Forum FAQ Szukaj Użytkownicy Rejestracja Statystyki Profil Zaloguj Albumy Kontakt

Poprzedni temat «» Następny temat

W stronę ciepła - wakacyjna objazdówka po 10 krajach.

Autor Wiadomość
sprocket73


Dołączył: 14 Lip 2013
Posty: 2240
Wysłany: 2019-11-02, 20:23   

Pudelek napisał/a:
Całkowicie zamknięty.

No to nam się trafiła promocja!!! :)
_________________
SPROCKET
https://picasaweb.google.com/107852838183145186231
 
 
Robert J 


Wiek: 39
Dołączył: 08 Gru 2013
Posty: 1184
Wysłany: 2019-11-02, 20:30   

R-15 przejechałem w zeszłym roku rowerem. Polecam tą trasę bo jest niesamowicie widokowa. Niebezpieczeństwo widzą tam osoby, które mają "ciężką nogę" i po prostu jadą tam by tą trasę po prostu zaliczyć :)
Ostatnio zmieniony przez Robert J 2019-11-02, 20:32, w całości zmieniany 2 razy  
 
 
laynn 


Dołączył: 01 Sie 2013
Posty: 7963
Skąd: Zagłębie Dąbrowskie
Wysłany: 2019-11-03, 10:32   

Robert J napisał/a:
Niebezpieczeństwo widzą tam osoby, które mają "ciężką nogę"

Czyli w większości Polacy :lol ; tak myślałem, że to podobnie do tych kilku strasznych odcinków, które Pudel przejechał, a które się okazały nie takie straszne.
_________________
Tam na dole zostało Wszystko to co cię męczy
Patrząc z góry wokoło Świat wydaje się lepszy
https://mniejszeiwiekszegory.blogspot.com/
https://www.flickr.com/photos/138543993@N07/albums
Profil Facebook
 
 
Pudelek


Dołączył: 08 Lip 2013
Posty: 5224
Skąd: Oberschlesien
Wysłany: 2019-11-03, 10:40   

Myślę, że ci z "ciężką nogą" na takie odcinki się nie wybierają - oni jadą głównymi drogami aby jak najszybciej być u celu, a nie delektować się widokami ;)
_________________
Staliśmy nad przepaścią, ale zrobiliśmy wielki krok naprzód!
 
 
buba 


Dołączyła: 09 Lip 2013
Posty: 3967
Skąd: Oława
Wysłany: 2019-11-03, 18:23   

Cytat:
Niebieska tafla wody, której się w tej okolicy nie spodziewałem - Krupačko jezero. To zbiornik retencyjny, powstały na potrzeby hydroelektrowni.


Mysmy kolo Niksica jechali nad chyba inna wielka tafla wody- jeziorem Slansko sie chyba nazywalo!




A od ktorej strony do Niksica jechaliscie? Bo trasa od strony Zatoki Kotorskiej nas totalnie zauroczyla - skaly, pustka i kupa opuszczonych domow. I najfajniejsza knajpa na Bałkanach, zalozona przez milosnika Tito ;)

Cytat:
Kawałek dalej fotogeniczny zakątek: kanał Milena. Na drewnianych palach stoją dziesiątki pomostów i budek rybaków - są to tzw. kalimery.


To jest miejsce gdzie koniecznie musze sie wybrac! Ale bym chciala spac w takim domku!

Cytat:
Czy to są dawne domki letniskowe? Wyglądają raczej na cele dla niepokornych mnichów.


To sa domki letniskowe - czekaja az tam buba przyjedzie! :D

Cytat:
Dojechaliśmy tu drogą R-15, którą można dojechać wzdłuż jeziora aż do Virpazaru. Ponoć jest wąska i dość niebezpieczna, przejazd nią zajmuje bardzo dużo czasu. Tym razem to nie nasz kierunek, ale może w przyszłości się ją wypróbuje.


To chodzi o ta droge przez Donji Muric, Ostros i Arbnez?
_________________
"ujrzałam kiedyś o świcie dwie drogi, wybrałam ta mniej uczęszczaną. Cała reszta jest wynikiem tego, że ją wybrałam"

na wiecznych wagarach od życia..
Ostatnio zmieniony przez buba 2019-11-03, 18:33, w całości zmieniany 3 razy  
 
 
Pudelek


Dołączył: 08 Lip 2013
Posty: 5224
Skąd: Oberschlesien
Wysłany: 2019-11-04, 17:37   

buba napisał/a:
A od ktorej strony do Niksica jechaliscie?

z drugiej strony - od północy, a potem na Podgoricę

buba napisał/a:
To chodzi o ta droge przez Donji Muric, Ostros i Arbnez?

tak jest! Jechaliście?
_________________
Staliśmy nad przepaścią, ale zrobiliśmy wielki krok naprzód!
 
 
buba 


Dołączyła: 09 Lip 2013
Posty: 3967
Skąd: Oława
Wysłany: 2019-11-04, 18:52   

Pudelek napisał/a:
tak jest! Jechaliście?


Nooo, fajna droga, dosyc waska i pusta. Asfaltowa o rownej nawierzchni. Ale nie kojarze zeby tam byly jakies przepascie czy inne niebezpieczenstwa czyhajace na jadacych?

Tu troche z niej zdjec mamy:
https://jabolowaballada.b...z-drugi_26.html
_________________
"ujrzałam kiedyś o świcie dwie drogi, wybrałam ta mniej uczęszczaną. Cała reszta jest wynikiem tego, że ją wybrałam"

na wiecznych wagarach od życia..
 
