiblu można zrobić drobne przepierki. W knajpie zawsze ktoś zostaje z plecakami, więc miejsce to służy jako punkt zborny.


Wysyłamy pocztówki do znajomych, skoro jesteśmy w miasteczku.

Jak widać po powyższych zdjęciach - ekipa się rozrosła. W Bartoszycach dołączyła do nas Bozia.
Po knajpie przechadza się kocina o bardzo ładnym umaszczeniu.

Z atrakcji Bartoszyc rzuciła mi się w oczy mina morska, którą fale wyrzuciły na brzeg na Mierzei Wiślanej w Piaskach. Potem (nie wiedzieć czemu) przywieziono ją akurat tutaj. Solidny kawał żelastwa!


Z artefaktów dużo starszych mają tu dwie kamienne pruskie baby i jedną misę.



Zmierzamy powoli w stronę miejsca noclegu. A gdzie chcemy spać? No oczywiście na Łyną!
Mijamy jeszcze budynek opuszczonego szpitala. Początkowo rozważaliśmy zwiedzanie, ale jest ogrodzony, mocno zarośnięty i ostatecznie nie chce się nam obchodzić go dookoła i w chaszczu szukać ewentualnych wejść. A zależy nam, żeby dotrzeć na miejsce noclegowe przed zmrokiem i sie tam na spokojnie urządzić. Jak potem się okazało - Krwawy i Piotrek ów obiekt zwiedzali i ponoć d... nie urywał, bo dachy zawalone, część spalona itp. Z daleka wyglądał lepiej niż z bliska.

cdn


Mijamy dwór w Rusajnach. Zamieszkany, odnowiony. Kukamy z daleka, coby nas jakiś pies za d... nie złapał.

Na skrzyzowaniu kapliczka. Z ławeczką. Chciałoby się znów trafić w takim miejscu na majówkę - tak jak 5 lat temu! Wsród bzów, z harmoszką, mmmmm... ale to było wtedy piękne!

W lewo do miasta, w prawo do miasta - a my gdzie? My prosto!

Szutrowa droga wiedzie nad Łynę. No bo jak tu żyć bez Łyny? Łyna musi być! Zwłaszcza z wieczora i z rana!

Mijamy różne kapliczki - stojące, wiszące...




Rzeźby ogrodowe i bynajmniej nie są to krasnale. Kurde... idąc tu nocą można by się przestraszyć! Jeszcze nie wiem, że bardzo podobne będą mnie straszyć tej nocy

Rodzina zajęcy przycupnęła w rzepaku.

O! Już widać miejsce, ku któremu zmierzamy.

Dziś znów będziemy spać na przystani kajakowej. Jest tu duża wiata, której pilnuje taka oto para. Ilekroć będę obok przechodzić (w zwłaszcza w nocy) - to aż podskoczę, mając wrażenie, że ktoś tu stoi. To nic, że o tym wiem. Ale ta pierwsza reakcja, pierwszy ułamek sekundy, zawsze będzie taki sam

Każdy kto wchodzi do wiaty znajduje się pod bacznym okiem sów.

Opiekunem tutejszego pola namiotowego jest Zbyszek. Miejscowy, ale jako wojskowy objechał kawał świata. 2 lata służył w jakiejś jednostce na Podlasiu, wiec z Kaśką mają sporo wspólnych tematów. Snują się więc opowieści na tematy bardzo zróżnicowane - o psie amstafie, który wszystko zeżerał, o granicy i łażących po lesie nachodźcach, o ukrywaniu zacieru w gnojówce w latach 80 tych
Utkwiła mi też opowieść o biwakujących tu kiedyś Niemcach, którym się miejsce ogromnie spodobało, miło spędzili tu czas. Więc postanowili przybyć tu znowu i przywieść w ramach wdzieczności i w podzięce jakiś podarek. Nie, nie była to flaszka ani czekoladki. Niemcy przywieźli... tojtoja!
Mamy okazje przeprowadzenia degustacji różnych produktów regionalnych i oceny - lepsze wytwory podlaskie czy miejscowe? I barwa, i bukiet smaku nieco inny, więc cieżko stwierdzić - zacne jest jedne i drugie! Ma to jedynie jeden minus - potem żadne sklepowe badziewie już nie smakuje!



