TeWuA Numer Dwa na Ostro
: 2021-10-03, 16:54
Nim przejdziemy do meritum tej wspaniałej, okraszonej zajebistymi widokami relacji, do treści trzymającej w napięciu, do przeżyć mistycznych i uduchowień pozaszlakowych, mały wstęp.
Laynn kupił auto i w sumie zaczniemy od tego, żeby się nim pochwalić.
To nic, że kupił je kilka lat temu. Kupił i już. Jest czerwone i jeździ. Ma jedną wadę.
Tablice ze Sosnowca. Tak poza tym wszystko w nim gra, nawet skręca i hamuje.
Wysiedliśmy i w półmroku ujrzeliśmy jakąś wielką górę, całą w piargach, od razu unieśliśmy się
duchowo jakieś dziesięć centymetrów wyżej. Postanowiliśmy zajrzeć na nią na sam koniec.
Poszliśmy więc doliną, na skróty, aleśmy nie przewidzieli, że każda droga, także i nasza, ma gdzieś swój koniec. Nasza miała przy jakimś domku, więc wkroczyliśmy do rezerwatu i krzakami szliśmy w kierunku Czarnej Dupy. Niestety, dość szybko wyszliśmy na szlak i przygód żadnych nie było. Nie macie co nas podpierdzielać do leśnika, bo tam zrywka drewna trwa w najlepsze, pewnie Dziki sobie drzewo do kominka szykuje na zimę.
Wyszliśmy na jakieś łąki i tam były jakieś padłe, jesienne krokusy. Ja tam zapomniałem, jak te kwiatki się nazywają, ale mniejsza z tym, jak wrzucę na fejsa, że pod Tułem w październiku znalazłem krokusy to i tak wszyscy to łykną, a ja będę celebrytą i może nawet mnie zaproszą do telewizji. Albo raczej Laynna zaproszą, bo mnie zdjęcie wyszło zamazane (bo robię w jpg, a nie w rawach) a On klęczał w krowiej kupie, żeby odpowiednie ujęcie chwycić. Pewnie pojedzie do Warszawy i pozna Zenka albo Sławomira. Oby tylko nie tego Sławomira, co myślę.
Jesień jeszcze nie nadeszła. Na darmo jednak nie pojechaliśmy. Jak nie ma kolorów to nie ma. W photoshopie podoklejałem kilka kolorowych drzew, żebyście myśleli, że było fajnie.
Jedno drzewo było kolorowe, ale to się nie liczy, bo to były liście z zeszłego roku.
Słońca jeszcze nie było. Mieliśmy też kłopot, bo wejście na Tuł było zabarykadowane krowami. Jedna ewidentnie była chyba nie w humorze, wstała lewymi kopytami. Jej wyraz pyska nadawałby się na okładkę zespołu Slayer. Laynn ją zagadywał, a ja wolałem się odwrócić.
Minęliśmy dom ludożerców - pies na szczęście był uwiązany, chociaż dom jest tak solidny, że i pies mógłby go łańcuchem wyburzyć. Ludożercy właśnie zajechali traktorem, w doskonałym humorze i z kratą tyskiego. My tymczasem doszliśmy do drugiego, alternatywnego wejścia na Tuł i zaczęliśmy płotkować. To taki nowy styl chodzenia po górach.
Wyszło słońce, wyszły też jakieś owce.
Na polance pod Tułem robimy odpoczynek. Starzy już jesteśmy i musimy nawet takie małe górki zdobywać na raty. A te większe to sobie możemy tylko z dołu pooglądać.
Mała przerwa, kolega chciał pochwalić się aparatem niszowej marki. Zdjęcie robiłem zoomem, bo z początku myślałem, że to taka sikawka i Wiktor chce mi zrobić psikusa. No ale ponoć to jest prawdziwy aparat.
Dobra, będę się streszczać, bo nawijam i nawijam, a uniesień duchowych nie ma... Wleźliśmy na Tuł. Wiało. Potem schodziliśmy jakąś nową drogą do Lesznej. Od tamtej strony Tuł jest jeszcze lepszy, niż od strony wcześniej mi znanej.
Nasz cel na dzisiaj:
A teraz będzie o grzybie. Grzyb to grzyb, każdy pewnie widział grzyba, nie?
Otóż mylicie się, drodzy czytelnicy, nie każdy. Ci w Sosnowcu to widzą grzyby jedynie na ścianach w pokoju. Na to wygląda w każdym razie, bo nie spodziewałem się aż takiego uniesienia...