 
Pudelek


Dołączył: 08 Lip 2013
Posty: 5224
Skąd: Oberschlesien
Wysłany: 2019-11-04, 19:25   

Pewno chodziło o to, że ktoś się zagapi i zjedzie z drogi ;)
_________________
Staliśmy nad przepaścią, ale zrobiliśmy wielki krok naprzód!
 
 
buba 


Dołączyła: 09 Lip 2013
Posty: 3967
Skąd: Oława
Wysłany: 2019-11-04, 22:59   

Pudelek napisał/a:
Pewno chodziło o to, że ktoś się zagapi i zjedzie z drogi ;)


To jak ktos ma takie zwyczaje to chyba duzo niebezpieczniej na glownych, ruchliwych drogach?

No chyba ze chodzi o to ze tu ciagle ladne widoki!
_________________
"ujrzałam kiedyś o świcie dwie drogi, wybrałam ta mniej uczęszczaną. Cała reszta jest wynikiem tego, że ją wybrałam"

na wiecznych wagarach od życia..
 
 
Pudelek


Dołączył: 08 Lip 2013
Posty: 5224
Skąd: Oberschlesien
Wysłany: 2019-11-05, 17:39   

Na wizytę w Albanii mamy nieco ponad 48 godzin. Niewiele, lecz taki jest urok objazdówek. Trzeba dobrze wykorzystać ten czas, ale przeważającą jego ilość zajmie... lenistwo ;) .

Pierwsze miasto po przekroczeniu granicy z Czarnogórą to oczywiście Szkodra (Shkodër), witająca podróżnych twierdzą Rozafa umieszczoną na skale nad rzeką.


Zwiedzaliśmy ją w 2017 roku, podobnie jak włóczyliśmy się dość dokładnie po mieście, więc dzisiaj chciałem zobaczyć tylko kilka miejsc, które wówczas przeoczyliśmy. Jednym z nich jest Ołowiany Meczet (Xhamia e Plumbit). Nazwa pochodzi od materiału, którym pokryto kopuły.


Świątynię wybudowano pod koniec XVIII wieku, wzorując się na meczetach Stambułu. Kiedyś miała minaret, ale został on zniszczony w 1967 roku od uderzenia pioruna (wcześniej zdemontowali go Austriacy, jednak po wojnie go odbudowano). Bardzo ładny obiekt, któremu towarzyszy niewielki muzułmański cmentarz.


Meczet Ołowiany to również cenny zabytek, biorąc pod uwagę historię religijną Albanii w okresie komunistycznym. Enver Hodża wprowadził oficjalne państwo ateistyczne, co wiązało się z zamknięciem wszystkich świątyń w całym kraju. Szacuje się, iż zniszczono około 740 meczetów, a przetrwało jedynie 50, w większości w stanie ruiny. Tylko kilkanaście uznano za "zabytki kultury" i otoczono prowizoryczną opieką, wśród nich właśnie ten widoczny na zdjęciach. Nie oznaczało to przyzwolenia na kult - meczety miały być świecką pamiątką dawnych czasów. Wyjątek uczyniono dla meczetu Ethema Beja w Tiranie, gdzie mogli uczęszczać zagraniczni dyplomaci.


Akurat trafiamy na modlitwy, w środku siedzi kilkanaście osób. Pozostaje sfotografować dziedziniec przypominający pałacowe.


Po wyjściu wiernych liczyłem, że uda mi się zajrzeć do środka, ale widzę, że drzwi właśnie są zamykane. Już chciałem wracać do auta, gdy nagle jakiś facet pyta się mnie, czy nie chcę wejść, po czym woła do "klucznika", aby z powrotem otworzył i tym sposobem zaglądam do sali modlitewnej Ołowianego :) .

Skromna, podobno z dobrą akustyką.


Zawsze zastanawiają mnie znajdujące się w meczetach napisy po arabsku. To jedyny dopuszczony język w islamskiej liturgii. Z pewnością większość Albańczyków go nie zna, więc jak wygląda taka modlitwa? Klepanie formułek z pamięci jak kiedyś w kościołach po łacinie?

Kolejnym etapem wizyty w Szkodrze będzie... wymiana waluty. W tym celu podjeżdżam do centrum, gdzie jakoś udaje mi się znaleźć miejsce do parkowania.

O mieście i jego historii pisałem trochę w czasie ostatniej wizyty, więc teraz tylko przypomnę, że:
* jest to czwarte miasto Albanii pod względem liczby mieszkańców (wtedy było trzecie),
* większość stanowią katolicy, tuż za nimi są muzułmanie,
* starówka pełna jest starych domów, z których część tak odnowiono, że człowiek ma wrażenie, iż znalazł się w jakimś innym, znacznie bogatszym kraju.

Auto zostawiam obok archikatedry św. Szczepana. W okresie budowy największa na Bałkanach, a za panowania Hodży sala do gry w koszykówkę i siatkówkę.


Idziemy do głównego deptaku pustymi ulicami - upał zniechęcał do spacerów...



Na deptaku (Rruga Kol Idromeno) też pustawo, za to klimat zupełnie niealbański.



No to próbujemy wymienić euro na leki. Kantorów nie widać, zostają banki, których jest kilka. Najpierw trzeba jednak do nich wejść, ale to nie takie proste jak u nas: podchodzimy do drzwi, naciskamy dzwonek, ochroniarz nas lustruje i ewentualnie wpuszcza do podwójnie zamkniętego przedsionka i dopiero potem możemy przekroczyć próg świątyni pieniądza. Czyżby mieli tu taki problem z napadami?

