Strona 1 z 2

Rok lokalny - 2025 Wioli

: 2026-01-05, 21:46
autor: Wiolcia
Miałam nie pisać podsumowań, bo mój rok górsko prawie nie istniał, a pozostałe aktywności nie każdego interesują. Ale stwierdziłam, że takie zestawienie będzie także dla mnie i pozwoli sobie przypomnieć, jak spędziłam 2025 rok.
Tym razem nie polecę chronologicznie, a kategoriami. I skupię się na słowie pisanym, nie na obrazkach.

Rok 2025 nazwałam sobie w głowie „lokalnym”. Bo zdominowała go przeprowadzka na Podlasie i, w związku z tym, kręcenie się po bliższych i dalszych okolicach Siemiatycz, gdzie znalazł się mój nowy dom. Te wszystkie wycieczki sprawiły, że poprzednie dwanaście miesięcy mogłabym nazwać „podlaskimi”. Zdarzyło mi się jednak wyściubić nos poza północno-wschodnią Polskę, o czym poniżej.

GÓRY
Zacznijmy jednak od naszych gór, których było w 2025 roku baaardzo mało! Ich liczba zamknęła się w dwóch jedynkach. Z najbliższych mi okolic odwiedziłam tylko Beskid Mały. Trochę gór „nadrobiłam” w trakcie wakacyjnego plecakowego wypadu i zimą. Poza włóczęgą po bazach wszystkie wycieczki były raczej spacerowe. Jak zatem górsko wyglądał ten rok?

W styczniu, przed wyprowadzką, udaje się wpaść do kamieniołomu w Kozach i pokręcić spacerowo po okolicy. W czerwcu, między dwiema kęckimi prezentacjami, wyruszam z Porąbki na Wołek nową ścieżką dydaktyczną, by wrócić do tej wsi przez Bujakowski Groń i Zasolnicę. Po raz trzeci wpadam w Beskid Mały jesienią, by przy kolorkach (ale bez słońca) wdrapać się na Potrójną.

Lipcowa plecakowa wędrówka od bazy do bazy pozwala mi na pobyt w innych pasmach. Wyruszam ze Szczawnicy, by przez Beskid Sądecki, Pieniny, Gorce i Beskid Wyspowy zejść do Szczawy. Śpię na bazach pod Wysoką, na Lubaniu, pod Gorcem i na Polanie Wały. Cieszę się, że już drugi rok z rzędu udało mi się w taki sposób powędrować. Mam nadzieję, że i w te wakacje wyruszę z plecakiem, by odwiedzić bazy i chatki położone jeszcze bardziej na wschód.

Ostatnią szansę na góry w tym roku daje mi wyjazd sylwestrowy. Od wielu lat okres ten spędzałam w domu, na miejscu, dlatego cieszę się, że w 2025 roku było inaczej. Naszą bazą na przełom starego i nowego roku staje się Szczawnik w okolicach Muszyny. Trzy ostatnie dni roku spędzamy na krótkich wycieczkach po okolicznych pasmach. W pierwszy dojazdowy dzień wjeżdżamy na widokowe wzgórze w okolicach Limanowej i wdrapujemy się na nową wieżę widokową na Skiełku w Beskidzie Wyspowym. Kolejny śnieżny i zimowy dzień witamy już w Beskidzie Sądeckim i uskuteczniamy przyjemną pętlę ze Szczawnika do bacówki pod Wierchomlą. W ostatni dzień roku odbywa się wycieczka szczególnie bliska memu sercu. Kiedyś obiecałam sobie, że chciałabym każdego roku być w Bieszczadach i Beskidzie Niskim. Nie wierzyłam, że w 2025 roku będzie to możliwe… A jednak udało się, przysłowiowym „rzutem na taśmę” i 31 grudnia wylądowałam w dolinie Bielicznej (Bieszczady muszą poczekać...). Choć pogoda przez ten czas nie była współpracująca (choć też nienajgorsza), miło wspominam widok na Lackową w prószącym śniegu.

