Forum FAQ Szukaj Użytkownicy Rejestracja Statystyki Profil Zaloguj Albumy Kontakt

Poprzedni temat «» Następny temat

Małe Karpaty: góry (prawie) bez widoków.

Autor Wiadomość
Pudelek


Dołączył: 08 Lip 2013
Posty: 8363
Skąd: Oberschlesien
Wysłany: 2024-05-28, 20:02   Małe Karpaty: góry (prawie) bez widoków.

Podczas tegorocznej majówki postanowiłem zaatakować jedno z peryferyjnych pasm karpackich, a mianowicie Małe Karpaty (Malé Karpaty, Kis-Kárpátok, Kleine Karpaten). Są one położone w południowo-wschodniej Słowacji i ciągną się wąskim pasem przez ponad sto kilometrów: od Dunaju w Bratysławie aż do okolic ponad uzdrowiskiem Piešťany. Słowacy do pasma zaliczają także Wzgórza Heinburskie (Heinburger Berge) leżące na austriackim brzegu Dunaju, co jednak nie zmienia faktu, że jest to kraniec Centralnych Karpat Zachodnich.
Pisząc "zaatakować" należałoby raczej ubrać to słowo w cudzysłów, gdyż Małe Karpaty są niewysokie: najwyższy szczyt Záruby ma ledwo 768 metrów. Dominują góry o wysokości trzystu - czterystu metrów. Dzięki temu można łatwo zaplanować wędrówkę bez dużych przewyższeń, co w przypadku kilkudniowego wyjazdu z ciężkim plecakiem ma ogromne znaczenie. Inną cechą pasma jest duże zalesienie: tutaj nadal rosną lasy, masakr oraz wycinek znanych z Beskidów i Sudetów oraz rozjeżdżonych ciężkim sprzętem szlaków raczej nie spotkamy. Może dlatego, że większość drzew jest liściasta, a może tutejsze władze trochę inaczej podchodzą do "nowoczesnej gospodarki leśnej"? Są także minusy tej sytuacji: z powodu niskości oraz lesistości trafimy na mniej punktów widokowych, ciężej odwiedzić polany z rozległymi panoramami. Oczywiście takie miejsca też się tu znajdą, ale zazwyczaj najlepiej będzie widać nie ze szczytów, lecz z wież widokowych, skał lub ruin licznych zamków. Kilka dni przed wyjazdem Bastek zadał podstępne pytanie:
- To w ogóle będą tam jakieś widoki, czy tylko sam las?
- Eeee... coś chyba będzie.
Ale gwarancji nie dałem ;) . Zresztą nie po to się jeździ w góry, aby podziwiać widoki, prawda ;) .


Aby zacząć Małe Karpaty od słowackiej stolicy musimy przejechać pociągiem dwieście kilometrów więcej niż rok i dwa lata temu. Wstajemy raniutko, po czwartej. Autem suniemy do Bohumina omijając kolejne mijanki. Międzynarodowy pociąg przyjeżdża punktualnie, ale potem na Słowacji łapie opóźnienie, bo układający plan nie zauważyli, że po drodze trwają roboty. W Żylinie tradycyjnie jest totalny bajzel: tłumy pasażerów stoją przed elektronicznymi tablicami, ponieważ słowackich kolejarzy przerasta podanie peronu i opóźnienia szybciej, niż dziesięć minut przed planowanym odjazdem. Dodatkowo właśnie jest środek przebudowy węzła, więc właściwie wszystkie cugi są spóźnione. To tutaj norma. Wreszcie pojawia się nasz ekspres na południe. Oczywiście też po czasie, w międzyczasie wpadają kolejne minuty, zatem do celu docieramy dopiero o trzynastej, później niż zakładałem.


Bratysława (Bratislava, Pozsony, Pressburg) była moją pierwszą stolicą, którą odwiedziłem samodzielnie, zawsze będę miał do niej sentyment. Bastek tu debiutuje, dlatego postanawiam zrobić mu bardzo szybką przebieżkę po centrum. W upale i z ciężkimi plecakami - tak, to będzie coś!

Dworzec główny nie robi wielkiego wrażenia: dobudówka z końca komunizmu zasłania pierwotną, habsburską konstrukcję.


Najbliższa okolica również pozostawia wiele do życzenia: opuszczone domy z dziurawymi dachami kontrastują z wieżowcami w tle. Położona poniżej jezdni pętla tramwajowa śmierdzi moczem, a dodatkowo mamy problem ze znalezieniem właściwego przystanku, bo nic nie jest oznaczone. W końcu, przy pomocy miejscowych, udaje nam się wskoczyć do tramwaju i ruszyć w kierunku starówki.


Wysiadamy najbliżej jak się da jądra miasta. Po paru krokach jesteśmy na placu Primaciálne námestie (kiedyś Prímás tér i Batthyányplatz). Otaczają go same ważne budynki: na prawo magistrat, przed nami ratusz, po lewej Pałac Prymasowski. Jak sama nazwa wskazuje rezydował w nim prymas, głowa kościoła Węgier; zagrożony przez Turków musiał się udać do Pozsony.


Przemykamy przez dziedziniec starego ratusza wypełniony gotyckimi arkadami. Dziś pełni funkcje muzeum.


Bratysławki rynek (Hlavné námestie, Fő tér, Hauptplatz) jest kompaktowy, ale może i dzięki temu zawsze mi się podobał. Otaczają go kilkupiętrowe kamienice, w których mieści się kilka ambasad.


W mieście znajdziemy wiele współczesnych pomników postawionych nie z powodów martyrologicznych, ale ku uciesze przechodniów. Na rynku stoi "Napoleon". Przynajmniej tak wygląda, a w dodatku za plecami ma francuską ambasadę, więc wszystko się zgadza :) .


Schöner Náci (Piękny Ignác) - znana postać międzywojennej i powojennej Bratysławy. Więcej o nim można znaleźć w wikipedii.


Čumil - najsłynniejsza postać Bratysławy. Jest wiele teorii kogo przedstawia i co oznacza, ale autor rzeźby wyraźnie stwierdził, iż... nikogo i nic! To był po prostu pomysł na ożywienie starówki bez żadnych podtekstów. Čumil od razu stał się symbolem, znajdziemy go na większości pocztówek.


Słowacki Teatr Narodowy (Slovenské národné divadlo) w pięknym budynku przypominającym wiedeńskie, mieszczącym pierwotnie teatr miejski.


Nie zwalniamy tempa i wkrótce jesteśmy już nad Dunajem.
- O, taki sam wylądował na Śnieżce - skomentował Bastek most nad rzeką z charakterystyczną restauracją w kształcie spodka kosmicznego.


Znaleźliśmy się na dawnym Podzamczu (Podhradie, Pozsony-Várallya, Schlossgrund), dzielnicy rozciągającej się pomiędzy zamkiem, Dunajem i starówką. W XIX wieku mieszkali tu głównie Żydzi (oraz prostytutki) i stała główna synagoga. Większość zabudowy wyburzono w latach 70. ubiegłego stulecia, aby zrobić miejsce pod Nowy Most oraz przelotówkę. Było to jeden z licznych gwałtów na architekturze dokonywanych przez komunistyczne władze w imię postępu i nowoczesności.


Dunaj w swojej okazałości. Z tyłu Petržalka (Pozsonyligetfalu, Engerau), sypialnia Bratysławy i jej największe blokowisko (a swojego czasu największe blokowisko całej CSRS). Środkiem rzeki płynie statek wycieczkowy, pełno ich tutaj na odcinku od Wiednia do Budapesztu.



Bratysława jest jedyną stolicą na świecie, która graniczy z dwoma innymi krajami. Do Austrii jest rzut beretem - z punktu, w którym stoję, około trzech kilometrów. Wiatraki widoczne na zdjęciu to już Austria.
Do Węgier mamy dalej, bo dwanaście kilometrów, ale również można je dojrzeć z różnych miejsc w Bratysławie.