W pierwszym banku klapa, gdyż zepsuł się program komputerowy potrzebny do wymiany. W drugim waluty nie wymieniają. W trzecim kierują nas... do innych banków, a potem do kantoru, który podobno jest za rogiem w wąskiej uliczce. Faktycznie był, lecz... nieczynny! :P Mam wrażenie, że występuję w jakiejś durnej komedii.

Prawie się poddałem, ale widzę majaczący w oddali szyld Western Union. Tam w końcu się udaje i nawet nie policzyli prowizji, lecz całość zajęła z pół godziny. A gdy kiedyś mówiłem na kempingu, że nie potrafiłem w Szkodrze dostać leków, to patrzyli na mnie jak na wariata...

Pod katedrę wracamy mniej reprezentacyjnymi ulicami.



Opuszczamy centrum przez północne dzielnice, gdzie mijamy jakieś rozsypujące się fabryki. Ogólnie to całkiem tam fajnie.


Kilka kilometrów od miasta przez rzekę Kir przerzucono inną atrakcję turystyczną - kamienny most Mesi (Ura e Mesit).Wybudowali go Turcy około 1770 roku.


Mierzy ponad 100 metrów długości i składa się z 13 przęseł, środkowe jest wysokie na 12 i pół metra. Ładna sztuka.



Tylko gdzie jest rzeka? Wyschła... Kir jest ciekiem okresowym, a panująca od dawna susza spowodowała, że obecnie most biegnie nad korytem z kamieni.


Obok wznosi się nowa konstrukcja, a w dolu widać podstawy przęseł, być może wcześniejszego mostu lub jakiegoś przepustu. W każdym razie Ura e Mesit jest dostępny tylko dla niezmotoryzowanych (choć motorkiem pewnie by się po nim przejechało).



Ze Szkodry turyści docierają w to miejsce taksówkami, tymczasem my spotkaliśmy dziewczynę z Polski, która dojechała wiekowym składakiem ;) .

Okolica także niczego sobie.



Bocznymi drogami kierujemy się w stronę jeziora Szkoderskiego...


...gdzie na samym brzegu działa znany mi już wypasiony kemping. Jeden z tych, co opisują w przewodnikach i w internecie jako "obowiązkowy do odwiedzenia". Nie wszystko mi tam pasuje, ale cenowo nie poraża i na krótki relaks nadaje się w sam raz.




Mamy bardzo uduchowionych sąsiadów ćwiczących jogę przed laptopem (z daleka wygląda, jakby kobieta nie miała majtek :D ).


Po drugiej stronie jeziora góry Rumija. Centralnie w środku stoją nadajniki przy punkcie widokowym, na którym byliśmy kilka godzin wcześniej.


Szkoderskie ma wyższy poziom wody niż dwa lata temu. Wtedy za brzeg robiło błoto (częściowo zaschnięte), dzisiaj jest zalane. To też minus, bo nie można się przejść w bok, gdyż od razu zaczyna się człowiek zapadać w mokrym.



Sobotę wypełniają podobne czynności: opalanie się, czytanie, spożywanie alkoholi wszelakich, jedzenie i pływanie (woda cieplejsza niż w morzu, chyba najwyższa temperatura do kąpieli podczas całego wyjazdu).







Wreszcie popołudniu zaczyna mnie nosić. Jest bardzo fajnie, lecz nogi domagają się jakiegoś ruchu. Podobnie jak ostatnio postanawiam skoczyć do najbliższej wioski oddalonej o jakiś kwadrans spaceru pylistą drogą z pięknymi widokami na pasmo Dukagjin, część Gór Przeklętych.



Wioska nazywa się Omaraj. Jest tu sklep ze skromnym wyposażeniem, w których kupuję kilka rzeczy. Obok działa najczęściej występująca w Albanii prywatna inicjatywa gospodarcza, czyli myjnia!


Potem ładuję się do baru, gdzie zamawiam zimne piwo. Kufel wyciągany jest z lodówki, więc trzyma chłód.



Za barem, podobnie jak ostatnio, stoi butelka Soplicy orzechowej, a obok figurka Matki Boskiej jako pojemnik na wodę święconą. Oby się nikt nie pomylił! Nad wejściem do jednej z sal wisi charakterystyczny zegar.


Podczas powrotu na kemping kolory zaczynają się zmieniać. Mija mnie kilka pojazdów i rowerzysta, prawie wszyscy do mnie machają. Gdy rano biegałem to wesoło "przedrzeźniał" moje ruchy pasterz owiec. Nie wiem czy tu taki zwyczaj, czy ja tak dziwnie wyglądam? :D




Na horyzoncie twierdza Rozafa oddalona o 10 kilometrów.


Zdążyłem w sam raz na zachód słońca nad jeziorem.




A w niedzielę składanie namiotu i pora jechać dalej! Jeszcze pożegnalne zdjęcie z faną :) .


W Szkodrze dokonujemy większych zakupów w markecie obok stacji benzynowej popularnej, ale mrożącej krew w żyłach każdego faceta firmy Kastrati. Notabene barwy ma typowo górnośląskie :P . Jak widać zabudowa jest tu bardzo mieszana.


Siódmy dzień tygodnia oznacza w mieście takim jak Szkodra korki, pamiętam to z ostatniej wizyty. I faktycznie już w tym miejscu robi się zator i burdel, zatem zamiast przez ścisłe centrum postanawiam przejechać boczną, równoległą drogą. Przy okazji zobaczę, co tam słychać na peryferiach.