PODRÓŻE
Rok 2025 to także uspokojenie jeśli chodzi o dalsze podróże. Poza wypadem zaplanowanym na początek roku miałam osiąść na tyłku i tak się (z małym wyjątkiem) stało. Z racji „lokalnego” roku byłam tylko w pięciu krajach (nie liczę tranzytowego lotniska w Turcji i dwóch krajów zlokalizowanych na „trójstyku” na drugiej półkuli). Wśród tej piątki – w dwóch nowych państwach. Wśród trzech kontynentów – na jednym nowym.

Największą zeszłoroczną podróżą okazał się wypad do Kolumbii. Ameryka Południowa do tej pory pozostawała mentalnie poza moim zasięgiem. Ale w końcu przyszedł czas i na ten kontynent, a po miesiącu w Kolumbii mogę stwierdzić, że połknęłam latynoamerykańskiego bakcyla i jestem gotowa na więcej :)

Kolumbia ma wszystkiego po trochu: pustynię, góry, morze i Amazonię. Ma Andy i zjawiskową Dolinę Cocory z woskowymi palmami. Szumi falami Morza Karaibskiego i mętną wodą Amazonki. W głębi gór Sierra Nevada de Santa Marta skrywa Zaginione Miasto, które zdobywa się w trakcie czterodniowego trekkingu z lokalnym indiańskim przewodnikiem. To nie tylko Escobar i narkotykowe Medellin, ale także kolorowe miasteczka jak z obrazka, plantacje kawy, kakao i owoce, których nigdy w życiu nie widziałam. To kolorowe ptaki, zjawiskowe tukany, różowe delfiny i leniwce, które mają wyrąbane na wszystko. Tak jak kapibary :)

Dzięki pobytowi w Amazonii udaje się także postawić stopę w Brazylii i Peru (nie liczę tych państw do zestawienia). W tamtejszym rejonie bez problemu i żadnych dokumentów można wyskoczyć na caipirinhę do Brazylii i przepłynąć łódką na drugą stronę Amazonki do Peru. Oczywiście jeśli finalnie wróci się do Kolumbii. Nie muszę chyba dodawać, że skwapliwie korzystamy z takiej możliwości i udaje się skosztować zarówno słynnego drinka z cachaçy, jak i peruwiańskiego piwa z lokalsami, gdy łapie nas ulewa związana z nadchodzącą porą deszczową.

Do Kolumbii lecimy z Madrytu i tak planujemy wypad, by pobyć także w stolicy Hiszpanii. Dzięki temu w drodze tam i w trakcie powrotu zwiedzamy dość dokładnie Madryt i jego świetne muzea. Udaje się także wyskoczyć na jednodniową wycieczkę do Escorialu, gdzie są pochowani hiszpańscy władcy.

Poza Kolumbią miałam już nigdzie dalej się nie ruszać, ale na samym początku wyjazdu, będąc jeszcze w Madrycie, wypatrzyłyśmy z koleżanką dobrą ofertę do Egiptu i… kupiłyśmy bilety. Nie ma to, jak w trakcie jednej podróży już planować następną... Do kraju faraonów miałyśmy polecieć w trzy kobitki, ale finalnie okazało się, że… lecę sama (zdarzenia losowe; ostatnia koleżanka zrezygnowała na dzień przed wylotem). I choć dużo jeżdżę, jeszcze nigdy (nie licząc wyjazdu na stypendium na studiach) nie podróżowałam samodzielnie po obcym kraju (a tu w dodatku Egipt!). To też było dla mnie nowe i cenne doświadczenie i wiele „pierwszych” razów. Do tej pory zawsze ktoś z naszej ekipy ogarniał część rzeczy (booking, Uber, zagraniczny Internet), gdy ja byłam odpowiedzialna za plan. Tym razem musiałam wszystko załatwiać sama i pełna wątpliwości leciałam do tego Egiptu. Ale finalnie wszystko udało się pięknie, nie dałam się oskubać, przeżyłam nocne podróże autobusem i wieczorne łażenie po Kairze, za to spotkałam wielu życzliwych ludzi i w końcu na własne oczy zobaczyłam piramidy!