Wdrapujemy się na wzgórze zamkowe. Uwierzcie mi: z plecakami i w upale nie było lekko. Inni turyści patrzą się na nas jak na idiotów. Ale w końcu zamek to jeden z najważniejszych symboli miasta, więc nie wypadało go odpuścić. Dzisiejszy wygląd to efekt odbudowy w czasach komuny: zrekonstruowano wówczas sporą część bryły spalonej jeszcze przez żołnierzy napoleońskich...


Wśród kręcących się tu ludzi dominują Węgrzy, jest też trochę Rumunów (a na Starym Mieście sporo Polaków). Madziarzy przyjeżdżają na swoje Kresy: Pozsony przez sto pięćdziesiąt lat było stolicą Węgier, kiedy to w Budzie i Peszcie rządzili Turcy. W tutejszej katedrze koronowano jedenastu węgierskich monarchów i monarchiń. Patrząc na demografię miasto nigdy nie powinno znaleźć się w Czechosłowacji: najliczniejszą grupą byli Niemcy, zaraz potem Węgrzy, a Słowianie stanowili jedynie kilkanaście procent. Życie narodowe i kulturalne Słowaków toczyło się gdzie indziej, głównie w miejscowościach środkowej części obecnej Słowacji. Wielokulturowa społeczność Pozsony/Pressburga po Wojnie Światowej próbowała proklamować wolne miasto, ale do akcji wkroczyli Czesi i mocarstwa zachodnie. Etniczność, historia i powiązania gospodarcze nie miały znaczenia. To trochę tak jakby w tym samym czasie Kraków dołączyć do Czechosłowacji. Po zmianie nazwy na Bratysławę zaczęła się konsekwentna słowakizacja.
Sami Słowacy mają problem ze swoją historią, bo tak naprawdę przez wiele wieków jej nie było. Stawiają zatem różne pomniki mające udowadniać swoje prawa do grodu nad Dunajem, jak na przykład pomnik Świętopełka (Svätopluka), władcy Wielkich Moraw. Nie był on Słowakiem, a jego państwo Słowacją, ale najważniejsze, że nie był Madziarem :D .


Ikoniczny obraz z zamkowego wzgórza: starówka z katedrą św. Marcina, w których koronowano węgierskich królów. Kiedyś tuż przy niej stała główna synagoga, dziś pomykają samochody.


Tam, gdzie wieża telewizyjna, musimy wkrótce dotrzeć. Oczywiście nie całą trasę pieszo, skorzystamy z autobusu.


Po krótkim błądzeniu (nie umieliśmy znaleźć wyjścia z terenu zamkowego) schodzimy do drogi i murów miejskich, gdzie znajduje się przystanek autobusowy. W ten sposób błyskawiczne (nieco ponad godzina) zwiedzanie Bratysławy uznajemy za skończone.


Autobusy oczywiście są spóźnione - dwa, bo musimy skorzystać z przesiadki. Stoimy w słońcu i pot leje się strumieniami. W końcu udaje się ruszyć dalej i komunikacja miejska wywozi nas na wzgórza pod... szpital onkologiczny. Na szczęście nie będziemy z niego korzystać, ale w jego pobliżu biegnie szlak turystyczny.


Zanim jednak zaczniemy wędrówkę, zaglądamy do pobliskiej gospody U Josefa. Spelunka, lecz piwo kosztuje i tak dwa euro, czyli więcej niż płaciliśmy rok temu. Inflacja i stolica...
Bastek skoczył do pobliskiego marketu po jedzenie i wrócił... z dwoma austriackimi sikaczami ;) .


Termometr w knajpie pokazuje 23 stopnie, ale to chyba w piwnicy... powietrze jest tak rozgrzane, że przypomina upalne lato. Z upalnych ulic wychodzimy do lasu, gdzie urządzono współczesną drogę krzyżową. Spoglądam do tyłu i wołam:
- Zobacz, to jednak są tu jakieś widoki - bo faktycznie na moment odsłonił się fragment terenu.



Wzdłuż stacji prowadzi niebieski szlak, ale my wkrótce go porzucamy i leśną ścieżką wspinamy się do położonej z boku polany o nazwie Americké námestie. Nie wiem co ma ona wspólnego z Amerykanami, lecz stoi na niej wieża widokowa, na którą trzeba się wspiąć!


Z góry można przyglądamy się centrum Bratysławy. Jest zamek, wyglądający jak odwrócony stołek. Są blokowiska Petržalki. Są mosty na Dunaju i sam Dunaj, rozszerzający się w wielki zbiornik wodny. Są płaskie jak stół tereny na południu, gdzie widać zakłady w węgierskim mieście Mosonmagyaróvár.




W drugą stronę tylko las i wieża telewizyjna.


W początkowej fazie planowania majówki myślałem o noclegu w tym miejscu. Sądziłem, że w Bratysławie spędzimy więcej czasu i przyjdziemy spać właśnie tu. Niestety, ktoś lub coś zniszczyło połowę wiaty, a zresztą byłoby to za blisko.


Z polany ruszmy dalej, tym razem czerwoną Cestą hrdinov SNP, czyli najdłuższym słowackim szlakiem ciągnącym się przez cały kraj. Po chwili zdobywamy Kamzík (Zerge-hegy, Gemsenberg, 439 metrów n.p.m.). Kiedyś pasły się tu zagubione kozy, dzisiaj wznosi się ponad dwustumetrowa wieża, którą widać z prawie każdej dzielnicy Bratysławy.


Na wieżę można wjechać, ale kosztuje to pięć euro, w dodatku w robieniu zdjęć przeszkadzają szyby, więc tylko przechodzimy dołem. Wkrótce ponownie zaczyna się cywilizacja: asfalt, parkingi i coraz więcej turystów. Ta część Małych Karpat jest traktowana jako wielki park miejski. Są kolejki linowe, ścianki wspinaczkowe i tory bobslejowe. Ludzie spacerują, jeżdżą na rolkach, najwięcej jest rowerzystów. Tylko z plecakiem nikt nie chodzi... O, i znowu mamy panoramę, jednak wcale te góry nie są pozbawione widoków ;) .


Wśród kilku mijanych pomników zwraca uwagę ten poświęcony ofiarom wojny austriacko-pruskiej z 1866 roku. Oryginalne napisy są po węgiersku i niemiecku, natomiast ten po słowacku zupełnie tam nie pasuje. Pewnie dodano go po 1919 roku albo i jeszcze później, bowiem w 1866 żadnej Bratislavy jeszcze nie było.


Postanawiamy skorzystać z powrotu cywilizacji i siadamy na ławeczkach przy jednym z dwóch bufetów. Ceny standardowego piwa znowu oscylują w okolicach dwóch euro, ale tym razem zaszalałem i dołożyłem po pięćdziesiąt centów za szklankę ;) . W zamian za to dostaliśmy bardzo smacznego Bernarda, wiosenną wersję sezonową.


Temperatura w cieniu szybko spada... Przyglądamy się kręcącym się ludziom: głównie Słowacy, ale czasem słychać też ciężki dialekt bawarski języka niemieckiego, więc Austriacy. Rodzin z dziećmi powoli ubywa, za to nadal przewalają się dziesiątki rowerzystów. Małe Karpaty wydają się dla nich stworzone, a bufety takie jak te pozwalają uzupełnić płyny.