Odpowiednią atmosferę zapewnia "Radio Maria" :D . Ten Rydzyk to dotrze nawet na Bałkany!


Przejazd przez miasto zajął niecałe 20 minut, a więc całkiem przyzwoicie. Teraz można trochę przycisnąć gaz do dechy, gdyż droga SH1 przeważnie omija obszary zabudowane.

Za oknem Lezha z mauzoleum Skanderberga.


Przydrożne widoczki...



Okolicę zjazdu na Kruję: góry oraz wystawka sprzętu rolniczego przy rozpadającej się (i nadal działającej) tankszteli.



Logo sieci Eri Oil jest bardzo podobne do symbolu Aeroflotu, tylko sierp i młot zastąpiło euro :D .


Musimy przejechać przez Tiranę. To fajnie, chętnie zobaczę jak zmieniło się miasto w ciągu pięciu ostatnich lat. I dość szybko przeżywam szok - pojawiły się ścieżki rowerowe, a liczne tablice świetlne przypominają, aby uważać na użytkowników dwukołowców! Do tego wypasione przejścia dla pieszych, na których całe słupy zmieniają się na kolor czerwony albo zielony!


W okolicach placu Skanderberga mam dość nietypową sytuację... Stoję na światłach i widzę, jak między autami kręci się jakiś gówniarz i wciska ludziom usługę mycia szyb. Podchodzi do mnie i pokazuję mu stanowczo, że tego nie chcę! Ten nie reaguje, wylewa płyn i zaczyna szorować... No dobra, skoro ty tak, to jak też taki... Włącza się zielone, samochody ruszają, ja też. Dzieciak prawie uwiesił się klamki, potem biegł za mną dobre kilkadziesiąt metrów i wygrażał. A przecież wyraźnie dawałem do zrozumienia, że mnie jego mycie nie interesuje! Wydarzenie dość nerwowe, po którym przez jakiś czas nie mogłem powstrzymać się od złośliwego chichotu...

Chciałem zatrzymać się w stolicy na jakąś godzinkę albo dwie aby przejść się po "śródmieściu", ale mam ten sam problem co w Sarajewie: kompletny brak miejsc do parkowania! Wszystko zawalone totalnie! Wreszcie znajduję trochę placu obok politechniki, ale tam znowu wymagają opłat regulowanych przez sms! Tacy nowocześni, że zwykłe parkometry stały się zbędne, a telefony z zagraniczną kartą często okazują się w tym przypadku bezradne...

Ostatecznie zostawiam wóz na "lewo" i robię tylko kilka zdjęć. Główny gmach polibudy zaprojektowali w 1940 roku Włosi i sprawia bardzo przyjemne wrażenie.


Za rektoratem z czasów komunistycznych wyrasta nowa, imponująca, ciemnokolorowa konstrukcja! To... fragment stadionu narodowego.


Starą arenę rozebrano w 2016 roku, od tego czasu trwa stawianie nowej. Częścią kompleksu będzie ten oto wieżowiec sięgający 100 metrów. To aktualnie najwyższy budynek Albanii.

Cała okolica to zresztą nowe apartamentowce i biurowce wyskakujące jak grzyby po deszczu.


Jedziemy dalej, ale wydostanie się z centrum bez nawigacji to nie jest proste zadanie, nawet jeśli mamy pod ręką papierowe mapy. Z prawej widzę słynną piramidę, w której miało spocząć ciało Hodży. Udało mi się zajrzeć do środka w 2014 roku, teraz ogrodzono ją płotem. Ciekawe, czy w końcu mają pomysł co z nią zrobić?


Kręcę się po ulicach, które nagle kończą się przeszkodą w postaci rumowiska. Zawracam, kombinuję. Dzięki temu mam okazję dostrzec cztery minarety kolejnej budowanej nowości - Wielkiego Meczetu. To będzie potężny obiekt z 30-metrową kopułą i 50-metrowymi wieżami, pomieści 4,5 tysiąca osób. Największy na Bałkanach.


Pomysł postawienia ogromnego meczetu wzbudzał od początku kontrowersje, zwłaszcza wśród niemuzułmanów. To ogromny koszt, który w większości pokrywa rządowa organizacja turecka. Erdogan już tu nawet był, na rozpoczęciu budowy; Turcy od dłuższego czasu próbują związać bałkańskich muzułmanów wokół siebie. Ostatecznie przeważył argument, że od czasu upadku komunizmu powstała nowa katedra katolicka i prawosławna, a wyznawcy Allaha nie mają centralnej świątyni. W stolicy jest co prawda 8 meczetów (przed ateizacją było 28), ale dość niewielkich - np. zabytkowy meczet Ethema Beja mieści jedynie 60 wiernych...

Udaje nam się w końcu wydostać i nawet trafić na autostradę: A3 to funkiel nówka, otwarta latem tego roku. Mierzy niby jedynie 31 kilometrów, lecz prowadzi przez górzyste tereny na których trzeba było wykuć 2 tunele i przerzucić 21 wiaduktów.


Dzięki autobanie szybko znaleźliśmy się w Elbasanie. To druga próba odwiedzenia tego miasta; w 2014 roku było tak rozkopane i zakorkowane, że musieliśmy odpuścić. Dzisiaj wygląda zupełnie inaczej - szeroki bulwar prawie pozbawiony ruchu samochodowego pozwala w spokoju zlustrować mury twierdzy tworzącej starówkę.