W sierpniu wpadłam jeszcze na trzy dni na Litwę (Merkine, Biała Hańcza i litewskie jezioro Hańcza), a w trakcie sylwestrowego pobytu dwa razy na Słowację, którą tym razem oglądałam po ciemku (wieczorne termalne źródła we Vrbovie, a kolejnego dnia wieczorne zwiedzanie Bardejova). A skoro rok zaczęłam Hiszpanią (Madryt), skończyłam go (jeśli chodzi o kilkudniowe wypady) także tym krajem. Grudniowy wyjazd w babskim gronie do Barcelony był bardzo udany. Poza zwiedzaniem miasta wyskoczyłyśmy jednego dnia do Montserrat, by trafić na piękną inwersję.
Poza tym zachwyciłam się Gaudim, Sagradą Familią i luźnym podejściem Katalończyków do pewnych spraw (poczytajcie o srających figurkach w szopce bożonarodzeniowej i o srającym pieńku).
W takich podróżach, dolotach i powrotach spędziłam 53 dni.

CDN.

Re: Rok lokalny - 2025 Wioli

: 2026-01-05, 22:21
autor: _laynn
Brak zdjęć z Amazonii, Kolumbii to po prostu zbrodnia!
O relacji nie wspomina, na nią już nie liczę ;) no ale skoro to jest rok z małą ilością podróży...to ja dziękuje.
:)

z niecierpliwością czekam na cda ;)

Re: Rok lokalny - 2025 Wioli

: 2026-01-05, 23:43
autor: opawski1
"ROK LOKALNY" Wioli to Kolumbia, Peru i Brazylia... ;)
Zaczynając czytać te podsumowanie myślałem, że w tym roku zwiedzałaś Podlasie plus kilka wypadów w góry, może jakaś Słowacja czy Czechy, a tu Ameryka Południowa. Super!
jakieś zdjęcia mogłabyś podrzucić ;)
Mimo słabego roku górskiego, akcent bazowy był porządny. W tym roku plan na te bazy i chaty bardziej wschodnich Beskidów mam podobny ;)

Re: Rok lokalny - 2025 Wioli

: 2026-01-06, 09:11
autor: marekw
Zapodaj Wiolu jakieś zdjęcia.

Re: Rok lokalny - 2025 Wioli

: 2026-01-06, 11:38
autor: Sebastian
Imponująco mimo wszystko. Bardzo jestem ciekaw tej Kolumbii, bo to faktycznie kraj, który dla turysty ma wszystko. Synowie byli w zeszłym roku na wakacjach w Ameryce Południowej (tydzień w Rio, tydzień w Kolumbii) i Kolumbią byli zachwyceni, choć zwiedzili dużo mniej niż ty. Miesiąc tam to jest to. Litwa była kajakiem?

Re: Rok lokalny - 2025 Wioli

: 2026-01-06, 12:23
autor: Wiolcia
_laynn pisze:Brak zdjęć z Amazonii, Kolumbii to po prostu zbrodnia!

opawski1 pisze: a tu Ameryka Południowa. Super!
jakieś zdjęcia mogłabyś podrzucić ;)

marekw pisze:Zapodaj Wiolu jakieś zdjęcia.

Nie wiem, czy znajdę teraz czas. A co zaczynam przeglądać zdjęcia, by coś wybrać, to przerażenie mnie bierze i wychodzę z folderu :) Mogę coś podlinkować z fejsa, ale one za jakiś czas znikną.

opawski1 pisze:"ROK LOKALNY" Wioli to Kolumbia, Peru i Brazylia... ;)
Zaczynając czytać te podsumowanie myślałem, że w tym roku zwiedzałaś Podlasie plus kilka wypadów w góry, może jakaś Słowacja czy Czechy, a tu Ameryka Południowa.

Oprócz tej większej podróży reszta jest naprawdę lokalna. Zobaczysz w drugiej części - samo Podlasie i przyległości.

opawski1 pisze:Mimo słabego roku górskiego, akcent bazowy był porządny. W tym roku plan na te bazy i chaty bardziej wschodnich Beskidów mam podobny ;)

Może nasze ścieżki gdzieś się przetną? Jeszcze nie mam wizji, jak połączyć kropki w tej wędrówce, ale przyjdzie czas na przeglądanie mapy.