Zbyszek do Szymona: "Czujcie się tu jak w domu. Ale pamiętaj - ta koza jest moja"

Syn Zbyszka kolekcjonuje stare motocykle. Postanawia nam pokazać swoje zbiory (dwie albo trzy sztuki) i to w najlepszy możliwy sposób! Wozi nas na nich po okolicy


Kaśka nakręciła też dwa krótkie filmiki. Niestety nie umiem ich wstawić na forum - jak ktoś jest ciekawy to są w relacji na jabolowej.
Ciepłe kolory zachodzącego słońca podświetlają okolicę, gdy stawiamy namioty. Łyna pluszcze w tle i dzisiaj wydaje się jakaś dużo czystsza i bardziej przyjazna niż w dni poprzednie.




Dziś zatem ma miejsce moja pierwsza w tym roku kąpiel. Iwona też się skusiła!

Drewno na opał było chyba troszkę mokre... Wygląda jakbyśmy papieża wybrali!


Miło upływa wieczór przy ognisku.



A jakby ktoś kiedyś chciał tu zanocować czy zorganizować większą imprezę kajakową - to poniżej są namiary na miejscówkę. Polecamy miejsce, gospodarza - bardzo nam się tu podobało!

Ranek wstaje pogodny, słoneczny i ciepły. Nieśpieszne śniadanie, pranie, kąpiele, suszenie, wietrzenie.


A tak się prezentują kibelki - sławojka no i ten podarunkowy tojek!

Tradycja to rzecz święta - Kaśka, kwiatki i moja reklamówka!


Jak się już wczoraj dowiedzieliśnmy, pole namiotowe nad Łyną ma dwóch właścicieli. Dziś poznajemy tego drugiego... Wpada i toczy posępnym wzrokiem... "Co tu robicie? Kto wam pozwolił? Gdzie jest wasz kierownik? Kto tu jest kierownikiem? Wyłącznie z kierownikiem będę rozmawiał! Tylko mówcie prawdę!" Jak to dobrze, że wczoraj spotkaliśmy Zbyszka...
Nasza dalsza trasa wiedzie w stronę Bartoszyc.


Po 4 km łapiemy stopa. Mało co tu jeździ. Podwozi nas miła babka, córka sołtysa z Szyliny. Zabrakło nam 300 metrów, żeby obejrzeć rzeźby z Wirwiłtów. Iwona mijała je na rowerze i porobiła zdjęcia:





Bartoszyce to wyraźnie większe miasto niż Korsze czy Sępopol. Największe na naszej tegorocznej trasie. Ajajaj! Aż trochę odwykłam od takiego ruchu, zgiełku i kłębowisk ludzi. Jak to jest, że do dobrego człowiek przywyka tak szybko?



W rynku znajdujemy restaurację "Bartis". Wygląda jak bardzo elegancka knajpa z dawnych lat.

Już myśleliśmy, że nic tu po nas, bo ceny będą z kosmosu - a tu porządny, dwudaniowy obiad dają za 33 zł. Zwłaszcza zupa była wspaniała - kapuśniak z żeberkami! Mniam!
Ktoś je, ktoś idzie po zakupy spożywcze na wieczór, ktoś zwiedza miasteczko. Baterie się ładują, w kiblu można zrobić drobne przepierki. W knajpie zawsze ktoś zostaje z plecakami, więc miejsce to służy jako punkt zborny.


Wysyłamy pocztówki do znajomych, skoro jesteśmy w miasteczku.

Jak widać po powyższych zdjęciach - ekipa się rozrosła. W Bartoszycach dołączyła do nas Bozia.
Po knajpie przechadza się kocina o bardzo ładnym umaszczeniu.

Z atrakcji Bartoszyc rzuciła mi się w oczy mina morska, którą fale wyrzuciły na brzeg na Mierzei Wiślanej w Piaskach. Potem (nie wiedzieć czemu) przywieziono ją akurat tutaj. Solidny kawał żelastwa!


Z artefaktów dużo starszych mają tu dwie kamienne pruskie baby i jedną misę.



Zmierzamy powoli w stronę miejsca noclegu. A gdzie chcemy spać? No oczywiście na Łyną!
Mijamy jeszcze budynek opuszczonego szpitala. Początkowo rozważaliśmy zwiedzanie, ale jest ogrodzony, mocno zarośnięty i ostatecznie nie chce się nam obchodzić go dookoła i w chaszczu szukać ewentualnych wejść. A zależy nam, żeby dotrzeć na miejsce noclegowe przed zmrokiem i sie tam na spokojnie urządzić. Jak potem się okazało - Krwawy i Piotrek ów obiekt zwiedzali i ponoć d... nie urywał, bo dachy zawalone, część spalona itp. Z daleka wyglądał lepiej niż z bliska.

