
Poranek -jako rozgrzewkę zaplanowaliśmy wejście na Trohaniec. Te 939 m n.p.m. w paśmie Otrytu-kompletnie dla nas obcego- obiecuje wycieczkę lekką, łatwą i przyjemną, z pewną dozą zagadki: będzie miś czy nie będzie? Ponoć jakiś tam mieszka, ponoć nawet są małe misiątka, ponoć … Trzeba zatem go poszukać

Ruszyliśmy bladym świtem po drugiej kawie ok.9-tej zielonym szlakiem. Początkowo betonowe płyty i interesujące pojazdy zaopatrzone w łańcuchy, ewidentnie przygotowane już do zimy
Pogoda żyleta, widoki z gatunku cudmiód, cisza i spokój, Trohaniec „na widelcu”
Pora wejść w las, zejść z betonu w łaskawe błoto, zagłębić się w szelest liści i poszukać misia

W spokoju wdrapaliśmy się na grzbiet Otrytu. Plan zakładał bezszlakowe przedzieranie się na Trohaniec, a tu szok, wyznakowany szlak i to podwójnie
No to i podreptaliśmy w kierunku szczytu bardzo przyjemną ścieżką. Na szczycie stoi ładny drewniany krzyż, na którym jest umieszczona plakietka
Dopiero po powrocie do domu doszukałam się informacji, że jest to 100-letni krzyż, który ostał się po renowacji cmentarza w Skwirtnem w Beskidzie Niskim. Krzyż ten odnowił Ryszard Majka, przewodnik beskidzki z Krosna (który zmarł w ub.roku). Zresztą nie tylko ten, generalnie był człowiekiem dbającym o miejsca pamięci narodowej i krośnieński oddział PTTK nie zapomniał o nim: organizowane są rajdy jego imienia z cmentarzami wojennymi w roli głównej, stąd ten znaczek.
Wkrótce na krzyżu ma się pojawić jeszcze tabliczka z inskrypcją pochodzącą z jednego z cmentarzy wojennych :
"Nie płaczcie, że leżymy tak z dala od ludzi,
A burze już nam nieraz we znaki się dały,
Wszak słońce co dzień rano tu nas wcześniej budzi,
I wcześniej okrywa purpurą swej chwały”.
Poległym żołnierzom węgierskim na polu chwały - zima 1914 – 1915"
Tymczasem nie posiadając powyższej wiedzy rozsiedliśmy się na zwalonych pniach i uskuteczniliśmy piknik . Ciepełko, bezwietrznie, chwilowo umilkły nawet piły... rozleniwilismy się



Kolejna wycieczka to kolejna nowość-tym razem kawałek Żukowa i krainy Lipeckiej. Samochód zostawiliśmy w Czarnej koło koguciego zajazdu, a do Żłobka podjechaliśmy wiekowym autobusem. Zawsze mnie intryguje, czemu w starych pojazdach tak śmierdzi paliwo... przez te kilka minut miałam wrażenie, ze rura wydechowa to chyba gdzieś koło mnie jest umiejscowiona

a na skraju lasu krzyż drewniany, bardzo ładny, taki „tańczący” ale niestety, nie znalazłam informacji na temat owego Zygi
Od tego miejsca zaczął się błocing i śliski liścing

drogi

Ponadto grzbietem tym przebiega dział wodny: zachodnie stoki to zlewisko Bałtyku, a reszta -Morza Czarnego. Miło jest znaleźć się w ważnym geograficznie miejscu

Kilka minut i już tabliczka, ze to tu. Gdyby nie ta i nformacja, trudno byłoby zauważyć kulminację, bo miałam wrażenie że idziemy po płaskim