Korzystamy z publicznej, bezpłatnej toalety, co zajmuje trochę czasu, bo jakiś facet urządził sobie w jedynej zamykanej kabinie... pokaz filmowy ze smartfona. Wypadałoby jednak ruszyć dalej, bo na zegarku już szósta, a przeszliśmy może jedną trzecią dzisiejszej trasy.
Zaczepia mnie pewien dziadek, widząc, że robię zdjęcia "panoram".
- Widoczność dziś słabiutka... Idziecie na nocleg?
- Idziemy. Ale jeszcze daleko, siedem kilometrów.
- Siedem kilometrów to nie jest daleko - zaśmiał się dziadek, a mnie zrobiło się głupio, bo najwyraźniej trafiłem na człowieka, któremu wędrówka nie była straszna. Zazwyczaj, gdy się rzuci taką liczbę, to ludzie robią wielkie oczy.
- Noo, tak, ale mamy plecaki pełne piwa, więc dla nas daleko - próbowałem nieudolnie się tłumaczyć. Dziadek znowu się zaśmiał i pożyczył powodzenia.

Cesta hrdinov odbija z asfaltu. Raz schodzi lekko w dół, raz lekko w górę. Nie ma mocnych podejść ani zejść, więc maszeruje się energicznie. Czasem mijamy jakieś słupki graniczne, ale nie mam pojęcia czego to mogła być granica.



Regularnie trafiamy na nieduże wiaty, wszystkie według tego samego projektu. Przy prawie każdej jest również przygotowane miejsce na zrobienie ogniska: wybetonowane, zabezpieczone. Wszystko to w lesie lub na skraju lasu, wszędzie w takich miejscach można legalnie rozpalać ogień.
Pod jedną z wiat robimy krótki postój z widokiem na Kamzík.



Cienie robią się coraz dłuższe, czuć zbliżający się koniec dnia.


Na trawersie szczytu Bratislavský Drieňovec powinna stać mała wieża widokowa. I rzeczywiście stoi, ale zdecydowanie nie jest to cel godny odwiedzenia. Widać z niej... las i jeden zarośniety kopczyk, w dodatku pod słońce.


Na wieży siedzi rodzina rowerzystów z małym dzieckiem.
- Dokąd idziecie spać? - pyta tata.
Nagle wypadła mi z głowy nazwa. Wymienia więc kilka, ale dopiero za czwartym lub piątym razem trafia.
- Červený kríž? Super miejsce, spałem tam dwa tygodnie temu!
Na zdjęciach rzeczywiście wyglądało kapitalnie, została nam do niego niecała godzina drogi. Na szlakach zrobiło się puściej, to znaczy pieszych nie ma już wcale, ale rowerzyści jeszcze cały czas się zdarzają.

Kilka minut po ósmej, gdy zaczyna robić się szarawo, dochodzimy na nocleg. Dolný Červený kríž to węzeł szlaków rowerowych. Obok asfaltu rozciąga się wielka polana z równie wielką wiatą. Właściwie wiaciskiem! Oprócz sporej części z ławkami są również dwa strychy, a do jednego z nich można wejść przez... drewnianą wieżę!


Oprócz kominka pod dachem miejsc przygotowanych na ognisko jest chyba z pięć. "A więc jednak można zaufać obywatelom w tej kwestii" - powtarzam pod nosem. Do tego plac zabaw. Stół do ping-ponga! Wychodek w lesie - nieco zaniedbany, ale zawsze. Kosze na śmieci - najwyraźniej Słowacy wolą je w workach, niż wśród drzew. Słowem, mamy nocleg idealny. Byłem ciekaw, czy w wieczór przed świętem państwowym spotkamy tłumy, jednak jesteśmy sami. Po pół godzinie przychodzi para młodych Słowaków, na lekko: tylko mały plecak, mały śpiwór i małe zapasy. To jedyni nocujący oprócz nas. Na minutę wpadła też jakaś dwójka z dużym psem, lecz szybko zniknęli w ciemność.

Zbieramy drewno i wkrótce ogień przyjemnie skacze po suchych patykach.


Młodzi Słowacy nie wykazują większej ochoty do integracji. Co prawda trochę rozmawiamy, ale odnoszę wrażenie, że to raczej z grzeczności, choć chyba nie do końca potrafią zrozumieć, dlaczego przyjechaliśmy ze Śląska aż w Małe Karpaty. Proponuję im zeleną, lecz trzęsą ze wstrętem głową. Sami oferują... musztardę do kiełbasy.
Słowacy kładą się spać dość wcześnie, nie było jeszcze nawet jedenastej - wybierają drugi stryszek. My siedzimy co najmniej półtorej godziny dłużej. Las też nie śpi, regularnie słyszymy, jak i widzimy kręcące się wokół polany sarny. Tymczasem na pobliskiej trasie rowerowej ruch nie ustaje do końca. Rzadko, bo rzadko, ale czerń przerywają światełka czołówek i pojedynczy lub grupowi kolarze przemykają z nicości w nicość. Jedyne stałe światło to niewielka lampka przy kapliczce.


Wieczorem zrobiło się chłodno, również noc była o wiele zimniejsza niż upalny dzień. Poranek pierwszego maja wstaje rześki i początkowo zachmurzony, ale z każdą godziną będzie przybywało słońca.
Udaje mi się zdopingować Bastka do pobudki o rozsądnej godzinie, abyśmy mogli pójść do oddalonego o kilkaset metrów źródełka Zbojníčka. Do niedawna posiadało zadaszenie, lecz szlag je trafił, podobnie jak drzwi do jednego ze stryszków przy wiacie. Woda jest lodowata i podobno niepijalna, o czym informuje stosowna tabliczka.


Przy wiacie jeszcze panuje cisza...


...ale pierwsi świętujący Święto Pracy zjawiają się o dziewiątej. I od razu walą z kieliszków ;) . Potem ludzi zaczyna przybywać w szybkim tempie, rodziny z dziećmi mnożą się jak króliki. Wstają "nasi" Słowacy, lecz w ogóle nie zwracają na nas uwagi, nie odezwali się ani słowem. Czyżby nie spodobały im się nocne rozmowy o polityce, historii i dupie Maryny?


Bastek sprawdził niespodziankę i przez cały wczorajszy dzień targał cztery dodatkowe jajka, więc na śniadanie zjedliśmy jajecznicę! Po takich posiłku aż chce się iść!

Korzystamy głównie z dróg rowerowych, bo są krótsze. Ruch jest bardzo duży, nie ma chwili bez jakiegoś użytkownika dwóch pedałów. Połowa na elektrycznych, lecz wcale nie ci najstarsi. Trasa to oczywiście las, w jednym miejscu na przecince objawiła się wieża na Kamzíku.


Nieodłączny element krajobrazu: małe wiatki i rozpalone przy nich ogniska, wokół których radośnie skaczą dzieciaki.


O jedenastej dochodzimy do lokalnego centrum turystycznego: przy węźle szlaków stoi Horská chata Klinec oraz bufet. Tam już jest naprawdę tłoczno, rowerzyści stanowią jakieś dziewięćdziesiąt procent. Udaje mi się kupić piwo zanim utworzy się gigantyczna kolejka, wybieram bardzo smaczną IPĘ z małego browaru. Trzy euro, ale było warto. Siadamy sobie na ławeczce w cieniu. Dziś jest chłodniej niż wczoraj, w dodatku wieje bardzo silny wiatr, więc przydaje się długi rękaw.


Z ciekawością przyglądam się innym biesiadnikom. Jest kobieta z tak sterczącymi pod bluzką sutkami, że potrafiłyby wybić zęby. Jest inna z prześwitującymi majtkami. Jest chłop z jajkami niemal na wierzchu. Tylko plecakowców nie ma. No dobra, zjawiła się para, gdzie chłop miał spory plecak, więc stwierdziliśmy, że to "półtora prawdziwego turysty" ;) .

Biely kríž z XIX wieku z zatartymi niemieckimi napisami.


Piękna leśniczówka, obecnie pensjonat. Zastanawialiśmy się, czy odnowiona, czy wybudowana od nowa, ale według internetu to stara konstrukcja.