cdn
"ujrzałam kiedyś o świcie dwie drogi, wybrałam ta mniej uczęszczaną. Cała reszta jest wynikiem tego, że ją wybrałam"
na wiecznych wagarach od życia..
na wiecznych wagarach od życia..
Re: Gdzieś nad Łyną - majowa wędrówka wokół granic (2026)
buba pisze:dołączyła do nas Bozia
Wypytałaś koleżankę o tablicę rejestracyjną jej auta?
Re: Gdzieś nad Łyną - majowa wędrówka wokół granic (2026)
włodarz pisze:buba pisze:dołączyła do nas Bozia
Wypytałaś koleżankę o tablicę rejestracyjną jej auta?
A czemu?
Ona chyba nie ma auta. Nie ma prawka, wiec chyba auta też nie?
"ujrzałam kiedyś o świcie dwie drogi, wybrałam ta mniej uczęszczaną. Cała reszta jest wynikiem tego, że ją wybrałam"
na wiecznych wagarach od życia..
na wiecznych wagarach od życia..
Re: Gdzieś nad Łyną - majowa wędrówka wokół granic (2026)
Odcinek z Bartoszyc w kierunku przystani Perkujki dłuży się masakrycznie. Niby miła droga, ale bardzo monotonna. Poza tym chciałoby się już być na miejscu. Aut jeździ tu mało, więc raczej na stopa szans nie ma. Nagle widzimy zbliżający się z przeciwka czarny pojazd, który zachowuje się w sposób podejrzany. Jedzie wężykiem, bipa klaksonem, a potem jedzie prosto na nas! Ziuuuuta!!
Wyjechała po nas! Cobyśmy nie musieli dużo dreptać, natargać się plecaków i mogli wcześniej rozpocząć imprezę. Kochana Ziuta!
Ładujemy się więc na stosy wszelakiego dobra - Ziuty samochód nigdy nie jest pusty. Komuś się trafia pod kuprem mięciutki polarowy kocyk, komu innemu słoik z marynowanymi grzybami 
Przystań nad Łyną to spora wiata o malowniczo omszałym dachu i miejsce na ognisko z ławeczkami.

W wiacie wisi odezwa, dzięki której mamy szansę przeżyć wieczorne przyrządzanie posiłków. Wiedziałam, że garnki są groźne, ale nie przypuszczałam, że aż tak bardzo!

Obok jest też kajakowa kapliczka. Można się przy niej pomodlić o opiekę opatrzności w czasie gotowania. Może siły nadprzyrodzone uchronią nas przez oparzeniami, pokaleczeniem i zatruciem w czasie obcowania z patelnią??

Dziś nasza ekipa powiększa się o kolejne 4 osoby - w końcu dołączyli rowerzyści: Krwawy i Piotrek, a Ziuta z Grzesiem wpadli tylko na dzisiejszy wieczór. Jest więc nas 9 sztuk!


Jedyny problem, że tu dość krucho z miejscami na namioty dla tak dużej ferajny. Jest wprawdzie spora łąka po drugiej stronie rzeki - dla kajakarzy pewnie to nie problem
Ostatecznie jakoś się ogarnęliśmy. Kaśka i Bozia wcisnęły swoje namioty za wiatą.


Ja, Szymon i Iwona wspinamy się na stromą skarpę i rozbijamy majdan w lesie kawałek dalej.


Piotrek wybrał najbardziej widokowe miejsce.

Ziuty jak zawsze biwakują w Miśku.

Misiek jak zwykle przyjechał zaopatrzony po dach w bukłaki domowych nalewek
I co jedna to lepsza. Mnie najbardziej podeszła "hyćka" - z kwiatów dzikiego bzu. I ona jest najmocniejsza, więc najlepiej rozgrzewa - a wieczory zimne, nie wspominając o nurtach Łyny.
Zaczynamy kolektywne podwędzanie!

Poniżej zgromadzone zdjęcia przyogniskowe robiła głównie Bozia.

Piotrek przywiózł opiekacz do tostów - to jest to coś, co Szymon trzyma za kijki, a tost jest w trakcie wkładania/wyjmowania. Bardzo sprytne i przydatne ustrojstwo, ale masakrycznie ciężkie!

Szymon coś opowiada.

Ziutka coś pokazuje.

Rąbanie drewna łopatą! Ta łopata jest bardziej ostra niż niejedna siekiera!

Wygląda groźnie, ale ostatecznie obyło się bez ofiar

A wokół namacalna wręcz ciemność. I tylko płomień ogniska rozświetla mrok - czerń, która zdaje się być aż gęsta.

Poranny rozgardiasz. Śniadanie, pływanie, pranie, suszenie, pakowanie, sprzątanie, wymienianie podarków, opieka nad zajumanymi kwiatkami - czego tam nie było


Degustujemy wszelakie pamiątki z podróży.