Twierdzę wybudował w XV wieku Mehmed II Zdobywca, jednak mury otaczały istniejącą tu osadę już w czasach antycznych. Przetrwało ich całkiem sporo (ponad 300 metrów), a dodatkowo kilka baszt i bram miejskich. Od strony ulicy ustawiono pomniki albańskich bohaterów, jest też biała wieża zegarowa z końca 19. stulecia.




Po wejściu przez główną bramę naszym oczom ukazują się wąskie uliczki pełne starych i całkiem współczesnych domów. Wśród nich stoją świątynie - m.in. Meczet Królewski (Xhamia Mbret), prawdopodobnie najstarszy w całym państwie (datowany jest na lata 80. XV wieku, czyli podobnie jak cała twierdza).





W innym miejscu znajdował się kiedyś starożytny amfiteatr (Elbasan nazywał się wtedy Scampa), którego pozostałości zostały wkomponowane w ogródek jednej z restauracji.


Z kolei poza murami miejskimi odsłonięto fundamenty kościoła bizantyjskiego z V wieku.


Kawałek dalej trwa budowa nowoczesnego, wielkiego meczetu. Parę innych stoi już w Elbasanie, więc pozostaje pytanie czy rzeczywiście jest on potrzebny, czy może jak to było w wielu krajach (również w Polsce) po "wyrwaniu się z niewoli": bieda z nędzą, ale na świątynie i kasty kapłanów kasa zawsze się znalazła... Według badań ponad 60% Albańczyków określa się jako niepraktykujących, nawet jeśli uznaje się za wyznawców którejś z religii.


Opuszczając miasto widzimy inny zabytkowy meczet - Naziresha (Xhamia e Nazireshës). Wzniesiony w tzw. stylu sułtańskim w 1599 roku, rekonstrukcję wspierali Turcy (trzeba było odbudować minaret).


Obok niego jeszcze pięć lat temu stał... koń trojański. Teraz zostały po nim jedynie nogi :D .


Dalsza podróż w kierunku granicy macedońskiej będzie przyjemna, ponieważ droga przez większość czasu prowadzi górskimi dolinami wzdłuż rzeki Shkumbini. Za Elbasanem jest ona dość szeroka, a miejscami pogrodzona i płytka. Mieszkańcy urządzają sobie nad brzegami małe ogródki.




Widok na miasto Librazhd. Za wałami przeciwpowodziowymi świeżo założony park.


Później rzeki się zwęża, a sama droga staje się bardziej kręta. Tablice przypominają o ofiarach wypadków - w przypadku tej z lewej zginęło chyba kilka członków tej samej rodziny.



Cały czas towarzyszy nam nitka linii kolejowej do Podgradca, od jakiegoś czasu nieczynna. Co chwilę widzimy jakieś mosty albo tunele. Przez jeden z nich próbowałem przejść, ale w połowie zawróciłem, bo w środku stało dużo wody, a mokre podkłady sugerowały rychłą wywrotkę.



Po niecałej półtorej godziny od opuszczenia Elbasanu wspinamy się serpentynami na płaskowyż, na wysokość prawie 900 metrów. I zaraz potem pojawiają się niebieskie odcienie Jeziora Ochrydzkiego. Tak jakoś dziwnie przytłumione...


Odprawa graniczna znowu idzie sprawnie. Słupki po albańskiej stronie oznaczone są jeszcze literami RPSSH - Republika Popullore Socialiste e Shqipërisë.
_________________
Staliśmy nad przepaścią, ale zrobiliśmy wielki krok naprzód!
 
 
laynn 


Dołączył: 01 Sie 2013
Posty: 7963
Skąd: Zagłębie Dąbrowskie
Wysłany: 2019-11-05, 20:23   

Pudelek napisał/a:
Tacy nowocześni, że zwykłe parkometry stały się zbędne, a telefony z zagraniczną kartą często okazują się w tym przypadku bezradne...

Zapewne liczą na mandaty...bo proturystyczne to nie jest :/
_________________
Tam na dole zostało Wszystko to co cię męczy
Patrząc z góry wokoło Świat wydaje się lepszy
https://mniejszeiwiekszegory.blogspot.com/
https://www.flickr.com/photos/138543993@N07/albums
Profil Facebook
 
 
Pudelek


Dołączył: 08 Lip 2013
Posty: 5224
Skąd: Oberschlesien
Wysłany: 2019-11-05, 22:50   

Raczej cięcie kosztów, bo do tego praktycznie nie trzeba infrastruktury. A turysta niech się martwi...
_________________
Staliśmy nad przepaścią, ale zrobiliśmy wielki krok naprzód!
 
 
buba 


Dołączyła: 09 Lip 2013
Posty: 3967
Skąd: Oława
Wysłany: 2019-11-06, 23:34   

Cytat:
W okolicach placu Skanderberga mam dość nietypową sytuację... Stoję na światłach i widzę, jak między autami kręci się jakiś gówniarz i wciska ludziom usługę mycia szyb. Podchodzi do mnie i pokazuję mu stanowczo, że tego nie chcę! Ten nie reaguje, wylewa płyn i zaczyna szorować... No dobra, skoro ty tak, to jak też taki... Włącza się zielone, samochody ruszają, ja też. Dzieciak prawie uwiesił się klamki, potem biegł za mną dobre kilkadziesiąt metrów i wygrażał. A przecież wyraźnie dawałem do zrozumienia, że mnie jego mycie nie interesuje! Wydarzenie dość nerwowe, po którym przez jakiś czas nie mogłem powstrzymać się od złośliwego chichotu...