Dalsza część wędrówki będzie prowadziła żółtym szlakiem pieszym. Mijamy bokiem Malý Javorník (584 metry) z obserwatorium meteorologicznym (widać je między drzewami).


Jest nawet punkt widokowy! I to chyba jakiś wyjątkowy, skoro postawiono ramkę! :D


Spotkamy wiele kapliczek. Pierwszą z nich ufundowała w 1910 roku rodzina Menschik. Tu napis się zachował.


Szlak początkowo prowadził asfaltem, więc nadal śmigały nim kawalkady rowerzystów. W końcu jednak odbijamy na ziemną, leśną drogę, gdzie - owszem - jacyś rowerzyści też się zdarzali, ale głównie pojedynczy desperaci.


I kolejne kapliczki lub krzyże:
* ceglana z 1942,
* z 1904 (facet miał nazwisko niemieckie, a imię węgierskie),
* niebieski krzyż z 1937,
* Matulov kríž z 1922, upamiętniający tragiczną śmierć młodego chłopaka zabitego drzewem.


Na pniach powiły się dziwne żółte znaczki, nie wiedzieliśmy, co one znaczą. Być może ktoś zostawił nam podpowiedź...


...a może to po prostu szlak konny? Spotkaliśmy trzy panie na swoich rumakach, z których jedna, mijając nas, zawołała tylko:
- Ježiš Mária!


Schodzimy do miasteczka Svätý Jur (Szentgyörgy, Sankt Georgen). Od XIII wieku górował nad nim zamek Biely Kameň (Fehérkő, Weißer Stein). Włażę bez plecaka po stromej ścieżce, aby zobaczyć, co z niego zostało. No cóż, niewiele, trwają prace rekonstrukcyjne, więc w powietrzu unosi się pył. Są resztki murów, fosa, kawałek ściany. I kilka miejsc na ognisko, przy których bawią ludzie.




O, i znowu są widoki! Cudnie.


Zakładem, że pokręcimy się trochę po miejscowości, bo Svätý Jur pełen jest zabytków, jak pozostałe winne miasteczka położone pod Małymi Karpatami. Wychodząc pomiędzy ulice czuję nagle mocny ból z boku pleców! Jakby ktoś mnie rąbnął bejsbolem! Zapewne nerki, kamienie się odzywają. Ciężko mi ustać, a co dopiero zwiedzać. Patrzymy za jakąś knajpą, żeby je szybko przepłukać. A tu... bida z nędzą. Mimo kilku zaznaczonych lokali wszystko jest zamknięte!
Otwarte jest w "renesansowym domu" ze starymi napisami na ścianach, lecz to winiarnia, więc nie dla nas.



Naiwnie liczyłem, że uda się tu zrobić jakież zakupy w święto? W Polsce działałyby sklepy znanej sieci z płazem, w Czechach otwarte byłoby u Wietnamczyków, ale na Słowacji nic. Zresztą nawet nie spotkaliśmy żadnego zamkniętego sklepu!


Ból zelżał, więc zachodzimy na przypadkowo znaleziony cmentarz ewangelicki, zlokalizowany tuż za murami miejskimi. Sto lat temu Svätý Jur był zamieszkały w większości przez Słowaków, ale Niemców i Węgrów także było sporo, do tego ponad setka Żydów. Na cmentarzu dominują groby niemieckie i trochę powojennych słowackich. Stoi tam również odrestaurowany Pomnik Poległych.



Gdzieś jednak usiąść trzeba! Jest lodziarnia, ale bez piwa. Piwo mają w kebabie, lecz tam z kolei nie ma wolnego krzesła ani toalety. Wreszcie trafia się coś, co wygląda na irlandzki pub. Santcus Georgius. W środku elegancko, ale towarzystwo raczej spelunkowate. Chłopy oglądają w telewizorze Asterixa i Obelixa, a potem Szwejka (u Słowaków to chyba ulubiony film na Święto Pracy) i rechoczą jak dzicy. Piwo trochę tańsze niż w Bratysławie, ale w smaku słabe... Najważniejsze, że moczopędne.


To był pierwszy etap w Małych Karpatach. Niby mało górski, ale przyjemny. Teraz przenosimy się kilkanaście kilometrów dalej. Czekamy na autobus. Jedzie z Bratysławy, więc się spóźnia. Pięć minut, dziesięć, piętnaście. Co jest?? Mamy dzień wolny od pracy i mniejszy ruch! Jedna babka nudząc się wyszła na środek drogi i zaczęła machać rękami... Może to normalne? Może, bo przez całą majówkę ani jeden środek transportu nie był punktualny! W końcu autobus się zjawia i możemy wcisnąć się do środka...
_________________
Staliśmy nad przepaścią, ale zrobiliśmy wielki krok naprzód!
 
 
Dobromił 


Dołączył: 09 Lip 2013
Posty: 14446
Wysłany: 2024-05-29, 07:13   

Dobry wieczór.

Bardzo dziękuję za relację z Bratysławy. Mam nieszczęście, że to miasto znam tylko z przejazdów i dwóch krótkich pobytów koncertowych.

Pozostałe elementy miejskie i historyczne również eleganckie.

A w Małych Karpatach byłem. Na bardzo ciekawym wyjeździe - Małe, Białe i kleszcz.

Czekam na cdn.
_________________
Decyzją administracji Dobromił otrzymał nagany :
- za obraźliwą formę wypowiedzi oraz ironizowanie na temat innych użytkowników forum
- za niecytowanie w postach wypowiedzi, do których się odnosi
- za relację przypisaną do niewłaściwego działu
 
 
sprocket73


Dołączył: 14 Lip 2013
Posty: 5610
Wysłany: 2024-05-29, 08:33   

Pudelek napisał/a:
Jest kobieta z tak sterczącymi pod bluzką sutkami, że potrafiłyby wybić zęby. Jest inna z prześwitującymi majtkami.
Niemożliwe... Gdzie zdjęcia ja się pytam?

A z tymi widokami, to nie wiem gdzie byliście...

Pudelek napisał/a:
zazwyczaj najlepiej będzie widać nie ze szczytów


















_________________
SPROCKET
http://gorybezgranic.pl/n...-kim-vt1876.htm
 
 
Pudelek


Dołączył: 08 Lip 2013
Posty: 8363
Skąd: Oberschlesien
Wysłany: 2024-05-29, 16:09   

Zaruby i okolice specjalnie odpuściłem, bo już tam kiedyś byłem.

Cytat:
Niemożliwe... Gdzie zdjęcia ja się pytam?

Bastek nie pozwolił, i tak ponoć zbyt natarczywie się patrzyłem
_________________
Staliśmy nad przepaścią, ale zrobiliśmy wielki krok naprzód!
Ostatnio zmieniony przez Pudelek 2024-05-29, 16:09, w całości zmieniany 1 raz  
 
 
Pudelek


Dołączył: 08 Lip 2013
Posty: 8363
Skąd: Oberschlesien
Wysłany: 2024-05-29, 16:10   

Dobromił napisał/a:
Małe, Białe i kleszcz.

wszystko się zgadza, tylko nie mieliśmy białego
_________________
Staliśmy nad przepaścią, ale zrobiliśmy wielki krok naprzód!
 
 
Sebastian 


Wiek: 51
Dołączył: 09 Lis 2017
Posty: 5915
Skąd: Kraków
Wysłany: 2024-05-30, 12:10   

Bratysława jako miasto nie zachwyca. Początkowy szlak faktycznie mało górski, słuszne spostrzeżenie o tym parku "miejskim" dla stolicy, bo takie też mam skojarzenia, trochę jak Las Wolski w Krakowie. Ja jednak chodzę w góry głównie dla widoków, ale rozumiem motywację, poza tym świeżość nowego pasma zawsze wskazana! IPA za 3 euro to miła odmiana w piciu lagera, zawsze na Słowacji mam żal do miejscowych, że nie dotarła do nich piwna rewolucja. Coś tam się powoli pojawia, ale do różnorodności polskich piw kraftowych to im jeszcze duuuużo brakuje.