Sebastian pisze:Imponująco mimo wszystko. Bardzo jestem ciekaw tej Kolumbii, bo to faktycznie kraj, który dla turysty ma wszystko. Synowie byli w zeszłym roku na wakacjach w Ameryce Południowej (tydzień w Rio, tydzień w Kolumbii) i Kolumbią byli zachwyceni, choć zwiedzili dużo mniej niż ty. Miesiąc tam to jest to. Litwa była kajakiem?

Kolumbia na pierwsze spotkanie z Ameryką Łacińską jest chyba ok. (nie znam innych krajów, więc też ciężko mi się wypowiedzieć). Jest rozwinięta turystycznie i całkiem zgrabnie da się ją ogarnąć. Z drugiej strony nie jest jeszcze bardzo turystyczna, choć to pewnie będzie się zmieniać. Miesiąc tam pozwolił na poznanie jej w różnych odsłonach, choć i tak plan był napięty i nie starczyło czasu na wszystko (np. na Pacyfik, karaibskie wyspy (poza Różańcowymi, gdzie wpadliśmy) i okolice Bogoty, o porządnym andyjskim trekkingu nie wspominając, bo to zabrałoby kolejne dni pobytu). To jest jednak duży kraj (po raz pierwszy przy zwiedzaniu braliśmy loty wewnętrzne, by poruszać się po kraju).
Litwa była kajakowa tylko w jeden dzień. Pozostałe dwa spędziliśmy bardzo relaksacyjnie. To był krótki wypad w przedłużony weekend sierpniowy.

Re: Rok lokalny - 2025 Wioli

: 2026-01-06, 13:12
autor: _laynn
Ale nawet teraz sprawdzałem i nie widzę u Ciebie ani na profilu bloga zdjęć z Kolumbii!

Re: Rok lokalny - 2025 Wioli

: 2026-01-06, 18:59
autor: buba
Myślę, że wiele osób chciałoby miec taki "lokalny" rok! :lol :lol :lol Tylko trzy kontynenty - no mozna powiedziec, że prawie nie ruszałas sie z chałupy!

Ale najbardziej podziwiam cię za ten Egipt. Jestem przekonana, że ja będąc w twojej skórze bym zrezygnowała. Samej, do obcego kraju, jeszcze takiego dalekiego i egzotycznego? Nie pojechalabym nigdy w życiu! Może to jest też coś, czego można się nauczyć, ale póki co sama to jedynie się potrafię szarpnąć na jednodniowe rowerowe wycieczki po okolicy ;) Więc bardzo zazdroszcze - odwagi, umiejętności wzięcia się w garść, ogarnięcia się itp.

termalne źródła we Vrbovie


Napiszesz coś o nich wiecej? Są to jedynie baseny, aquaparki - czy w rejonie trafi się tez jakies bardziej dzikie zródło?

W głębi gór Sierra Nevada de Santa Marta skrywa Zaginione Miasto, które zdobywa się w trakcie czterodniowego trekkingu z lokalnym indiańskim przewodnikiem.


Gdzieś na fejsie znajdę zdjecia z tego miejsca?

Re: Rok lokalny - 2025 Wioli

: 2026-01-07, 11:02
autor: Wiolcia
_laynn pisze:Ale nawet teraz sprawdzałem i nie widzę u Ciebie ani na profilu bloga zdjęć z Kolumbii!

Akurat z tego wyjazdu nie wrzucałam zdjęć. Wrzucam coś zazwyczaj z krótkich wypadów, bo łatwiej mi je ogarnąć.

buba pisze:Myślę, że wiele osób chciałoby miec taki "lokalny" rok! :lol :lol :lol Tylko trzy kontynenty - no mozna powiedziec, że prawie nie ruszałas sie z chałupy!