Bardzo wlasnie typowa! :P Na co drugim skrzyzowaniu - tylko nam nie proponowali mycia szyb, poprzestawali na wieszaniu sie klamek ;)
_________________
"ujrzałam kiedyś o świcie dwie drogi, wybrałam ta mniej uczęszczaną. Cała reszta jest wynikiem tego, że ją wybrałam"

na wiecznych wagarach od życia..
 
 
Pudelek


Dołączył: 08 Lip 2013
Posty: 5224
Skąd: Oberschlesien
Wysłany: 2019-11-07, 10:31   

Typowa to by właśnie była jakby nie myli szyb, a ten chciał myć :P Ale to w sumie wyjątek - zazwyczaj żebracy nas omijali, czepiali się tych na włoskich blachach ;)
_________________
Staliśmy nad przepaścią, ale zrobiliśmy wielki krok naprzód!
 
 
Pudelek


Dołączył: 08 Lip 2013
Posty: 5224
Skąd: Oberschlesien
Wysłany: 2019-11-09, 02:12   

Pierwszy raz zawitałem do Macedonii Północnej. Do tej pory zawsze była to po prostu Macedonia czy ściślej Republika Macedonii.


Na początku tego roku zakończył się trwający prawie trzy dekady idiotyczny spór grecko-macedoński o nazwę i symbolikę. Oficjalnie kompromisem, w rzeczywistości to Macedończycy dali od siebie znacznie więcej. W zamian za ustępstwa ze strony Skopje Grecy zgodzili się nie blokować dłużej integracji Macedonii z Unią oraz z NATO. Mieszkańcy byłej jugosłowiańskiej republiki mocno się podzielili w opiniach co do tego porozumienia, ale ostatecznie wszystko miała załagodzić świetlana przyszłość.

Jak zwykle okazało się, że polityka szybko odziera ze złudzeń. Podczas jesiennych rozmów przywódców EU Francja zatrzymała rozpoczęcie rokowań akcesyjnych z Macedonią Północną. I choć ewentualne przyjęcie kraju to i tak byłaby bardzo odległa przyszłość, to owa decyzja praktycznie całkowicie je uniemożliwia na całe lata świetlne. Efekt? Władimir otworzył szampana, proeuropejski rząd podał się do dymisji, a do głosu doszła ta strona, która twierdzi, że bliżej im do Moskwy niż Brukseli. Oj, nie wróży to dobrze spokojowi w tej części kontynentu...

W lipcu jeszcze nic o tym nie wiedziano; w kraju trwały wymiany tablic na aktualną nazwę państwa. Pojawiają się także zmienione tablice rejestracyjne - zamiast MK wchodzi NMK.


Zanim udamy się na nocleg zajeżdżamy do wioski Radožda (Радожда). Położona ona jest nad jeziorem Ochrydzkim tuż przy granicy z Albanią. Żeby jednak do niej dotrzeć należy najpierw dojechać prawie pod Strugę i potem cofać się wzdłuż brzegu - na mapie wygląda to tak, jakbyśmy nagle stęsknili się za Albańczykami i zaczęli wracać :D .

Szosa jest dość wąska i występują problemy z mijaniem się, tym bardziej, że całkiem spory tam ruch. Na szczęście przed nami jedzie busik wypełniony pasażerami z którym nikt z naprzeciwka nie próbuje się siłować, więc służy jako taran: pcha się do przodu, a my za nim!

Niemal na końcu wioski widzę interesujący mnie drogowskaz.


Rzymskie drogi to jeden z największych wynalazków starożytnego Imperium. Na Bałkanach jedną z głównych tras była Via Egnatia - prowadziła z Dyrrachium (Durrës) do Bizancjum, będąc przedłużeniem italskiej Via Appia. Jej fragmenty istnieją do dzisiaj, jeden z nich - kilkadziesiąt metrów - znajduje się w lesie nad zabudowaniami.


Takie spotkania z historią lubię najbardziej: intymny, nie zakłócany przez nic kontakt. Trudno uwierzyć, że chodzi się po tych samych kamieniach, co ludzie 2 tysiące lat temu (początki budowy Via Egnatia to I wiek przed naszą erą).


Widok na jezioro znad najbliższych domostw.


Inną atrakcją miejscowości jest skalna cerkiew (choć rozmiarowo to bardziej kaplica) pod wezwaniem Michała Archanioła. O tym obiekcie dowiedziałem się akurat z bałkańskiego bloga Rudej. Z drogi jest ona dość słabo widoczna, a prowadzi do niej 200 schodów.


Cerkiew wykuto w XIII lub w XIV wieku. Podobno w środku są cenne freski, ale drzwi zastaję zamknięte, więc pozostaje mi uwierzyć na słowo. Z góry rozciąga się ładna panorama Ochrydzkiego.


Ochryda (Охрид) i twierdza cara Samuela na drugim brzegu, oddalonym o około 12 kilometrów.


Radožda jest specyficzną wioską biorąc pod uwagę jej skład etniczny: 806 Macedończyków i jeden Serb. Żadnego Albańczyka! W tej części Macedonii to rzadki przypadek. Może kiedyś tu mieszkali, ale wywieziono ich spod samej granicy jako element niepewny?

Przy schodach prowadzących do świątyni działa restauracja serwująca ryby. Przyciąga do siebie cały tłum klientów z wielu krajów, ciężko tam nawet zaparkować. Ponieważ nie jestem kulinarnym sympatykiem stworzeń z łuskami, więc możemy ją sobie odpuścić.