Ekipa w składzie dużym, ale nie w pełni kompletnym. Nie mamy w tym roku żadnego zdjęcia w pełnym składzie. Tutaj brakuje Iwony, która dziś wraca do domu i właśnie przed chwilą odjechała. Nie ma też Chrisa, który opuścił nas przedwczoraj i Pudla, z którym spotkamy się dopiero wieczorem.

Tuptamy wzdłuż Łyny, a potem polami zmierzamy w stronę Samolubia.



(2 zdjęcia Bozi)
Mijamy wielkie wysypisko jabłek. Czemu ktoś je wyrzucił? Nadal część z nich jest bardzo dobrych, a zapewne wiele nadgniło dopiero leżąc tutaj. Tak jakoś zawsze mi się robi smutno jak widzę takie marnotrawstwo

Przynajmniej kilka jabłuszek zostało uratowanych!

Miłe, polne drogi na którymś etapie się kończą. Pociesza fakt, że nie tylko my jak durni deptamy asfaltem

(zdjęcie Bozi)
Szczęśliwie się jednak złożyło, że większą część drogi do Lidzbarka podjeżdżamy stopem. Rzadko tak bywa, żeby ktoś osobówką zabrał naraz 4 osoby z plecakami!

(zdjęcie Bozi)
Lidzbark to ładne miasteczko pełne zabytków. Jest tu zamek:


Pozostałości murów miejskich z bramami.


Nietypowa ogromna świątynia, która z daleka wygląda jakby była murowana, a cała jest zrobiona z drewna. Od 1950 roku pełni funkcje cerkwi prawosławnej - wcześniej była kościołem ewangelickim.


A my tymczasem opuszczamy miasto i kierujemy się w stronę jeziora.
cdn
Przystań nad Łyną to spora wiata o malowniczo omszałym dachu i miejsce na ognisko z ławeczkami.

W wiacie wisi odezwa, dzięki której mamy szansę przeżyć wieczorne przyrządzanie posiłków. Wiedziałam, że garnki są groźne, ale nie przypuszczałam, że aż tak bardzo!

Obok jest też kajakowa kapliczka. Można się przy niej pomodlić o opiekę opatrzności w czasie gotowania. Może siły nadprzyrodzone uchronią nas przez oparzeniami, pokaleczeniem i zatruciem w czasie obcowania z patelnią??

Dziś nasza ekipa powiększa się o kolejne 4 osoby - w końcu dołączyli rowerzyści: Krwawy i Piotrek, a Ziuta z Grzesiem wpadli tylko na dzisiejszy wieczór. Jest więc nas 9 sztuk!


Jedyny problem, że tu dość krucho z miejscami na namioty dla tak dużej ferajny. Jest wprawdzie spora łąka po drugiej stronie rzeki - dla kajakarzy pewnie to nie problem
Ostatecznie jakoś się ogarnęliśmy. Kaśka i Bozia wcisnęły swoje namioty za wiatą.


Ja, Szymon i Iwona wspinamy się na stromą skarpę i rozbijamy majdan w lesie kawałek dalej.


Piotrek wybrał najbardziej widokowe miejsce.

Ziuty jak zawsze biwakują w Miśku.

Misiek jak zwykle przyjechał zaopatrzony po dach w bukłaki domowych nalewek
Zaczynamy kolektywne podwędzanie!

Poniżej zgromadzone zdjęcia przyogniskowe robiła głównie Bozia.

Piotrek przywiózł opiekacz do tostów - to jest to coś, co Szymon trzyma za kijki, a tost jest w trakcie wkładania/wyjmowania. Bardzo sprytne i przydatne ustrojstwo, ale masakrycznie ciężkie!

Szymon coś opowiada.

Ziutka coś pokazuje.

Rąbanie drewna łopatą! Ta łopata jest bardziej ostra niż niejedna siekiera!

Wygląda groźnie, ale ostatecznie obyło się bez ofiar

A wokół namacalna wręcz ciemność. I tylko płomień ogniska rozświetla mrok - czerń, która zdaje się być aż gęsta.

Poranny rozgardiasz. Śniadanie, pływanie, pranie, suszenie, pakowanie, sprzątanie, wymienianie podarków, opieka nad zajumanymi kwiatkami - czego tam nie było


Degustujemy wszelakie pamiątki z podróży.