Ale najbardziej podziwiam cię za ten Egipt. Jestem przekonana, że ja będąc w twojej skórze bym zrezygnowała. Samej, do obcego kraju, jeszcze takiego dalekiego i egzotycznego? Nie pojechalabym nigdy w życiu! Może to jest też coś, czego można się nauczyć, ale póki co sama to jedynie się potrafię szarpnąć na jednodniowe rowerowe wycieczki po okolicy ;) Więc bardzo zazdroszcze - odwagi, umiejętności wzięcia się w garść, ogarnięcia się itp.

No to źle zaczęłam. Powinnam tę podróż wrzucić na koniec, a na początek dać Podlasie :) i wtedy byłoby naprawdę lokalnie.
Egipt samotnie totalnie mnie nie zachęcał, uwierz! Jeszcze przed wylotem miałam marzenie, by ta podróż już się skończyła. Można było nie lecieć, ale trochę szkoda mi było kupionego już biletu i przygotowań. Więc poleciałam i było fantastycznie. Jak się nie spróbuje, to człowiek się nie przekona... Obawy oczywiście były wielkie, ale ja jakoś wielkiego strachu przed pewnymi rzeczami nie mam. Może do czasu? A może udaje mi się nie przeginać i jakoś wyczuć, co będzie bezpieczne, a co niekoniecznie.

termalne źródła we Vrbovie


buba pisze:Napiszesz coś o nich wiecej? Są to jedynie baseny, aquaparki - czy w rejonie trafi się tez jakies bardziej dzikie zródło?

To płatne kąpielisko z kilkoma basenami z "ciepełkiem" (wody mają tam właściwości zdrowotne). Byłam tam tylko raz i wieczorem, więc nie wiem, czy w okolicy coś dzikiego się znajdzie. Ale to kąpielisko nie jest jakieś super nowoczesne i wielkie jak (przypuszczam) termy w okolicach Zakopanego. Chyba takie bardziej lokalne, choć ludzi było sporo (no ale to był okres przedsylwestrowy). Ceny za wejście też są, wg mnie, bardzo przyzwoite. No i miło było sobie siedzieć w wodzie o temperaturze 36 stopni, gdy na zewnątrz było z -8 czy -9 i leciutko śnieg prószył Ci na głowę.

W głębi gór Sierra Nevada de Santa Marta skrywa Zaginione Miasto, które zdobywa się w trakcie czterodniowego trekkingu z lokalnym indiańskim przewodnikiem.

buba pisze:Gdzieś na fejsie znajdę zdjecia z tego miejsca?

U mnie nie, ale jak wpiszesz nazwę w net, to wyskoczy Ci najprawdopodobniej zdjęcie najbardziej znanej tam ruiny - takich okrągłych tarasów. Gdy czytałam relacje przed wyjazdem, ona się zazwyczaj pojawiała, a teren jest obszerniejszy i trochę tam innych przyjemnych zakątków też się znajdzie (o tym już w relacjach było mało).

Re: Rok lokalny - 2025 Wioli

: 2026-01-07, 12:24
autor: Dobromił
Nie byłaś na Antarktydzie. Słaby rok.

Re: Rok lokalny - 2025 Wioli

: 2026-01-07, 16:41
autor: Wiolcia
Ostatnio trochę zmarzłam w górach i widziałam czekoladowego pingwina cesarskiego. Wystarczy?

Re: Rok lokalny - 2025 Wioli

: 2026-01-07, 23:15
autor: buba
No i miło było sobie siedzieć w wodzie o temperaturze 36 stopni, gdy na zewnątrz było z -8 czy -9 i leciutko śnieg prószył Ci na głowę.


Oj to woda taka letnia? Jak w Kalamenach! Ja to najbardziej lubię takie źrodła, żeby miedzy 40 a 50 miały! A obok takie 60 żeby wskoczyć się na minutę solidniej ogrzać! :D

Re: Rok lokalny - 2025 Wioli

: 2026-01-08, 09:49
autor: Wiolcia
Oszukałam Cię - woda miała 37 stopni :)
Ale była bardzo ciepła. Po chwili siedzenia człowiekowi było gorąco i wychodziliśmy na brzeg, by się schłodzić śniegiem lub w nim potarzać.