Sprocket ma zupełnie inną koncepcję zwiedzania gór niż ty.
_________________
mój blog: http://sebastianslota.blogspot.com/
Profil Facebook
 
 
Pudelek


Dołączył: 08 Lip 2013
Posty: 8363
Skąd: Oberschlesien
Wysłany: 2024-05-30, 12:57   

Sprocket jeździ się lansować z psem, żeby go potem zapraszali do TVP :P
_________________
Staliśmy nad przepaścią, ale zrobiliśmy wielki krok naprzód!
 
 
Pudelek


Dołączył: 08 Lip 2013
Posty: 8363
Skąd: Oberschlesien
Wysłany: 2024-06-07, 15:31   

Modra (Modor, Modern) jest kolejnym zabytkowym miasteczkiem położonym u stóp Małych Karpat. A właściwie miastem, bo mając prawie dziesięć tysięcy mieszkańców (raz tyle, co Svätý Jur, z którego przyjechaliśmy) zalicza się do słowackich miejscowości średniej wielkości.



Nawet jednak i tu nie ma co liczyć na zrobienie zakupów w Święto Pracy. Sklepy pozamykane. Otwarte są za to... kwiaciarnie. Czyżby ludziom czynu wręczano kwiatki? Przy głównej ulicy działa kilka lodziarni, cukiernie, winiarnia i jeden pub wyglądający na drogi, więc odbijamy w boczną alejkę. Reklama na ścianie narożnego budynku sugeruje, że ma tam być knajpa z piwami rzemieślniczymi. Knajpa faktycznie jest, ale pojęcie "rzemieślniczy" najwyraźniej ma na Słowacji inne znacznie, bo niemal wszystkie piwa z menu to masowe standardy! Nie ma jednak co marudzić, skoro zjawia się kelner z pytającym wyrazem twarzy i po chwili stawia przed nami dwa przyjemne kufelki.


Korzystając z chwili wolnego czasu zostawiam Bastka nad szkłem i idę powłóczyć się trochę po najbliższej okolicy. Jedna z wąskich uliczek obok nas zwie się Moyzesova. Początkowo sądziłem, że to od Mojżesza, a więc może dawna dzielnica żydowska? Jednak nie, okazało się, że patronem jest Štefan Moyzes. Z Mojżeszem ma tyle wspólnego, że służył temu samego Bogu, gdyż był katolickim biskupem ;) . A także pierwszym przewodniczącym Maticy Slovenskiej (Macierzy Słowackiej), najstarszej słowackiej organizacji kulturalnej.



Pomnik Ľudovíta Štúra, jednego z największych działaczy narodowych Słowaków i kodyfikatora ichniejszego języka. Štúr zmarł w Modrej w 1856 roku.


Najsłynniejszym produktem miasta, obok wina, jest ceramika. Modranská keramika znana jest od średniowiecza. Początkowo ściśle związana z winiarstwem, z czasem stała się modną i drogą ozdobą w bogatych domach. Czynione są starania, aby wpisać ją na listę niematerialnego dziedzictwa ludzkości UNESCO.


Po wypiciu piwa ponownie idziemy na przystanek. Transport znowu się spóźnia. A jak przyjedzie, to powtarza się ta sama historia co zawsze, bo słowackie autobusy podmiejskie są koszmarem dla osób z wielkim bagażem. Za każdym razem musimy wchodzić przednimi drzwiami, nawet jeśli posiadamy bilet miesięczny, bo trzeba odbić kartę. Wyjątek zrobiono jedynie dla wózków z dziećmi. My z plecakami nie mamy taryfy ulgowej, nie ma opcji, że jeden wchodzi środkiem, a drugi płaci. Przejście pomiędzy fotelami jest bardzo ciasne, nawet bez obciążenia trzeba tam wciągać brzuch. Pchając plecak po podłodze na sto procent zahaczymy o siedziska, niosąc go na plecach usłyszymy krzyki pasażerów lub kierowcy. Nie ma również możliwości wsadzenia plecaka do bagażnika, gdyż autobusy takowych nie posiadają. Zostaje przeciskać się, kląć i blokować ruch. Zresztą i bez plecaków co chwila tworzą się zatory, gdyż pasażerowie albo szukają drobnych w najgłębszych kieszeniach albo nie działa karta. W efekcie, gdy przyjechaliśmy z dwudziestominutowym opóźnieniem ze Svätego Jura, to po długiej chwili autobus nadal stał na przystanku z wieloosobowym ogonkiem usiłującym dostać się do środka. A wszystko to przy regularnych kursach średnio co pół godziny (również w święto!), strach pomyśleć co by się działo, gdyby te połączenia były z częstotliwością polskich PKS-ów!

Ale na razie dość o komunikacji, bo tym razem podjeżdżamy blisko, ledwie kilka kilometrów i nie opuszczając granic administracyjnych Modrej. Celem jest kompleks turystyczny Zochova chata. W okresie międzywojennym powstało tam pierwsze schronisko w Małych Karpatach i w sumie nie wiem, czy otwierano kolejne. Nazwę wzięto od Samuela Zocha, ewangelickiego księdza, a przede wszystkim inicjatora połączenia się z Czechami w jedno państwo. Dziś działa tam wiele obiektów, a także duży parking, który i o godzinie siedemnastej w większości jest zapełniony.


Zaglądamy do pobliskiej drewnianej karczmy, wyglądającej na dość starą, lecz to jedynie stylizacja. Zamawiamy po Zlatym Bażancie, a ja dodatkowo kapustnicę. Bardzo smaczna, sycąca i w ogóle nie kwaśna.


Właściciel karczmy musi być bogatym człowiekiem, który nie chce już za dużo zarabiać. Jak przyszliśmy, to nie wpuścili nas na taras, bo... właśnie go zamykają. Po nas do środka wlazła grupa Czechów z dużymi plecakami i jeszcze zdołała coś kupić, ale chwilę później Węgier z małym synkiem już nie.
- Kończymy o osiemnastej - poinformował po madziarsku kelner. Dodam, że w dni robocze w ogóle nie pracują, choć pewnie ludzi i tak kręci się tu masa.
Zastanowił mnie natomiast węgierski u kelnera. Autochton? W XVIII wieku właściciele tych ziem - rodzina Pálffy - sprowadziła w Małe Karpaty kolonistów z Alp. Zwano ich Huncokári, co było zesłowakizowaną wersją Holzhackera, czyli drwala. Pracowali w lasach, a że byli odizolowani od reszty mieszkańców, stworzyli własną, unikalną kulturę. Najwięcej ich było właśnie tutaj, w dzielnicy, która kiedyś nazywała się Piesok (węg. Homok, niem. Sand) i ponoć potomkowie tego ludu żyją do dzisiaj, lecz była to ludność niemiecka, a nie węgierska.


Po wyproszeniu nas z karczmy (przyniesiono rachunek nie pytając, czy coś jeszcze chcemy) udaliśmy się do pobliskiego bufetu, który... również zamykano po osiemnastej. Nalano nam jeszcze piwa do plastikowego kubka, z którym usiedliśmy nad niewielkim zbiornikiem, obserwując zbliżające się ciemne chmury.


A może nocować tutaj? Zaraz obok jest bezpłatna, otwarta i pachnąca wielka toaleta. Niee, to byłaby przesada. Weszliśmy na czerwony szlak wspinając się lasem i dotarliśmy do górnej stacji wyciągu, gdzie wreszcie ukazała się prawdziwa, górska panorama. Może to nie Taterki ani inne święte góry, lecz poczuliśmy, że rzeczywiście jesteśmy w Karpatach ;) . W dodatku przyjemnie zielonych, aż się człowiek podniósł na duchu.



