Orawę charakteryzuje małe zalesienie, dużo jest łąk, pól uprawnych i pastwisk, przez to wycieczki po tych terenach zwykle się bardzo widokowe.
To kraina położona na pograniczu polsko-słowackim na południowy-wschód od Nowego Targu. Nazwa tej krainy ma konotacje historyczno-etnograficzne, z punktu widzenia geografii turystycznej można tu znaleźć kilka mniejszych i większych grup górskich - raczej po słowackiej stronie, bo po polskiej raczej jest płasko, z niewielkimi wzniesieniami (nie licząc położonej na granicy Magury Witowskiej). Słowacka część Orawy to dla mnie mało odkryty skarb, kilka odbytych tam wycieczek było bardzo ciekawych, zaś polska charakteryzuje się wielkimi otwartymi przestrzeniami z widokami na wznoszące się nad nimi Tatry i Babią Górę. Całą Orawę charakteryzuje małe zalesienie, dużo jest łąk, pól uprawnych i pastwisk, przez to wycieczki po tych terenach zwykle się bardzo widokowe.
Opisana w tej relacji wycieczka ma miejsce na początku marca, pod koniec jakże skromnej zimy 2024/2025. Warunki i pogoda są typowe dla przedwiośnia, począwszy od dużych skoków temperatury w ciągu dnia a skończywszy na kolorystyce pól i łąk. Plan na wycieczkę jest taki, że ma być widokowo, ale jednocześnie niezbyt forsownie. Trasa raczej „po płaskim", z niewielkimi podejściami, których na dystansie 17,3 km uzbierało się raptem 323 metry.
mapa: https://en.mapy.cz/s/pohevozaga
To moja pierwsza wycieczka górska po dwu i półmiesięcznej przerwie, trudno nie czuć ekscytacji w takiej chwili i ja ją faktycznie czuję, już jadąc przez Kraków w stronę „Zakopianki” bardzo się cieszę na dzisiejszy dzień.
Trasę zaczynam w Jabłonce, parkuję przy Delikatesach Centrum, jest tam duży parking bez tabliczki „tylko dla klientów". Wyruszam w drogę o 7:30, na zewnątrz jest lekki przymrozek, a powietrze jest lekko przymglone. Nie przyjeżdżałem dziś bardzo wcześnie, bo ostatnie suche dni nie dawały nadziei na poranne mgiełki, tak częste na polskiej Orawie i tak faktycznie po drodze było.
Po około dziesięciu minutach wychodzę ponad zabudowania na otwarty teren. Jest nadal zimno, czego dowodzą liczne oszronienia, zwłaszcza w cieniu, choć słońce świeci bardzo mocno. Pierwszy punkt widokowy to dość mocny akcent na początek wycieczki - to łąki pod Wertelowskim Działem o wysokości 698 metrów npm. Bardzo dobrze widać z niech Tatry, pod którymi podnosi się fotogeniczna mgiełka, za to widok w stronę słowackiej Orawy, Pilska i Babiej Góry jest nieco przymglony. Z czasem słońce rozproszy te mgiełki, trzeba się tylko uzbroić w cierpliwość.
Tatry Zachodnie od Łopaty po Pachoła
Giewont, Czerwone Wierchy
Tatry Zachodnie od Bystrej po Rohacze
słońce nad Wertelowskim Działem
Tatry w dużo szerszym ujęciu
Z Wertelowskiego Działu schodzę polami, a potem przez niewielki lasek do Lipnicy Małej. Po drodze napotykam na ostrzegawczą tablicę, która oznajmia, że wycieczka choć łatwa, może być niebezpieczna. W lasku panuje jeszcze chłód i przymrozek, między laskiem a pierwszymi zabudowaniami znajduję niewielkie rozlewisko, teraz jeszcze w pełni zamarznięte. Spotykam też bazie, pierwsze oznaki wiosny.
słowackie góry: Wielki Chocz, Jaworowy Wierch, Magura, Kubińska Hola, Mała Fatra
w stronę Tatr Bielskich
Babia Góra
Idę przez wieś. Niewielki kawałek asfaltem. Robi się coraz cieplej.
Podążam dalej zielonym szlakiem w stronę Pakoszańskiego Brzeżku. To taka niepozorna górka na szlaku. Ścieżka jest bardzo przyjemna, wiedzie ładnymi łąkami, a ze ścieżki widać grzbiet położony po drugiej stronie Lipnicy Małej, którym będę wracał do Jabłonki. Zaraz na początku podejścia, jeszcze przed znajdującą się po drodze wieżą przekaźnikową, znajduje się przydrożna kapliczka Boża Męka u Karkoszków, gdzie można się uduchowić. Obok znajduje się zamknięta na kłódkę wiata wraz z miejscem na ognisko, gdzie odbywają się inne praktyki uduchawiające. Takich miejsc na biesiadę w terenie napotkam po drodze jeszcze dwa.
przyszła droga powrotna
Tatry jeszcze raz
kapliczka Boża Męka u Karkoszków
wiata obok kapliczki
pamiątki po praktykach uduchawiających
Teraz czeka mnie spacer praktycznie płaskim grzbietem po łąkach Orawy. Mnóstwo tu przestrzeni, dużo gór dookoła (jeszcze przymglonych - więcej zdjęć będzie z drogi powrotnej), tylko krokusów nie ma. Robi się cieplej, rozbieram się do krótkich spodenek (dobrze że wziąłem - a wycieczka ma miejsce 8 marca) i koszulki z krótkim rękawem. Ścieżka robi się lekko miękka od błotka, ale zarówno teraz jak i w dalszej części dnia owo błoto nie będzie dużym problemem.