Jakby co, grzyb został na swoim miejscu, kto nie widział, niech się pakuje i jedzie zobaczyć, atrakcja regionu!
My tymczasem złazimy dalej tymi polanami...
Mijamy stado owiec, z trzema psami (jeden chyba miał na mnie chrapkę, ale Ukrainiec ze złotymi jedynkami uratował mi życie) i znajdujemy jakąś ścieżkę, która sprowadza nas do Lesznej.
Teraz mamy za zadanie wbić się tak mniej więcej tam - na Wróżną. Bez szlaku. Bo się nam nie chce cofać. Zresztą trzeba by przejść koło kościoła, a to ponad nasze siły.
Jest droga, idziemy. Po kwadransie dochodzimy do domostw, wylatują dwa burki. Jeden szczekał, drugi się tylko pokazał, wydupiliśmy w podskokach i postanowiliśmy przejść polami. Z początku szło nieźle, ale jak na nas ruszyło galopem stado koni....
Był już pomysł powrotu do Lesznej, ale zaryzykowaliśmy i płotkowaliśmy dalej.
Mała Czantoria. Naprawdę kawał góry.
Jesień, ale wczesna...
Pola się kończą, wbijamy w las. Chaszcze... Po kilku minutach znajduje się jakaś droga, idziemy więc...
Sielanka się kończy. Stajemy u stóp Ostrego. Całe 709m. Paprocie, pokrzywy, nachylenie przepaskudne. walczymy z całych sił. Gancarz to pryszcz. Do tego atakują nas strzyżaki. Pod koniec jakoś się wypłaszcza...
I w ten sposob docieramy do granicy i na najwyższy dziś punkt.
Tu jesieni też jeszcze nie ma... tej złotej.
Zejście z Ostrego jest jeszcze gorsze od wejścia. Naprawdę. Tutaj przeżyliśmy nawrócenie, a Laynn używał czekana, którego jeszcze nie kupił. Widać, że tymi ścieżkami chadzają jedynie koneserzy albo popaprańcy, jak my. Nikt normalny by tam nie poszedł.
Szedłem z przodu, ale się bałem, że jak on jebnie, to się pokula w dół i mnie trafi.
Dobra, nie jebnął, bo wcześniej doznał uduchowienia. Widać warto inwestować w życie duchowe. Tutaj jesień też dopiero się zaczynała.
Doszliśmy do drogi, zaczęli się pojawiać turyści (wcześniej turystów zero). Był plan iść do pomnika partyzantów, ale po pierwsze to pod górę, a po drugie, bez przesady, tak dużo łazić...
Klasyczne widoki na Tuł...
Na Trzyniec
Jakieś drzewa pomalowane w photoshopie (ale w rawach to by lepiej wyszło... ) - w dodatku nieostre, ale sorry, nie moja wina, że wiał wiatr i liście się ruszały. Najwyżej tego jednego zdjęcia nie nominujcie do konkursu na fotę miesiąca... jakoś to przeżyję...
Tu jest chyba Jastrzębie i w oddali Rybnik, ale głowy nie dam.
Jak to Laynn powiedział..... Toskania Polski.
ładnie tam było, ale motory, samochody, rowery.... za dużo tego...
Nasza wycieczka się kończyła. Znów byliśmy na trawersie Ludożerców... Znów mieliśmy obawy przejść obok... W dodatku dostrzegliśmy w dole ich garaż, gdzie pewnie przetrzymują zwłoki? Skąd takie podejrzenie? A coś strasznie jeba** z tamtego kierunku... w zasadzie z wszystkich, ale stamtąd najbardziej.
I tym razem byli na zewnątrz, pies skowył na łańcuchu i rwał się tak, że dachówki spadały... ale znów się nam udało w całości przejść...
Na koniec zrobiliśmy jeszcze małe włamanie... ale warto było, chociaż musieliśmy się poświęcić i przejść wezbraną rzekę.
A ponieważ największe uniesienia duchowe przeżywa się w Tatrach, odnaleźliśmy Krzesanicę i zapełniliśmy swoje dusze stojąc u jej stóp. To tutaj postanowiliśmy, że w przyszłym roku odwiedzimy to miejsce 44 razy i pobijemy nasz rekord z tego roku.
To tyle, pozostało tylko podejść do auta i zakończyć 16-kilometrowe kółeczko...
