Tym razem nie polecę chronologicznie, a kategoriami. I skupię się na słowie pisanym, nie na obrazkach.
Rok 2025 nazwałam sobie w głowie „lokalnym”. Bo zdominowała go przeprowadzka na Podlasie i, w związku z tym, kręcenie się po bliższych i dalszych okolicach Siemiatycz, gdzie znalazł się mój nowy dom. Te wszystkie wycieczki sprawiły, że poprzednie dwanaście miesięcy mogłabym nazwać „podlaskimi”. Zdarzyło mi się jednak wyściubić nos poza północno-wschodnią Polskę, o czym poniżej.
GÓRY
Zacznijmy jednak od naszych gór, których było w 2025 roku baaardzo mało! Ich liczba zamknęła się w dwóch jedynkach. Z najbliższych mi okolic odwiedziłam tylko Beskid Mały. Trochę gór „nadrobiłam” w trakcie wakacyjnego plecakowego wypadu i zimą. Poza włóczęgą po bazach wszystkie wycieczki były raczej spacerowe. Jak zatem górsko wyglądał ten rok?
W styczniu, przed wyprowadzką, udaje się wpaść do kamieniołomu w Kozach i pokręcić spacerowo po okolicy. W czerwcu, między dwiema kęckimi prezentacjami, wyruszam z Porąbki na Wołek nową ścieżką dydaktyczną, by wrócić do tej wsi przez Bujakowski Groń i Zasolnicę. Po raz trzeci wpadam w Beskid Mały jesienią, by przy kolorkach (ale bez słońca) wdrapać się na Potrójną.
Lipcowa plecakowa wędrówka od bazy do bazy pozwala mi na pobyt w innych pasmach. Wyruszam ze Szczawnicy, by przez Beskid Sądecki, Pieniny, Gorce i Beskid Wyspowy zejść do Szczawy. Śpię na bazach pod Wysoką, na Lubaniu, pod Gorcem i na Polanie Wały. Cieszę się, że już drugi rok z rzędu udało mi się w taki sposób powędrować. Mam nadzieję, że i w te wakacje wyruszę z plecakiem, by odwiedzić bazy i chatki położone jeszcze bardziej na wschód.
Ostatnią szansę na góry w tym roku daje mi wyjazd sylwestrowy. Od wielu lat okres ten spędzałam w domu, na miejscu, dlatego cieszę się, że w 2025 roku było inaczej. Naszą bazą na przełom starego i nowego roku staje się Szczawnik w okolicach Muszyny. Trzy ostatnie dni roku spędzamy na krótkich wycieczkach po okolicznych pasmach. W pierwszy dojazdowy dzień wjeżdżamy na widokowe wzgórze w okolicach Limanowej i wdrapujemy się na nową wieżę widokową na Skiełku w Beskidzie Wyspowym. Kolejny śnieżny i zimowy dzień witamy już w Beskidzie Sądeckim i uskuteczniamy przyjemną pętlę ze Szczawnika do bacówki pod Wierchomlą. W ostatni dzień roku odbywa się wycieczka szczególnie bliska memu sercu. Kiedyś obiecałam sobie, że chciałabym każdego roku być w Bieszczadach i Beskidzie Niskim. Nie wierzyłam, że w 2025 roku będzie to możliwe… A jednak udało się, przysłowiowym „rzutem na taśmę” i 31 grudnia wylądowałam w dolinie Bielicznej (Bieszczady muszą poczekać...). Choć pogoda przez ten czas nie była współpracująca (choć też nienajgorsza), miło wspominam widok na Lackową w prószącym śniegu.
PODRÓŻE
Rok 2025 to także uspokojenie jeśli chodzi o dalsze podróże. Poza wypadem zaplanowanym na początek roku miałam osiąść na tyłku i tak się (z małym wyjątkiem) stało. Z racji „lokalnego” roku byłam tylko w pięciu krajach (nie liczę tranzytowego lotniska w Turcji i dwóch krajów zlokalizowanych na „trójstyku” na drugiej półkuli). Wśród tej piątki – w dwóch nowych państwach. Wśród trzech kontynentów – na jednym nowym.