Ekipa w składzie dużym, ale nie w pełni kompletnym. Nie mamy w tym roku żadnego zdjęcia w pełnym składzie. Tutaj brakuje Iwony, która dziś wraca do domu i właśnie przed chwilą odjechała. Nie ma też Chrisa, który opuścił nas przedwczoraj i Pudla, z którym spotkamy się dopiero wieczorem.

Tuptamy wzdłuż Łyny, a potem polami zmierzamy w stronę Samolubia.



(2 zdjęcia Bozi)
Mijamy wielkie wysypisko jabłek. Czemu ktoś je wyrzucił? Nadal część z nich jest bardzo dobrych, a zapewne wiele nadgniło dopiero leżąc tutaj. Tak jakoś zawsze mi się robi smutno jak widzę takie marnotrawstwo

Przynajmniej kilka jabłuszek zostało uratowanych!

Miłe, polne drogi na którymś etapie się kończą. Pociesza fakt, że nie tylko my jak durni deptamy asfaltem

(zdjęcie Bozi)
Szczęśliwie się jednak złożyło, że większą część drogi do Lidzbarka podjeżdżamy stopem. Rzadko tak bywa, żeby ktoś osobówką zabrał naraz 4 osoby z plecakami!

(zdjęcie Bozi)
Lidzbark to ładne miasteczko pełne zabytków. Jest tu zamek:


Pozostałości murów miejskich z bramami.


Nietypowa ogromna świątynia, która z daleka wygląda jakby była murowana, a cała jest zrobiona z drewna. Od 1950 roku pełni funkcje cerkwi prawosławnej - wcześniej była kościołem ewangelickim.


A my tymczasem opuszczamy miasto i kierujemy się w stronę jeziora.
cdn
"ujrzałam kiedyś o świcie dwie drogi, wybrałam ta mniej uczęszczaną. Cała reszta jest wynikiem tego, że ją wybrałam"
na wiecznych wagarach od życia..
na wiecznych wagarach od życia..
Re: Gdzieś nad Łyną - majowa wędrówka wokół granic (2026)
buba pisze:włodarz pisze:buba pisze:dołączyła do nas Bozia
Wypytałaś koleżankę o tablicę rejestracyjną jej auta?
A czemu?
Ona chyba nie ma auta. Nie ma prawka, wiec chyba auta też nie?
Nie ma tematu. Pytałem o tę tablicę rok temu i zapomniałem, że pisałaś, że Bozia auta nie ma
Re: Gdzieś nad Łyną - majowa wędrówka wokół granic (2026)
Podobają mi się bardzo te relacje. Piękne opakowane emocjami ekipy. Do tego przygoda, bo niespodzianki same się zdarzają, wystarczy być w terenie. Rejon bym powiedział totalnie nieturystyczny, ale to lepiej, bo lepszych ludzi się napotyka. Przynajmniej ja tak zauważyłem 
Świat gór! Aby go nazwać swoim, trzeba zainwestować znacznie więcej niż krótkotrwałą radość oczu. I może dlatego właśnie człowiek naprawdę kochający góry chce znosić trudy, wyrzeczenia i niebezpieczeństwa na ich skalnych szlakach
Re: Gdzieś nad Łyną - majowa wędrówka wokół granic (2026)
Podobają mi się bardzo te relacje. Piękne opakowane emocjami ekipy.
To się bardzo ciesze - jeszcze kilka będzie
Coldman pisze: Do tego przygoda, bo niespodzianki same się zdarzają, wystarczy być w terenie.
Dokładnie! Bardzo lubie w tych wyjazdach własnie to, że one nie są wcześniej zaplanowane. Że zaplanowane jest tylko skąd ruszamy i w ktorą stronę idziemy. A reszta jest ustalana z dnia na dzień i często wychodzi zupełnie inaczej niz sobie wstepnie oglądałam na mapie w domu.
Coldman pisze:Rejon bym powiedział totalnie nieturystyczny, ale to lepiej, bo lepszych ludzi się napotyka. Przynajmniej ja tak zauważyłem
Tak totalnie to chyba nie - turysci rowerowi czy kamperowcy to są obecnie znani juz praktycznie wszędzie, nie ma juz chyba miejsc nieturystycznych pod tym wzgledem. Ale jedno jest pewne, ze w tych terenach turysta z plecakiem idący pieszo - to się nie zdarza często, wiec nieraz robimy za atrakcje dla miejscowych - no bo to prawie jakby ufo wylądowalo
"ujrzałam kiedyś o świcie dwie drogi, wybrałam ta mniej uczęszczaną. Cała reszta jest wynikiem tego, że ją wybrałam"
na wiecznych wagarach od życia..
na wiecznych wagarach od życia..
Kto jest online
Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 7 gości