zielony szlak
Dochodzę do asfaltowej drogi przecinającej grzbiet i prowadzącej z Lipnicy Wielkiej do Małej pod Pakoszańskim Brzeżkiem. Nic więcej ciekawego mnie na zielonym szlaku nie spotka, schodzę asfaltem do Lipnicy Małej, tam niewielki odcinek między zabudowaniami. Pośród nowej zabudowy odnajduję starą orawską chałupę, a potem już bezszlakowo wchodzę na grzbiet po drugiej stronie wsi i górę Kamonki (751 metrów npm). Mgiełki w powietrzu znikają bezpowrotnie pod wpływem słońca, choć co ciekawe, między domami jest zauważalnie zimniej niż na łąkach nad wsią.
Teraz będę wracał tym bezleśnym grzbietem aż do Jabłonki, a przed samym końcem wycieczki połączę trasę z zielonym szlakiem na Wertelowskim Dziale. Na razie mam zamiar urządzić sobie jakiś postój, co jest o tyle trudno, że ziemia jest jeszcze wilgotna. Niemniej tuż przed dojściem na Kamionki znajduję miejsce przygotowane na ognisko: są ławy wokół niego, jest stół i nawet jest ruszt do pieczenia. Idealne miejsce na postój gastronomiczny.
Mgiełki już zniknęły definitywnie, wreszcie jest możliwość nacieszenia się pełnym, przejrzystym widokiem na okoliczne wzgórza, Pilsko, Babią Górę i Policę. Przedwiosenne kolory traw też stają się jakby cieplejsze, bardziej intensywne.
Babia Góra
grzbiet z zielonym szlakiem, za nim pasmo graniczne
Lepiej też widać słowackie góry położone za Zalewem Orawskim, tylko Tatry cały czas są lekko przymglone. Myślę, że swoje robi też ostre słońce. Choć to początek marca, to na bezchmurnym niebie ono mocno świeci. Podobają mi się tutejsze otwarte przestrzenie, przypominają nieco łąki nad Kacwinem na Spiszu. Orawa i Spisz to dwa regiony nie funkcjonujące mocno w turystycznej świadomości, ale dla mnie ciekawe i warte odwiedzenia.
Zalew Orawski
Tatry: Starorobociański Wierch, Jakubina, Jarząbczy Wierch
Pilsko
orawskie przestrzenie
Uwagę mą zwraca fotogenicznie położony na wzgórzu nad Jabłonką Kościół Przemienienia Pańskiego. Postanawiam podjechać pod niego autem po zejście do wsi, może uda się utrafić jakieś ładne kadry kościoła na tle gór.
Pisałem przy okazji tablicy ostrzegawczej, że wycieczka, choć łatwa, może być niebezpieczna. O tym niebezpieczeństwie nie można zapominać, gdy spotyka się na swojej drodze zwierzęce czaszki, albo blokujące przejście lub przejazd zagrody. Pomimo zagrożenia nadal krajobrazy są bardzo ładne.
Tatry nad orawskimi wzgórzami
Polica, Okrąglica
Babia Góra nad orawskimi przestrzeniami
słowackie góry nad Zalewem Orawskim: Wielki Chocz, Jaworowy Wierch, Magura, Kubińska Hola, Mała Fatra
Docieram na Wertelowski Dział. Zaraz pod jego wierzchołkiem znajduje się już trzeci dziś krąg ogniska, niestety zawalony pustymi plastikowymi butelkami. Niemniej miejsce jest ładne, z widokiem na Tatry. Ostatnia przerwa dzisiaj.
zbliżenie na Czerwone Wierchy
Podjeżdżam jeszcze samochodem pod kościół nad Jabłonką, ale krótka rundka wokół niego jest fotograficznym rozczarowaniem. Nadzieje na kadry jak ze Słowenii pryskają.
Pozostaje jeszcze zakończyć dzień jakimś porządnym obiadem. Wybieram restaurację o dość dziwnie brzmiącej nazwie „Przystań w Kabanosie", ale ta nazwa jest w pełni uzasadniona, gdyż restauracja mieści się na terenie zakładów mięsnych „Kabanos". W restauracji tłumy, ciężko o wolny stolik. Jest to o tyle istotne, że nie jest ona położona w centrum Jabłonki, więc przypadkowo przejeżdżający turysta raczej tu nie trafi, klientela jest na moje oko raczej miejscowa.
Restauracja ma dobre opinie, mimo dużego ruchu nie czekam długo na zamówione danie. Jako że na Słowację tutaj dwa kroki, zamawiam prawie klasyczne słowackie danie: smażony ser z ziemniaczanymi kuleczkami (powinny być frytki) i sosem tatarskim. Do tego dobieram zestaw sałatek. Porcja jest duża, bardzo duża i smaczna, choć bez rewelacji. Pewnym zgrzytem jest fakt, że na prośbę podania piwa bezalkoholowego dostaję Lecha miętowo-limonkowego, bo innego nie mają. To soczek, nie piwo, ale niech będzie.
Nie psuje mi to jednak ogólnego wrażenie dobrze spędzonego dnia na łonie natury, bo to tereny ładne, pogoda dobra, a wycieczka taka nie za trudna i do tego pierwsza od dwóch i pół miesiąca. Tylko krokusów brak...