Kawałek wyżej mijamy obserwatorium astronomiczne podlegające uniwersytetowi w Bratysławie, ponoć najnowocześniejsze na Słowacji.


Potem mamy przed sobą pół godziny podejścia. Z góry schodzi około dziesięciu osób, w naszą stronę idzie tylko migdaląca się parka, która na przemian znika i pojawia się. Strach wchodzić w krzaki... Przed nami jeden z dwóch potencjalnych noclegów, bardziej nam odpowiadający z powodu bliskości i lokalizacji. Ten nocleg to całkiem spora wiata z miejscem na ognisko i dziwną konstrukcją a'la bunkier z tyłu. Druga opcja to polana biwakowa, ale sporo oddalona, więc decyzja może być tylko jedna: zostajemy tutaj!



Z polany za wiatą są kolejne miłe dla oka widoki.


Kilkaset metrów dalej znajduje się Veľká homoľa (709 metrów n.p.m.), dziesiąty po względem wysokości szczyt pasma. Stoi na nim wieża widokowa, lecz końcowe podejście jest naprawdę strome, więc plecaki zostawiliśmy za wiatą.



Wieża jest wysoka na dwadzieścia metrów i mocno wystaje ponad drzewa, są z niej panoramy wszystkich stron świata. Mam pewne obawy, bo wieje jak cholera i konstrukcja cała się rusza, lecz jakoś udaje mi się wdrapać na najwyższą platformę. Było warto!


W środku tego zdjęcia widać Záruby, najwyższy szczyt Małych Karpat, oddalony o około dwadzieścia kilometrów. Natomiast po prawej majaczą Góry Inowieckie (Považský Inovec), położone za doliną Wagu. Przy dobrej przejrzystości można stąd zobaczyć również Alpy.


Południowy wschód pokazuje, jak szybko kończą się góry, a za Modrą zaczyna się płaskawe Pogórze Naddunajskie (Podunajská pahorkatina).



Prawdopodobnie Pezinok (Bazin, Bösing), największe z małokarpackich miast winnych.


Bajka! Zwłaszcza, jak się można pobawić suwakami w programie graficznym ;) . Ale tak naprawdę to zachodzące słońce dawało piękne kolory.



Miało być zielono i jest zielono!


Wieża drga jak alkoholik na delirce. Do tego jest zimno: termometr niby pokazuje szesnaście stopni, lecz przy wietrze stawiałbym dychę niżej. Oprócz nas z aparatem walczy jeszcze jeden facet, ale on ma ze sobą co najmniej trzy inne obiektywy. Potem dołączył kolejny chłop, któremu błyskawicznie zwiało czapkę z daszkiem i poleciała, hen, przed siebie.


Pamiątkowe zdjęcie przy słupkach szczytowych z datą 1935. Nawet przy gruncie wiatr prawie wyrwał mi włosy.


Z wieży schodzimy kawałek dalej na zachód, gdzie znajdują się ciekawe formacje skalne Traja jazdci. Zbudowane z kwarcu posiadają szaro-metaliczny kolor, który sprawił, że miałem wrażenie stać przed konstrukcją z żelaza.




Z góry jest ponoć ciekawy widok (choć nie wiem, którędy tam się wspiąć), z dołu także coś przebija.


Wracamy do wiaty, gdzie powoli nastaje ciemność. Bastek rozpala ognisko, w garnku będzie się grzać potrawka z sosem i z krojonym wusztem.


Postanawiamy włączyć radio. Na moim telefonie łapię jedynie Czechów, którzy wcale nie są najbliższym sąsiadem, bo granica oddalona jest o co najmniej czterdzieści kilometrów. Smartfon Bastka ma lepsze zasięgi: są Słowacy, Austriacy (dwadzieścia pięć kilometrów), aż wreszcie Węgrzy (czterdzieści kilometrów): w Petőfi Rádió trwa koncert muzyki ludowej, będącej mieszanką madziarsko-cygańską. Całkiem klimatycznie. Natomiast pod względem dostępności do internetu jesteśmy w czarnej dziurze, również normalny zasięg telefoniczny jest tu bardzo słaby, choć przy wieży nie było z nim problemów.


W nocy nikt nas nie odwiedza, a przynajmniej żaden człowiek. Był pewien rowerzysta, który z przecinającą zmrok czołówką dojechał do pobliskiego rozdroża szlaków, postał tam chwilę i zawrócił. Wokół nas długo krąży jakieś zwierzę, chyba lis. W lesie pohukuje sowa. A na ścianach wiaty odkrywamy, że jednak jest zamieszkała.


Budzę się o szóstej rano za potrzebą. Niebo jest całe zaciągnięte, zaczyna mżyć. Niezbyt dobry prognostyk na resztę dnia, na szczęście później przestaje, choć na słońce nie ma co liczyć. Zrobiło się także chłodno, zakładam długie spodnie, co u mnie nietypowe. Nadal mocno wieje, a na półce znajdujemy preparat o wymownej nazwie Cutasept.


Po śniadaniu zaczynamy schodzić do Modrej niebieskim chodníkiem Ľudovíta Štúra. Na tym odcinku po raz pierwszy spotykamy teren po wycince, który odsłonił nieco widoków.



Patrzymy w kierunku Bratysławy, z boku majaczą jej wieżowce. Natomiast na środku dwa Javorníki - Mały i Wielki, szliśmy obok nich wczoraj.


W lesie robi się ciepło, więc już kombinuję jak zmienić gacie. Szlak kręci się w różne strony, pojawiają się pierwsze strumienie.



Na niektórych drogowskazach spotykamy tablice z 1991 roku: jeszcze Czechosłowacja, ale już nie komunistyczna. Wieży na szczycie wówczas nie było, wybudowano ją w 2018 roku.


Bastek robi mi zdjęcie w długich galotach, ale to już ich końcówka...


Szumiący potok kusi nas tak bardzo, że decydujemy się na szybką kąpiel, zanim dojdziemy do miejscowości. I oczywiście, zupełnie przypadkowo, akurat wtedy pojawią się pierwsi i jedyni turyści spotkani na szlaku! Ewidentnie zboczeńcy spragnieni gołych ludzi w lesie!


Ławeczka Štúra. Ponoć lubił chodzić w te miejsce i dumać.


Pojawiają się pierwsze zabudowania: sklecone byle jak domki działkowe. Potem budynki robią się coraz okazalsze i towarzyszą im uprawy winnic, które od pewnego momentu są wszędzie. Małe i duże, nawet na przydomowych ogródkach rosną pojedyncze drzewka. Tak jak pisałem: Małe Karpaty słyną z wina, jest to jeden z sześciu regionów winiarskich Słowacji. I być może najstarszy: niektóre źródła podają, że wino produkowano w okolicach tych niewielkich gór już 1000 lat przed naszą erą, winnice sadzili również Rzymianie, chociaż... oni tak naprawdę do Karpat nie dotarli na stałe, zatrzymał ich Dunaj i barbarzyńcy.




W tych pięknych okolicznościach przyrody robimy sobie krótką przerwę i sesję zdjęciową: solo, z faną, z dwiema gębami...



Zaczynają się osiedla mieszkaniowe Modrej. Przemykamy szybko, bo doszliśmy do wniosku, że spróbujemy się wbić na wcześniejszy autobus, a wszelkie sprawunki załatwimy w kolejnej miejscowości. Jest trochę żalu, bo mijamy ciekawą knajpę ulokowaną w dawnym kinie, lecz na piwo przyjdzie jeszcze czas.

Autobus tradycyjnie się spóźnia, w dodatku z tablicy w ogóle nie wynika, że jedzie tam, gdzie powinien. Zagaduję jednego dziadka i okazuje się, że tak: to taki kurs specjalny, dookoła. No to wsiadamy, a dokładnie w tym samym momencie pierwsze krople deszczu uderzają w szybę. W ten sposób skończyliśmy drugi, najwyższy etap naszego łażenia po Małych Karpatach.
_________________
Staliśmy nad przepaścią, ale zrobiliśmy wielki krok naprzód!
 
