https://www.youtube.com/watch?v=QrI5HUXXKu0

Chcieliśmy też tę wieś pokazać naszemu koledze, który tam jeszcze nigdy nie był, a z całą pewnością mu się spodoba. Ale że kolega będzie
z nastoletnim synem- to trzeba wynależć profilaktycznie atrakcję. No i długo nie musiałam się zastanawiać

wieża widokowa na Łysuli- oddana do użytku w tym roku.
W kilku sms-ach umówiliśmy się na parkingu i- po burzliwych powitaniach- ruszyliśmy zielonym szlakiem w stronę szczytu mierzącego niebagatelne 551m n.p.m. Zgodnie z zapowiedziami idziemy lasem- droga szeroka i lekko pnąca sie pod górę. Po ok. 15 minutach wychodzimy na polanę z wiatami, rowerowymi stojakami i ławkami w różnych rozmiarach, jedna jest XXL
Tak, wiem, wielu jest zdegustowanych takimi konstrukcjami. Ja też uważam, że co za dużo to niezdrowo, ale skoro już tu jest, to się na nią wdrapałam

Jeszcze kilka kroków, i dotarliśmy do celu naszej eskapady
Na moim zdjęciu słabo widać, na czym polega wyjątkowość tej wieży, wiec poniżej zdjęcie z internetu

Otóż na górę wchodzimy klasycznie- po krętych schodach, ale w dół można już na 2 sposoby- albo zejść ta samą drogą, albo zjechać rynną

Ja oczywiście skorzystałam z tej drugiej opcji




zdjęcie z wycieczkoteka.pl
Ale Łysula to była tylko rozgrzewka przed naszym prawdziwym beskidzkoniskim celem: Kamień nad Jaśliskami, który mieliśmy w planie
zdobyć kolejnego dnia. Podjechaliśmy pod cmentarz w Lipowcu i zrobiliśmy wielkie oczy: godzina 9-ta, środek tygodnia, a tu stoi 11 aut. Za chwilę podjechało kolejne- i tu zagadka się wyjaśniła: to miejscowi przyjechali na grzyby

potem już las. I grzyby


Wędrujemy sobie spokojnie tym bukowo-jodłowym lasem pomiędzy omszonymi kamieniami i powalonymi drzewami i docieramy do granicy rezerwatu, gdzie dołącza również zielony szlak. Na mojej starej papierowej mapie go nie ma, na mapie.cz już i owszem jest. Trzeba będzie go przedreptać


foto - Blady
Robimy sobie dłuższe posiedzenie - należy nam się

Pora ruszać z powrotem: ledwo widoczną ścieżką dotarliśmy najpierw do krzyża upamiętniającego wędrówki Karola Wojtyły po Beskidzie Niskim i jego wejście na ten szczyt, a potem trochę na skróty doszliśmy do szlaku. Tym razem trzymamy się zielonych znaczków. Droga jest szeroka i zagrzybiona

Skończył się las, wyszliśmy na łąki, widzimy w dole chatę. Szlak ewidentnie tam prowadzi. Fajnie się tak idzie tymi polami, tylko czy my nie wejdziemy komuś na podwórko? Już kilka razy tak mi się zdarzyło... Tymczasem widzę, że z domu wybiega pies, chyba duży, i podąża w naszą stronę. Za psem rusza gość, coś do nas macha i woła, ale nic nie rozumiemy. Rawka stanęła i nie bardzo kwapi się, żeby iść dalej. Coś mi tu nie gra. Głośno się zastanawiam, jak tu ewentualnie obejść to gospodarstwo, ale rzeczka- w tym miejscu akurat dość szeroka Bielcza- mocno by to utrudniła. Ów duży pies staje się coraz większy- już widzę, że to berneński pies pasterski- i swego opiekuna ma kompletnie w nosie. Wpatrzony jest w Rawkę- zeżre mi ją jednym kłapnieciem! Blady oznajmia, że ma scyzoryk- będzie jej bronił. W końcu docierają do mnie okrzyki: proszę się nie bać, Berni chce się pobawić


a potem nastapiło szaleństwo. Okazało się, że szlak faktycznie prowadzi przez prywatną posesję (Gutkowa Koliba), i to na życzenie gospodarza- on sam kilka lat temu wyznakował tę trasę, a przed domem jest znak i tablica informacyjna
My gawędziliśmy a psy ganiały. W końcu mi się przypomniało, że przecież Jaśliska czekają

Zaparkowaliśmy na rynku- panowie poszli na spacer, a ja do piekarni.
I o to chodziło