Największą zeszłoroczną podróżą okazał się wypad do Kolumbii. Ameryka Południowa do tej pory pozostawała mentalnie poza moim zasięgiem. Ale w końcu przyszedł czas i na ten kontynent, a po miesiącu w Kolumbii mogę stwierdzić, że połknęłam latynoamerykańskiego bakcyla i jestem gotowa na więcej
Kolumbia ma wszystkiego po trochu: pustynię, góry, morze i Amazonię. Ma Andy i zjawiskową Dolinę Cocory z woskowymi palmami. Szumi falami Morza Karaibskiego i mętną wodą Amazonki. W głębi gór Sierra Nevada de Santa Marta skrywa Zaginione Miasto, które zdobywa się w trakcie czterodniowego trekkingu z lokalnym indiańskim przewodnikiem. To nie tylko Escobar i narkotykowe Medellin, ale także kolorowe miasteczka jak z obrazka, plantacje kawy, kakao i owoce, których nigdy w życiu nie widziałam. To kolorowe ptaki, zjawiskowe tukany, różowe delfiny i leniwce, które mają wyrąbane na wszystko. Tak jak kapibary
Dzięki pobytowi w Amazonii udaje się także postawić stopę w Brazylii i Peru (nie liczę tych państw do zestawienia). W tamtejszym rejonie bez problemu i żadnych dokumentów można wyskoczyć na caipirinhę do Brazylii i przepłynąć łódką na drugą stronę Amazonki do Peru. Oczywiście jeśli finalnie wróci się do Kolumbii. Nie muszę chyba dodawać, że skwapliwie korzystamy z takiej możliwości i udaje się skosztować zarówno słynnego drinka z cachaçy, jak i peruwiańskiego piwa z lokalsami, gdy łapie nas ulewa związana z nadchodzącą porą deszczową.
Do Kolumbii lecimy z Madrytu i tak planujemy wypad, by pobyć także w stolicy Hiszpanii. Dzięki temu w drodze tam i w trakcie powrotu zwiedzamy dość dokładnie Madryt i jego świetne muzea. Udaje się także wyskoczyć na jednodniową wycieczkę do Escorialu, gdzie są pochowani hiszpańscy władcy.
Poza Kolumbią miałam już nigdzie dalej się nie ruszać, ale na samym początku wyjazdu, będąc jeszcze w Madrycie, wypatrzyłyśmy z koleżanką dobrą ofertę do Egiptu i… kupiłyśmy bilety. Nie ma to, jak w trakcie jednej podróży już planować następną... Do kraju faraonów miałyśmy polecieć w trzy kobitki, ale finalnie okazało się, że… lecę sama (zdarzenia losowe; ostatnia koleżanka zrezygnowała na dzień przed wylotem). I choć dużo jeżdżę, jeszcze nigdy (nie licząc wyjazdu na stypendium na studiach) nie podróżowałam samodzielnie po obcym kraju (a tu w dodatku Egipt!). To też było dla mnie nowe i cenne doświadczenie i wiele „pierwszych” razów. Do tej pory zawsze ktoś z naszej ekipy ogarniał część rzeczy (booking, Uber, zagraniczny Internet), gdy ja byłam odpowiedzialna za plan. Tym razem musiałam wszystko załatwiać sama i pełna wątpliwości leciałam do tego Egiptu. Ale finalnie wszystko udało się pięknie, nie dałam się oskubać, przeżyłam nocne podróże autobusem i wieczorne łażenie po Kairze, za to spotkałam wielu życzliwych ludzi i w końcu na własne oczy zobaczyłam piramidy!
W sierpniu wpadłam jeszcze na trzy dni na Litwę (Merkine, Biała Hańcza i litewskie jezioro Hańcza), a w trakcie sylwestrowego pobytu dwa razy na Słowację, którą tym razem oglądałam po ciemku (wieczorne termalne źródła we Vrbovie, a kolejnego dnia wieczorne zwiedzanie Bardejova). A skoro rok zaczęłam Hiszpanią (Madryt), skończyłam go (jeśli chodzi o kilkudniowe wypady) także tym krajem. Grudniowy wyjazd w babskim gronie do Barcelony był bardzo udany. Poza zwiedzaniem miasta wyskoczyłyśmy jednego dnia do Montserrat, by trafić na piękną inwersję.
Poza tym zachwyciłam się Gaudim, Sagradą Familią i luźnym podejściem Katalończyków do pewnych spraw (poczytajcie o srających figurkach w szopce bożonarodzeniowej i o srającym pieńku).
W takich podróżach, dolotach i powrotach spędziłam 53 dni.
CDN.