PS. Podczas wyprawy uczestnicy tej wycieczki byli zrównoważeni psychicznie, pili wodę mineralną i nie niszczyli przyrody.
Laynn kupił auto i w sumie zaczniemy od tego, żeby się nim pochwalić.
To nic, że kupił je kilka lat temu. Kupił i już. Jest czerwone i jeździ. Ma jedną wadę.
Tablice ze Sosnowca. Tak poza tym wszystko w nim gra, nawet skręca i hamuje.
Wysiedliśmy i w półmroku ujrzeliśmy jakąś wielką górę, całą w piargach, od razu unieśliśmy się
duchowo jakieś dziesięć centymetrów wyżej. Postanowiliśmy zajrzeć na nią na sam koniec.
Poszliśmy więc doliną, na skróty, aleśmy nie przewidzieli, że każda droga, także i nasza, ma gdzieś swój koniec. Nasza miała przy jakimś domku, więc wkroczyliśmy do rezerwatu i krzakami szliśmy w kierunku Czarnej Dupy. Niestety, dość szybko wyszliśmy na szlak i przygód żadnych nie było. Nie macie co nas podpierdzielać do leśnika, bo tam zrywka drewna trwa w najlepsze, pewnie Dziki sobie drzewo do kominka szykuje na zimę.
Wyszliśmy na jakieś łąki i tam były jakieś padłe, jesienne krokusy. Ja tam zapomniałem, jak te kwiatki się nazywają, ale mniejsza z tym, jak wrzucę na fejsa, że pod Tułem w październiku znalazłem krokusy to i tak wszyscy to łykną, a ja będę celebrytą i może nawet mnie zaproszą do telewizji. Albo raczej Laynna zaproszą, bo mnie zdjęcie wyszło zamazane (bo robię w jpg, a nie w rawach) a On klęczał w krowiej kupie, żeby odpowiednie ujęcie chwycić. Pewnie pojedzie do Warszawy i pozna Zenka albo Sławomira. Oby tylko nie tego Sławomira, co myślę.
Jesień jeszcze nie nadeszła. Na darmo jednak nie pojechaliśmy. Jak nie ma kolorów to nie ma. W photoshopie podoklejałem kilka kolorowych drzew, żebyście myśleli, że było fajnie.
Jedno drzewo było kolorowe, ale to się nie liczy, bo to były liście z zeszłego roku.
Słońca jeszcze nie było. Mieliśmy też kłopot, bo wejście na Tuł było zabarykadowane krowami. Jedna ewidentnie była chyba nie w humorze, wstała lewymi kopytami. Jej wyraz pyska nadawałby się na okładkę zespołu Slayer. Laynn ją zagadywał, a ja wolałem się odwrócić.
Minęliśmy dom ludożerców - pies na szczęście był uwiązany, chociaż dom jest tak solidny, że i pies mógłby go łańcuchem wyburzyć. Ludożercy właśnie zajechali traktorem, w doskonałym humorze i z kratą tyskiego. My tymczasem doszliśmy do drugiego, alternatywnego wejścia na Tuł i zaczęliśmy płotkować. To taki nowy styl chodzenia po górach.
Wyszło słońce, wyszły też jakieś owce.
Na polance pod Tułem robimy odpoczynek. Starzy już jesteśmy i musimy nawet takie małe górki zdobywać na raty. A te większe to sobie możemy tylko z dołu pooglądać.
Mała przerwa, kolega chciał pochwalić się aparatem niszowej marki. Zdjęcie robiłem zoomem, bo z początku myślałem, że to taka sikawka i Wiktor chce mi zrobić psikusa. No ale ponoć to jest prawdziwy aparat.
Dobra, będę się streszczać, bo nawijam i nawijam, a uniesień duchowych nie ma... Wleźliśmy na Tuł. Wiało. Potem schodziliśmy jakąś nową drogą do Lesznej. Od tamtej strony Tuł jest jeszcze lepszy, niż od strony wcześniej mi znanej.
Nasz cel na dzisiaj:
A teraz będzie o grzybie. Grzyb to grzyb, każdy pewnie widział grzyba, nie?
Otóż mylicie się, drodzy czytelnicy, nie każdy. Ci w Sosnowcu to widzą grzyby jedynie na ścianach w pokoju. Na to wygląda w każdym razie, bo nie spodziewałem się aż takiego uniesienia...