Nocleg planowałem na obozie pionierów - ośrodku na obrzeżach Ochrydu, dobrze nam znanym, gdzie spaliśmy już kilka razy. W tym roku miałem jednak jakieś złe przeczucia, które potwierdziła niezwykle duża ilość samochodów stojących przed bramą. Po jej przekroczeniu było jeszcze gorzej: masa ludzi, nie widziana tutaj do tej pory! Recepcja zamknięta, wisi tylko kartka z numerem telefonu, którego zresztą nikt nie odbiera. Idziemy w stronę baru szukać obsługi i znajdujemy kobietę w wieku około trzydziestki, spędzającą przyjemnie czas na paleniu i rozmowie z przyjaciółmi. Wyraźnie jej przeszkodziliśmy i ledwie maskuje niechęć...

Miejsc w domkach, przyczepach i innych nie ma żadnych. Podobno, choć wydawało nam się, że nie do końca. Możemy rozbić się namiotem. Problem w tym, że pod tym względem jest tu kiepsko: namioty rozstawia się jedynie na trawniku między knajpą a ścieżkami prowadzącymi na plażę. W efekcie prawie przez całą dobę mamy hałas i tłumy przechodzących obok nas wczasowiczów. Do tego teren jest tak pofałdowany, jakby urzędowały na nim całe bandy kretów. Nie przez przypadek widzimy jedynie kilka namiotów, w tym jeden wygląda na koczowisko bezdomnego: rozszarpany, dookoła leżą śmieci i plastikowe butelki...

Krótka chwila do namysłu i decyzja: spadamy stąd! Niestety, często tak bywa, że wracając w okolicę, skąd mamy dobre wspomnienia, czeka nas duże rozczarowanie.

Podjeżdżamy do centrum Ochrydu na zakupy: tam też przewala się ludzkie morze... Najwyraźniej w Macedonii lipiec to znacznie bardziej turystyczny miesiąc niż sierpień.

Mamy opcję awaryjną: na zachodnim brzegu jeziora Ochrydzkiego działa kilka niewielkich kempingów. Co prawda to oznacza kolejne kilkanaście kilometrów do przejechania, ale trudno...

Mijamy rozbawioną i zatłoczoną Strugę (Струга) i docieramy do miejscowości Kališta (Калишта, alb. Kalisht), wioski położonej obok odwiedzonej wcześniej Radoždy. Jest już po 20-tej, gdy wpadamy na sympatycznie wyglądający kemping. Zaraz pojawia się właściciel, który wita nas z uśmiechem. Miejsca wolnego jest od cholery, zmieścimy się.
Patrzę na wiszący z boku szyld i zagaduję:
- A wolne pokoje macie?
- Mamy, lecz to kosztuje dużo więcej niż namiot.
- A ile?
- No, 20 euro...
Tyle samo zapłacilibyśmy na obozie pionierów, a to i tak podobno jedna z niższych stawek w okolicy. Oczywiście, że bierzemy!

Czasem początkowy minus wychodzi na późniejszy plus, więc już wkrótce zrzucamy bagaże w wygodnym pokoju na piętrze, a sami schodzimy do baru, na powitalny kieliszek domowej rakii ;) .

Fajnie tutaj. Nasz dom oddziela od kempingu tylko droga (notabene poprowadzona w śladzie Via Egnatii). Sam kemping dzieli się na dwie części: w jednej znajduje się restauracja i plac dla kamperów, w drugiej pole na namioty i plaża.



Widok ze wspólnego balkonu, a niżej zdjęcie zrobione z naszego okna w drugą stronę.



Pewnym kłopotem jest sąsiedztwo: obok mieszka wujek właściciela kempingu, który właśnie wyprawia... wesele. Wujek, podobnie jak 90% mieszkańców Kališty, to Albańczyk, więc i impreza odbywa się w tym klimacie, a to oznacza, że musi być głośno! Muzykę zapewne słychać w całej wiosce, a my mamy do głośników najbliżej :D . Zabawa wygląda trochę inaczej niż nad Wisłą, bo kobiety i mężczyźni działają osobno, przynajmniej na zewnątrz. Panowie siedzą pod parasolami i dyskutują, panie pląsają w kółeczku w rytm swojego tańca. Na początku przyglądałem mu się z zainteresowaniem, lecz dość szybko mnie znudził, bo wyglądał cały czas tak samo: trzy kroki w prawo, jeden w lewo, trzy kroki w prawo, jeden w lewo. Wszystkie trzymają się za ręce uniesione w górę. Pierwsza i ostatnia osoba macha chusteczką, po czym co jakiś czas następuje zmiana prowadzącego. Niezależnie od lecącej muzyki, choć trzeba przyznać, iż każda puszczana piosenka była na to samo kopyto...



Młode, ładne Albanki ubrane po europejskiemu, żadnych chust czy koców. Ale alkoholu brak. Może pito w środku, gdzie Allah nie widział?

Larmo ucichło dokładnie o północy. Cisza trwała 8 godzin, po czym jeden z biesiadników zaserwował nam pobudkę przystępując z zapałem do koszenia trawy :D . W kolejny wieczór wesele trwało nadal, lecz tym razem byłem już zahartowany...

Jak już wspomniałem, miejscowość - w przeciwieństwie do Radoždy - zdominowana jest przez Albańczyków. Widać to na każdym kroku: na skrzyżowaniu w centrum powiewa albańska flaga, stoi pomnik upamiętniający albańskich partyzantów. Kawałek dalej wznosi się meczet. Na niektórych domach także łopoczą czerwono-czarne fany i napisy. Również w domu weselnym wisi baner. Myślałem, że może jakieś wezwanie do dżihadu, a to tylko "Witamy na weselu" :P .