Re: Rok lokalny - 2025 Wioli

: 2026-01-08, 13:01
autor: Wiolcia
Czas na część drugą - lokalną.

PODLASKIE SPACERY I OBJAZDÓWKI
No i wreszcie Podlasie! Początki to nieśmiałe spacery po Siemiatyczach i okolicznych lasach, bo pogoda przedwiośniowa jest pod psem i nie zachęca do dalszych wojaży. W tego okresu warte wzmianki jest uczestnictwo w Święcie Jordanu nad siemiatyckim zalewem. Ruszamy też nad Bug, a z miast – parę godzin spędzam w Siedlcach.
Naprawdę fajnie zaczyna się w Wielkanoc. Późne święta cieszą nas piękną pogodą, ciepełkiem i fantastyczną wiosną. Zjeżdżają do nas znajomi z południa i bardzo miło spędzamy ten czas: inaugurując sezon kajakowy na (oczywiście!) Bugu, jedząc śniadanie wielkanocne na łące nad tą rzeką (nie mogło być inaczej!), zwiedzając okolicę pieszo i rowerowo. Ostatniego wspólnego dnia wypuszczamy się na Mazowsze, by kajakowo pohasać po pięknej rzece Świder.

Potem jest moja wymarzona majówka na Suwalszczyźnie. Zieleń, łąki pełne mleczy, cudowna namiotowa miejscówka (choć zimno było jak diabli), żurawie, spłynięte dwie nowe rzeki i pięknie pofałdowany krajobraz, który tak uwielbiam. Wielce ubolewam, że nie dane mi się było wpaść na Suwalszczyznę jesienią, ale pogoda była tak paskudna, że nie udało się wykroić żadnego sensownego czasu na wyjazd. To marzenie pozostanie mi do zrealizowania na kiedyś.

W tym okresie nigdzie na dłużej nie jeżdżę, więc wpada sporo krótkich i dłuższych spacerów po rezerwatach, lasach, miastach i miasteczkach Podlasia. W listopadzie, gdy wreszcie mam w Siemiatyczach swój samochód, zaczynam objazdówki po podlaskich „końcach świata”, zwiedzając cerkwie i wioseczki pośrodku niczego. W wakacje i na listopadowy weekend wpadają do nas „letnicy” z południa, więc też każdego dnia uskuteczniamy jakieś wycieczki piesze, rowerowe czy kajakowe (niech żyje różnorodność!). Udaje się też zanocować nad jeziorem gdzieś w okolicach Augustowa. Z mojego zestawienia wycieczek wynika, że najwięcej razy bywałam w Mielniku. Nie da się ukryć, że przyciągały mnie tam w dużej mierze rezerwat florystyczny i ciekawość, jak w kolejnych miesiącach się zmienia :)

Choć Siemiatycze są „na końcu świata”, w miarę blisko mieliśmy stąd do Puszczy Białowieskiej. Dlatego bywałam w niej kilkukrotnie: w maju marzłam po wschodzie słońca w ścisłym rezerwacie, latem mokłam w deszczu i mknęłam rowerem po plątaninie puszczańskich ścieżek, we wrześniu słuchałam rykowiska na Kosym Moście, w październiku zachwycałam się kolorami puszczy, w listopadzie przy wrednej pogodzie udało się w końcu spotkać niemal oko w oko z królem tych włości – żubrem (a nawet dwoma).

Z podlaskich wycieczek luksusowych bardzo miło wspominam dwudniowy pobyt w uroczysku Zaborek koło Janowa Podlaskiego. Piękne miejsce, piękna jesień, wspaniałe baniowanie, jedzonko i marynaty, ekstra właściciel (jeśli kiedyś będziecie, nie odpuszczajcie wycieczki z pochodniami do Kręgu Mocy! ;)), a kolejnego dnia miły spacer po Szwajcarii Podlaskiej. Dobrze było zapuścić się w te rejony!

Na koniec trzeba wspomnieć o Mazurach. Z racji bliskości (no, powiedzmy!) trzymaliśmy w sezonie łódkę na Mazurach, więc na jachcie i w Wygrynach, gdzie nasz „Thor” stacjonował, spędziłam w sumie 16 dni (o Mazurach w innym wydaniu jeszcze będzie).