Jakby co, grzyb został na swoim miejscu, kto nie widział, niech się pakuje i jedzie zobaczyć, atrakcja regionu!
My tymczasem złazimy dalej tymi polanami...
Mijamy stado owiec, z trzema psami (jeden chyba miał na mnie chrapkę, ale Ukrainiec ze złotymi jedynkami uratował mi życie) i znajdujemy jakąś ścieżkę, która sprowadza nas do Lesznej.
Teraz mamy za zadanie wbić się tak mniej więcej tam - na Wróżną. Bez szlaku. Bo się nam nie chce cofać. Zresztą trzeba by przejść koło kościoła, a to ponad nasze siły.
Jest droga, idziemy. Po kwadransie dochodzimy do domostw, wylatują dwa burki. Jeden szczekał, drugi się tylko pokazał, wydupiliśmy w podskokach i postanowiliśmy przejść polami. Z początku szło nieźle, ale jak na nas ruszyło galopem stado koni....
Był już pomysł powrotu do Lesznej, ale zaryzykowaliśmy i płotkowaliśmy dalej.
Mała Czantoria. Naprawdę kawał góry.
Jesień, ale wczesna...
Pola się kończą, wbijamy w las. Chaszcze... Po kilku minutach znajduje się jakaś droga, idziemy więc...
Sielanka się kończy. Stajemy u stóp Ostrego. Całe 709m. Paprocie, pokrzywy, nachylenie przepaskudne. walczymy z całych sił. Gancarz to pryszcz. Do tego atakują nas strzyżaki. Pod koniec jakoś się wypłaszcza...
I w ten sposob docieramy do granicy i na najwyższy dziś punkt.
Tu jesieni też jeszcze nie ma... tej złotej.
Zejście z Ostrego jest jeszcze gorsze od wejścia. Naprawdę. Tutaj przeżyliśmy nawrócenie, a Laynn używał czekana, którego jeszcze nie kupił. Widać, że tymi ścieżkami chadzają jedynie koneserzy albo popaprańcy, jak my. Nikt normalny by tam nie poszedł.
Szedłem z przodu, ale się bałem, że jak on jebnie, to się pokula w dół i mnie trafi.
Dobra, nie jebnął, bo wcześniej doznał uduchowienia. Widać warto inwestować w życie duchowe. Tutaj jesień też dopiero się zaczynała.
Doszliśmy do drogi, zaczęli się pojawiać turyści (wcześniej turystów zero). Był plan iść do pomnika partyzantów, ale po pierwsze to pod górę, a po drugie, bez przesady, tak dużo łazić...
Klasyczne widoki na Tuł...
Na Trzyniec
Jakieś drzewa pomalowane w photoshopie (ale w rawach to by lepiej wyszło... ) - w dodatku nieostre, ale sorry, nie moja wina, że wiał wiatr i liście się ruszały. Najwyżej tego jednego zdjęcia nie nominujcie do konkursu na fotę miesiąca... jakoś to przeżyję...
Tu jest chyba Jastrzębie i w oddali Rybnik, ale głowy nie dam.
Jak to Laynn powiedział..... Toskania Polski.
ładnie tam było, ale motory, samochody, rowery.... za dużo tego...
Nasza wycieczka się kończyła. Znów byliśmy na trawersie Ludożerców... Znów mieliśmy obawy przejść obok... W dodatku dostrzegliśmy w dole ich garaż, gdzie pewnie przetrzymują zwłoki? Skąd takie podejrzenie? A coś strasznie jeba** z tamtego kierunku... w zasadzie z wszystkich, ale stamtąd najbardziej.
I tym razem byli na zewnątrz, pies skowył na łańcuchu i rwał się tak, że dachówki spadały... ale znów się nam udało w całości przejść...
Na koniec zrobiliśmy jeszcze małe włamanie... ale warto było, chociaż musieliśmy się poświęcić i przejść wezbraną rzekę.
A ponieważ największe uniesienia duchowe przeżywa się w Tatrach, odnaleźliśmy Krzesanicę i zapełniliśmy swoje dusze stojąc u jej stóp. To tutaj postanowiliśmy, że w przyszłym roku odwiedzimy to miejsce 44 razy i pobijemy nasz rekord z tego roku.
To tyle, pozostało tylko podejść do auta i zakończyć 16-kilometrowe kółeczko...
PS. Podczas wyprawy uczestnicy tej wycieczki byli zrównoważeni psychicznie, pili wodę mineralną i nie niszczyli przyrody.