Z braku stoliczka z parasolem zasiedliśmy na drodze pomiędzy krzakiem jarzębiny a brzózką i z wielkim apetytem spożyliśmy swe plecakowe wiktuały. Tym razem nie wylegiwaliśmy się w promieniach słońca z braku takowych i żwawo ruszyliśmy dalej. Tzn. najpierw cofnęliśmy się do zielonego szlaku, a potem poszliśmy w stronę Besidy vel Biesiady ( co mapa to inna wersja). Sama zainteresowana przedstawia się następująco
Kilka kroków dalej jest następna zagadka: wg mapyturystycznej i mapycz szczyt nazywa się Podryna, compas w tym miejscu umiejscawia Biesiadę, a w terenie nie ma nic. Tzn. jest otabliczkowany słupek
a o Podrynie cisza

Zatem wędrując już żółto znakowaną ścieżką, a potem na szagę, w towarzystwie grzybów różnorakich
topiąc się w bagienkach, ciesząc się ze spotykanych (letnich ponoć) łubinów
polami, łąkami, pastwiskami, dotarliśmy do Lipia. Wpadłam w dziki zachwyt i oznajmiłam, że za rok to tu. Nie wiem, jak to wyjdzie w tym 2023, bo Krutul przypomniał mi o 115 innych planach, i że urlopu mam tylko 26 dni, ale ja z gatunku optymistów, więc nie składam broni

Trochę słabo tu z dojazdem autem, więc nie zatankowaliśmy u źródeł


Rankiem zrobiliśmy przeskok: Krutula zostawiłam w Berehach Grn. Niech sobie wędruje połoniną, a sama z Rawką pognałam na mój ulubiony bieszczadzki parking w Nasicznym. Początkowo miałyśmy wejść na Dwernik Kamień, ale jak zobaczyłam, ile samochodów tam stoi, to zrezygnowałam. Zatem luz blues-uskutecznimy sobie wędrówkę stokóweczką
Przy drodze stoi kilka tablic informujących o walorach tutejszych lasów, ale nie czułam aż takiej potrzeby zapoznawania się z nimi, by włazić po pas w pokrzywy szukając przy tym okularów w plecaku

Gdy na parkingu rzucałam okiem na mapę, wymyśliłam sobie zejście do Dwernika i przekroczenie potoku w okolicy dawnego parku konnego, bo tam zobaczyłam drogę. I owszem, droga jest, ale przekraczanie potoku to brodem

Oniemiałam, a po krótkim namyśle zdjęłam buty i uznając ten spacerek za zabieg krioterapii, prześlizgnęłam się na drugą stronę



Ponieważ z mężem mym byłam umówiona w Ustrzykach G, to jeszcze zahaczyłam o Procisne, bo jakby rzeki było mi mało, a tam fajnie sobie potok Wołosaty wpada do Sanu

Od niedawna jest tam wypasiony parking, z wiatkami, ławeczkami, toaletami i -oczywiście-mnogością tablic informacyjnych. Ale do tych nie trzeba przedostawac się z maczetą, ani wyciągać lupy, by odczytac literki, a umieszczone wiadomosci są bardzo interesujące. Np. tablica pt.”Bubo bory" - o bieszczadzkich ptakach z rodziny puszczykowatych. Od razu pomyślałam sobie o Bubie, czy ma coś wspólnego z buboborem

Słowo bardzo mi się podoba, a i idea również -jest to program edukacyjny dla dorosłych, podczas którego to sowy znajdują się w centrum uwagi. I jeszcze wyczytałam, że taki puchacz „bubo bubo” to największa europejska sowa .
Jak już wszystko wyczytałam, to wąską ścieżką zeszłyśmy do samej wody sprawdzić, z której rzeki lepiej smakuje i gdzie są większe chaszcze

Jeszcze zgarnąć Krutula z Zajazdu pod Caryńską, i jedziemy do Krzywego, do naszego ulubionego bieszczadzkiego lokum. Zdążyliśmy otworzyć bramę i zadzwonić do gospodarzy, że już na miejscu, a tu pojawili się z jednej strony Kulczyk, a z drugiej Remi i Cream... Jeszcze sms od Danki, że już niebawem będzie i impreza się rozkręciła. Szybko nadchodzi noc w takim gronie

cdn