INNE TAKIE
Do Kampinoskiego Parku Narodowego nigdy nie było po drodze, zresztą, szczerze mówiąc, jakoś mnie tam bardzo nie ciągnęło (zdjęcia nie zachęcały). Ale teraz trzeba było skorzystać z krótkiego dojazdu (i przy okazji odwiedzić warszawskiego znajomego). Dzięki temu pod koniec maja spędziliśmy dwa piękne dni w tym parku (jeden pieszo, drugi rowerowo). Wiosenne wydanie Kampinosu skradło nasze serce! A wisienką na torcie było spotkanie z łosiem przy naszej noclegowej miejscówce. Warszawski przyjaciel wiele razy był tutaj na wycieczkach i nigdy tego zwierza nie spotkał, a my od razu za pierwszym razem!

To w ogóle był dla mnie rok spotkań z łosiami. Zaczęło się tutaj, potem, na Mazurach, łoś przeszedł za moim rozbitym namiotem (a dwa młode schowały się szybko w lesie). Jesienią, w pobliżu Białegostoku, spotkaliśmy dwa maluchy, a za drzewami przy drodze parkę (rodziców?).

Czas przenieść się na południe. Będąc w rodzinnych stronach, dwa razy zaliczyłam krótkie spacery po moich okolicach, a raz ruszyłam rodzinnie do Cygańskiego Lasu (więc można uznać, że byłam w Beskidzie Śląskim ;)). Na babski wyjazd z mą przyjaciółką tym razem wybrałyśmy Gliwice, bo trudno było zsynchronizować terminy na jakiś dłuższy wypad.

ROWEREM
Po kiepskim poprzednim roku tym razem rowerowo nieco nadrobiłam, choć wiele wyjazdów było przysłowiowym kręceniem się wokół komina. Ale na Podlasiu przeciwko takim wycieczkom nic nie mam! Były więc najbliższe okolice, wiosenna Kraina Otwartych Okiennic, kolejne cudowne końce świata w okolicach Jałówki (co za tereny!), malownicza Puszcza Knyszyńska, rewelacyjny zielony szlak wokół Wigier i piękny jesienny wypad w okolice Drohiczyna (który skończył się dylaniem kilku kilometrów pieszo do domu, gdy rozsadziło mi oponę). Poza tym rowerówki we wspomnianych puszczach: Białowieskiej i Kampinoskiej.

Po zeszłorocznej przerwie udało się też wyruszyć na kilkudniową wyprawę z sakwami. I po raz pierwszy w życiu – samotną. W trakcie czterech dni przejechałam dłuższy wariant Mazurskiej Pętli Rowerowej, śpiąc na kempingach i na dziko. Fajna przygoda i kolejne nowe doświadczenie.
W sumie na rowerowych wycieczkach spędziłam w 2025 roku 23 dni.

KAJAKIEM
To był rewelacyjny kajakowo rok! I nie chodzi o ilość (spędziłam 16 dni na kajaku), a o jakość. Uwielbiam rzeki północy za ich urodę, a w 2025 roku trafiło się tak, że pływałam tylko w tym rejonie. I wszystkie te rzeki były dla mnie nowe!

Zaczęło się w kwietniu od Bugu. Bug musiał być, przecież on rządzi na mojej części Podlasia. Potem był wspomniany już Świder, a w czasie suwalskiej majówki dwie rewelacyjne rzeki: pięknie brzmiąca Marycha i równie pięknie szeleszcząca nazwą Szeszupa (niski stan wody, ciąganie po kamolach, drzewiaste tunele, jeziorka, a potem zabawa z przenoskami i trochę silniejszego nurtu przed Rutką-Tartak). W czerwcu grzaliśmy się na odkrytym Liwcu (pięknie dokazywały tam młode jaskółki brzegówki). Wyjątkowo w tym roku weekend bożocielny spędziliśmy na kajakowych jednodniówkach na Sasce, Sawicy i Omulwi (mniej znane Mazury). Trzeba było też zakosztować Narwi (na bardzo krótkim odcinku), którą połączyliśmy z Narewką (a właściwie odwrotnie, bo był to spływ Narewką, która sobie wpada do Narwi).