 
Adrian 
Cieszynioki


Wiek: 40
Dołączył: 13 Lis 2017
Posty: 9487
Wysłany: 2024-06-07, 20:31   

Cytat:
Cutasept


Może to na płonący konar :lol


Cytat:
. I oczywiście, zupełnie przypadkowo, akurat wtedy pojawią się pierwsi i jedyni turyści spotkani na szlaku! Ewidentnie zboczeńcy spragnieni gołych ludzi w lesie!


Może mieli jakieś foto pułapki i czekali na takich jak Wy naturystów ;)
 
 
Pudelek


Dołączył: 08 Lip 2013
Posty: 8363
Skąd: Oberschlesien
Wysłany: 2024-06-07, 22:00   

Adrian napisał/a:
Może to na płonący konar

niby dezynfekcyjny, ale kto ich tam wie ;)

Adrian napisał/a:
Może mieli jakieś foto pułapki i czekali na takich jak Wy naturystów

jeszcze nie zdążyliśmy się rozebrać, a ci już przyszli, więc jacyś szybcy :P
_________________
Staliśmy nad przepaścią, ale zrobiliśmy wielki krok naprzód!
 
 
Adrian 
Cieszynioki


Wiek: 40
Dołączył: 13 Lis 2017
Posty: 9487
Wysłany: 2024-06-08, 06:17   

Cytat:
jeszcze nie zdążyliśmy się rozebrać, a ci już przyszli, więc jacyś szybcy :P


Takie sytuacje są ciekawym zjawiskiem, może iść cały dzień i nikogo nie spotkasz, ale jak tylko chciałbyś odejść na siku pod drzewko, to zaraz ktoś się pojawia nie wiadomo skąd, ciężkie jest życie turysty :lol
Ostatnio zmieniony przez Adrian 2024-06-08, 06:40, w całości zmieniany 1 raz  
 
 
Pudelek


Dołączył: 08 Lip 2013
Posty: 8363
Skąd: Oberschlesien
Wysłany: 2024-06-12, 16:52   

Trnawa (Trnava, Nagyszombat, Tyrnau) to sporej wielkości (jak na Słowację) miasto, stolica ichniejszego kraju. Posiada pełną zabytków starówkę, a z racji ilości świątyń nazywana jest "Małym Rzymem" lub "Słowackim Rzymem" (te przymiotniki dzieli z Nitrą). Nas przywiodły do niego jednak kwestie praktyczne: z jednej małokarpackiej miejscowości do drugiej najłatwiej było się dostać właśnie przez Trnawę.


Po przyjeździe mamy do wykonania kilka czynności w tej właśnie kolejności:
* znaleźć toaletę,
* kupić bilet kolejowy na jutro,
* znaleźć przystanek autobusowy na dzisiaj,
* znaleźć knajpę,
* zrobić zakupy.
Pierwsze dwa punkty zrealizowaliśmy szybko. Przystanek okazał się leżeć niemal naprzeciwko knajpy niedaleko dworca. I to jakiej knajpy! Speluna w starym stylu. Niemal sami faceci z podejrzanymi gębami, zapach lekko skisłego piwa, wystrój z dawnych lat i cena wreszcie przypominające poprzednią majówkę (1,50 euro za kufel). W telewizji leci mecz hokeja Słowaków z Czechami, ale młodzieżówek, więc nie interesuje zbyt wiele osób. Słowacy ostatecznie wygrali.


Nieco obskurna toaleta znajduje się w zewnętrznym korytarzu. Drzwi do wersji damskiej są zamknięte, więc wracam się po klucz.
- Na wielką czy małą potrzebę? - dopytuje się właściciel przybytku.
- Na wielką - robię odpowiednią minę.
Dostaję klucze i wyciągam dwadzieścia centów, bo tyle niby kosztuje skorzystanie z "dwójki". Chłop macha rękami.
- Dla turystów darmowe.
Pięknie.

Gorzej poszło z zakupami, bo w najbliższej okolicy dworca nie ma żadnego rozsądnego sklepu. Musieliśmy lecieć - osobno - do centrów handlowych, a czas do odjazdu autobusu niebezpiecznie się przybliżał.
- Gdzie twój kolega? - zagaduje mnie sporych rozmiarów barmanka, gdy Bastek zajmował się swoim zaopatrzeniem.
- Poszedł do sklepu.
- Ooo, to niech się pospieszy, bo mu pianka opada!
Babka lubiła sobie pogadać z klientami, zwłaszcza, że większość znała.
- Honza, a ty co, chory jesteś, że tylko jeden kieliszek pijesz? - wołała do pewnego typa, który potem musiał się tłumaczyć ;) .


Po czterdziestu minutach w autobusie wychodzimy na przystanku w wiosce Naháč (węg. Nahács). To najmniejsza dotychczasowa miejscowość podczas naszej majówki, mieszka w niej niespełna czterysta osób. W czwartkowe popołudnie wygląda jak wymarła.


Ma tu jednak być knajpa! Idziemy w jej kierunku i początkowo wydaje się, iż ją zamknęli. Na szczęście kraty na drzwiach broniły dostępu do dawnego sklepu, który nie działał już dobrych kilka lat, natomiast wejście do lokalu znajdowało się od strony piwnicy, od tyłu. Knajpa okazała się najfajniejsza spośród wszystkich odwiedzonych. Drewniany klasyczny wystrój, piwo poniżej dwóch euro i lokalni bywalcy, którzy od razu się nami zainteresowali.
- Gdzie idziecie? Dokąd? A gdzie nocleg? A byliście na Katarínce?
- Macie mapy? - dopytuje inny.
- Mają. Ale zamiast iść drogą, to zejdźcie w dół ogrodem i potem wzdłuż koryta rzeki. To będzie bliżej. Tylko pamiętajcie, aby skręcić w lewo, bo byli tacy, co skręcili w prawo i nie wiadomo gdzie doszli - śmieje się facet. - No, ale jak wam się podobają Małe Karpaty?
- Fajne, tylko takie małe - odpowiadam lekko prowokacyjnie.
- No małe, Tatry to nie są. Ale tu też przyjeżdżają turyści, nie ma tłumów, nie to co w Tatrach - podkreśla miejscowy.
W trakcie dalszej dyskusji okazało się, że stosunek do Tatr mamy podobny ;) .
- Nazdar, chlapci - zawołał na odchodne najstarszy piwosz i zniknął w drzwiach. My też powinniśmy już iść, ale Bastek uświadomił mi, że to pewnie ostatni lokal na naszej trasie majówkowej, więc ostatecznie zamówiliśmy jeszcze jedno pożegnalne szybkie piwo :) .


Koniec końców poszliśmy jednak drogą, aby przyjrzeć się wiosce, bo wraz ze zbliżającym się wieczorem na ulice wyszło trochę ludzi. Na jednej z bram zauważamy tablicę w języku polskim.



Spotykamy niebieski szlak. Opuszcza on wioskę i prowadzi wzdłuż małego potoku. Las pięknie pachnie i zaczynają się całe polany czosnku niedźwiedziego.



Po ponad dwóch kilometrach wdrapujemy się na wzgórze, na którym znajduje się wspominana w knajpie Katarínka. Są to ruiny franciszkańskiego klasztoru założonego w 1618 roku i poświęconego św. Katarzynie. Kompleksu nie strawił pożar ani obce wojska (choć kilkukrotnie tureccy, węgierscy i cesarscy żołdacy zaglądali tu bynajmniej nie z duszpasterską wizytą), lecz administracja: po kasacie zakonów ogłoszonej przez Józefa II w 1786 roku zakonnicy musieli go opuścić i po prostu rozpadał się z powodu braku zainteresowania.
Najbardziej imponującą częścią ruin jest kościół.