Ulicami przewalają się wypasione sportowe auta na blachach włoskich, niemieckich, szwajcarskich i austriackich; Macedończycy takimi nie jeżdżą.

Zabudowa w wiosce jest zróżnicowana: niektóre domy są wypicowane (choć często tylko z jednej strony), inne wyglądają, jakby zaraz miały się rozpaść.







Często budulec stanowił kamień, a ten budynek zdecydowanie mnie zachwycił!


Piękno i brzydota w jednym ujęciu.


W południowej części wioski prawdopodobnie zamieszkuje mniejszość macedońska. Pojawia się kilka wyblakłych flag na słupach i podwórzach, stoi także skromna cerkiew.



Na grobach wykute jest tylko jedno nazwisko. Czyżby wszyscy Macedończycy należeli do rodziny Tanaskoski??


Przy drodze działa niewielki sklepik. Zachodzę i kupuję piwo, po czym zagaduję sprzedawcę, czy mogę je wypić przy zadaszonym wejściu.
- Kein problem! - rozkłada w uśmiechu ręce.


Przyjechaliśmy tu głównie na wypoczynek, zatem większość poniedziałku mija na lenieniu się... Zejście do jeziora jest trochę strome, szybko robi się głęboko do pasa, co niektórych turystów razi. Większość się nie kąpie, tylko chodzi po kamienistej plaży i medytuje. Niektórzy bawią się w smarkanie do wody, inni rzucają kamienie, ktoś łowi ryby. Dominują goście z zachodniej Europy, Słowian brak, pomijając motocyklistę z Pszczyny, który wpadł na chwilę na obiad.



Doświadczamy spotkań z miejscową fauną: obok ciągle pływają kaczki, mniej barwne niż na Śląsku. W nieodległych szuwarach siedzi jakieś ptaszysko i suszy pióra.




Najwięcej emocji budzą węże wodne. Pojawiają się w różnych miejscach, grzeją się w słońcu, czasem widać jak suną tuż pod powierzchnią wody, potrafią wyskoczyć blisko człowieka. Nie mam zamiaru sprawdzać, czy są jadowite, więc trzymamy się od nich na odległość.


Na jeziorze ciągły ruch - w oddali płyną statki wycieczkowe, bliżej różne pontony i łodzie samosterujące.


Cały czas dobrze widać stąd Ochrydę, lecz już nam nie żal, iż tam nie spaliśmy. Jeszcze bliżej ciągną się zabudowania Strugi - wielki meczet i restauracja w kształcie namiotu.



A propos restauracji, to nie sposób zapomnieć o tej na kempingu: krótkie menu, ale jedzenie znakomite i obfite porcje. Wspaniała zwłaszcza była "domowa pizza", która okazała się wypasioną wersją byrka z serem i szpinakiem. Po prostu niebo w gębie! A jeśli dodamy do tego swojskie wino i rakiję (której, jak się okazało, nie doliczano nam do rachunku ;) ) to można napisać, że byliśmy w kulinarnym raju.



Jezioro po zmierzchu oświetlone światłami z lokalu. W tle po lewej Struga, po prawej Ochryda.


Wystraszony tambylec i znajoma marka traktora.



Po dniu odpoczynku przyszła pora na dalszą drogę, ale zanim to nastąpi, to odwiedzimy jeszcze monastyr znajdujący się na obrzeżu wioski. Nosi on ogólne wezwanie Wniebowzięcia NMP i składają się na niego trzy cerkwie.



Najstarsza jest skalna świątynia Narodzenia Pańskiego (choć pojawiają się też informacje, że to cerkiew Bogurodzicy). Wykuto ją w XIII wieku i - jeśli wierzyć internetom - do dnia dzisiejszego nie przechodziła żadnych przekształceń. Z zewnątrz obłożona jest budynkiem, w środku możemy obejrzeć surowe cele mnichów oraz salę z ołtarzem ozdobioną średniowiecznymi freskami.




Jesteśmy sami, nikt nam nie przeszkadza w delektowaniu się szczegółami. Jedyny minus to opłata za wstęp: niestety, Macedończycy są na tyle łasi na pieniądze, że wejście do praktycznie każdego zabytkowego kościoła wymaga sięgnięcia do portfela.

Pozostałe cerkwie są współczesne: centralną wybudowano w 1977 roku w miejscu wcześniejszej. Szczególną czcią otaczana jest ikona widoczna w lewym boku z czarnoskórą Maryją i Jezusem.



Skromna cerkiew św. Piotra i Pawła to już rok 1990. Stoi przy południowej bramie wjazdowej, którą z daleka także można wziąć za świątynię.



Oprócz obiektów przeznaczonych dla kultu są tu także budynki gospodarcze i noclegowe dla mnichów/mniszek. Podobno jest to także letnia siedziba metropolity Macedońskiego Kościoła Prawosławnego. Mercedesy i tutaj cieszą się powodzeniem ;) .


Okolica klasztoru jest bardzo fotogeniczna. Z jednej strony mamy sielski krajobraz wybrzeża z szuwarami, skałami i rozsypującym się gospodarstwem...


Z drugiej strony - od Kališty - kompleks hotelowy z rozległym, pustym parkingiem. Widziałem tam tylko jeden autokar, na polskich rejestracjach. Obok niego znajduje się też plaża - nadzwyczaj skromna, lecz dzień wcześniej wracała z niej duża grupa nastolatków i najwyraźniej była zadowolona.

_________________
Staliśmy nad przepaścią, ale zrobiliśmy wielki krok naprzód!
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Copyright © 2013 by Góry bez granic | All rights reserved | Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group