Na kilkudniowy spływ z całym dobytkiem wybraliśmy się tym razem w sierpniu, by poznać jedną z najsłynniejszych kajakowo rzek Polski – Czarną Hańczę. Wbrew pozorom ludzi nie było wielu, a miejscówki noclegowe (marne szanse są tu na bezpłatny biwak) bardzo przyjemne. Przepłynęliśmy na koniec część Kanału Augustowskiego, by zobaczyć, jak to jest być w kajaku w śluzie (spoko). Poza tym zajadaliśmy się słynnymi jagodziankami, których nad Czarną Hańczą nie może zabraknąć!

Skoro spłynęliśmy Czarną Hańczą, trzeba było odwiedzić jej litewską siostrę – Białą Hańczę, w trakcie wspomnianego już wyżej sierpniowego pobytu w tym kraju. Świetne było meandrowanie między drzewami włażącymi niemal do rzeki i chętnie wróciłabym, by zrobić tu jakiś dłuższy odcinek.

Kajakowo zakończyliśmy rok 1 listopada, wracając ponownie na Świder, tym razem w późnojesiennym wydaniu.

NA KONIEC
Czas na statystykę. Podsumowanie wskazuje na 163 dni związanych z turystyką i podróżami. Warto jednak wspomnieć, że często były to krótkie spacerki lub parogodzinne wypady, a nie całodniowe wycieczki. Zliczyłam jednak każdą aktywność, która wyrywała mnie z mojej siemiatyckiej kanapy :)

Nie udały się w 2025 roku żadne biegówki, ale to było do przewidzenia. Słaba zima, znaczna odległość od gór, początek roku spędzony na drugiej półkuli – w tym roku to się nie mogło udać. Mało też było gór, ale jakoś szczególnie mi ich nie brakowało. Nastawiłam się na Podlasie, które uwielbiam i w którym już na zawsze zostawiłam część swego serca.

W wakacje wyjątkowo nie było długiego wyjazdu (większość lipca spędziłam w pracy), ale i tak udało się z tego roku bardzo dużo wycisnąć. Trochę inaczej pewne sprawy życiowe miały się potoczyć, ale stało się, jak się stało i tak miało być.

Ze złych rzeczy – nasz Fordzio zaliczył brutalne spotkanie z sarną w okolicach Mysłowic (to w ogóle był dziwny dzień, gdy „coś” nie chciało ewidentnie nas wypuścić na Podlasie). Stoi teraz od tygodni pokiereszowany pod naszym domem i na razie żaden mechanik nie chce się podjąć naprawy (bo staruszek i się nie opłaca). Pewnie przyjdzie się nam z nim pożegnać, a na pewno w kontekście podróży kamperowych. Cóż, widocznie i tak miało być.

Ale podsumowując – jestem bardzo zadowolona z 2025 roku. Dużo rzeczy udało się zrobić, a jeśli nawet nie, to nigdy nie będzie tak, że uda się wszystko, bo po co byłoby marzyć i snuć plany?

A ten rok? Znów zmiany, znowu kolejna próba, by wrócić do dawnej rzeczywistości, która jeszcze bardziej ukróci podróżnicze rumakowanie. Ale to właśnie jest ten czas, a jak wyjdzie – zobaczymy za dwanaście miesięcy. Bo choć coraz trudniej robi się i rodzinnie, i światowo, plany warto mieć – zawsze.

Dziękuję wszystkim, którzy dotrwali do końca.

Re: Rok lokalny - 2025 Wioli

: 2026-01-08, 20:54
autor: maurycy
Teraz już znam osobiście dwie osoby, które były w Kolumbii :) Drugą, jest moja siostra. A ja dalej, w żadnej z Ameryk nie byłem, i na razie nic się nie zapowiada, że to się zmieni. Za dalekie zasięgi.. Ktoś tutaj się wybiera, a jak nie to przynajmniej marzy?