Dawny ołtarz, a także - prawdopodobnie - ślady gotyckiej kapliczki, która stała na wzgórzu jako pierwsza.


Na wieżę można wchodzić, ale z przewodnikiem w określone dni.


W sąsiedztwie kościoła są pozostałości jednego ze skrzydeł klasztornych. Widać ślady prowadzonych badań archeologicznych oraz... turystów.



To nie koniec atrakcji w tej lokalizacji. Kawałek od ruin trafiamy na... kolejkę wąskotorową (Malokarpatská lesná železnička, Lesná Železnica Katarínka)!


Na przełomie XIX i XX wieku na terenie dzisiejszej Słowacji pracowało około czterdziestu kolejek leśnych. Jedną z nich założył hrabia Pálffy: wożono nią drewno nie tylko do tartaków, ale i do zakładów chemicznych. Całość torów liczyła sobie kilkadziesiąt kilometrów, przechodziły one również przez teren gminy Naháč, lecz akurat nie tutaj. Kolejkę zlikwidowano w latach 60., natomiast ćwierć wieku temu w bliskości klasztoru i przy starej leśniczówce stworzono skansen, na którego składają się elementy uratowane z różnych miejsc. Wygląda to momentami trochę dziwnie, jakby niedokończone - na przykład ten rozjazd pochodzi ze Smolenic.


Nie mogło oczywiście zabraknąć taboru. Są oryginalne wagoniki towarowe i współczesne osobowe. W ciepłych miesiącach w weekendy można się wybrać na krótką, kilkusetmetrową przejażdżkę.



Lokomotywa prawdopodobnie jest schowana w garażu za moimi plecami.


Słońce już blisko horyzontu. Migawki pstrykają, trzeba łapać ostatnie jego chwile. Co prawda ta część Małych Karpat znowu jest dość płaska, ale z jednego punktu widać Zaruby, najwyższy szczyt pasma.



Generalnie świetne miejsce! Nawet zastanawialiśmy się, czy nie zostać na noc! Moglibyśmy rozłożyć karimaty pod wieżą, żaden deszcz nie byłby nam straszny. Są tu przygotowane paleniska, jest wychodek. Zdążylibyśmy nawet wrócić do knajpy na piwo ;) .



Zwyciężył głód wędrówki oraz perspektywa noclegu w obiekcie, który jako pierwszy przykuł moją uwagę na mapie Małych Karpat. Ale to dopiero za kilka dobrych kilometrów. Ruszamy z plecakami, póki jeszcze coś widać. Jeszcze nie wiemy, że popełniamy błąd...



Początkowy odcinek biegnie wzdłuż łąk, potem wchodzimy do lasu pełnego czosnku. Tak dużo czosnku w jednym miejscu jeszcze nie wiedziałem! Obiecujemy sobie, że rano porobimy stosowne zdjęcia.
Ze szlaku odbijamy na ścieżkę dydaktyczną, a potem znowu na szlak. Po bokach mamy różne szczyty (Kátlovská hora, Okrúhla, Kopec, Mihalinová), lecz wszystko one są w przedziale 350 - 500 metrów, nie ma więc mowy o dużych podejściach.


Krótko po dwudziestej pierwszej docieramy do zagubionej wśród lasu chatki, przypominającej miniaturkę współczesnych modnych, ekologicznych domów. To funkel nówka útulňa Jozefa Maka, wybudowana w czerwcu 2023 roku. Czyściutka, jeszcze pachnąca, z piecem i pięterkiem. Idealna na wieczorną kolację i rozmowy przed snem.
- Uważaj, bo kogoś możesz wystraszyć! - wołam żartem do Bastka, bo nie spotkaliśmy od rana żadnego turysty (pomijając dwójkę w czasie naszej kąpieli) i nie podejrzewam, żeby ktoś był w środku.
- Dobrý deň - zagaduje Bastek otwierając drzwi, po czym zaraz je zamyka. - Ej, tam ktoś leży!


Zaglądam i rzeczywiście: na dole widzę dwójkę albo trójkę osób zapakowanych w śpiwory. Jedna z nich się podnosi i patrzy na mnie nieprzytomnym wzrokiem.
- Jest na górze wolne? - dopytuję.
W odpowiedzi słyszę niezrozumiały bełkot. Naćpali się, czy co?
- Czy jest na górze wolne?! - podnoszę głos.
Znowu jakieś bełkotanie, wreszcie dochodzi coś w rodzaju: "no, no". Ale "no" czyli tak, czy "no" jako "nein"? Zerkam na pięterko i wystają z niego jakieś nogi. Aha. Nic tu po nas. Co prawda spokojnie byśmy się zmieścili, lecz nie wyobrażam sobie wieczoru w takim towarzystwie. Ani rozpalić ognia, ani pogadać, pewno każdy ruch by im przeszkadzał.
- Kto chodzi spać o tej porze? - kiwa z niedowierzaniem głową Bastek. - Przecież jest dziesięć po dziewiątej!
Może to tacy, co wstają o piątej rano, walą pięćdziesiąt kilometrów i potem padają ze zmęczenia, a kolejnego dnia znowu robią maraton? Faktem jest, że obok biegnie Cesta hrdinov SNP, więc na pewno jacyś długodystansowcy się znajdą. Ponoć chatka bywa rzeczywiście mocno oblegana, nawet w tygodniu (a mamy czwartek). A może rzeczywiście zabawili się wcześniej i popadali, bo facet, z którym usiłowałem "rozmawiać", na przytomnego nie wyglądał.

Pytanie, co teraz? Rozbijamy tu namiot? I tak byśmy im przeszkadzali. Cofnąć się do Katarínki? Półtorej godziny łażenia. Cholera, trzeba było tam zostać! Jest jeszcze jedna opcja, a właściwie trzy. Ale ta pierwsza najlepsza. Bliżej od ruin klasztoru i także w lesie znajduje się inna chatka, która na zdjęciach wyglądała fajnie. Nie taka nowa, lecz wyposażona jak útulňie w Fatrze. Tylko czy do niej trafimy? Położona jest w większym oddaleniu od szlaku i może być trochę błądzenia. A jak tam też ktoś będzie spał? Jest jeszcze zaznaczona mała wiatka przy samej drodze, lecz to pewnie tylko zadaszona ławka. No i można w ostateczności pójść na przystanek kolejowy, z którego chcemy jutro jechać do Trnawy, na przystankach zazwyczaj są jakieś zabudowania. Na razie spróbujemy pierwszą opcję.

Przez pół godziny idziemy drogą, a potem zaczynamy szukać odbicia w głąb lasu. Wiemy tylko, że ma być za źródełkiem.
- Może to tutaj?
- Za blisko.
- A tutaj?
- To krzaki.
- Może tam przy źródle?
- Nie, ścieżka kończy się po kilkunastu metrach.
- Może tam?
- To chyba za daleko.
Jak na złość mamy internetową dziurę, a gdy lokalizacja czasem wskoczy, to pokazuje bardzo dziwne miejsca. W końcu wbijamy w jedyną możliwą ścieżkę, a przynajmniej w coś, co na początku ścieżkę przypomina, ale po chwili zmienia się w wąwóz z powalonymi drzewami i krzakami.
- Nie wygląda, aby ktoś tu chodził - stwierdzamy.
Jest dość stromo, co chwilę zjeżdżamy na patykach albo liściach. Po pewnym czasie zaczyna się wypłaszczać i wtedy mamy wrażenie, że są przed nami wydeptane ślady, które jednak równie dobrze mogły zrobić zwierzęta.
- Musimy dojść do ścieżki prostopadłej.
Nagle widzę jakiś blask po lewej. Chatka! Może ktoś tam świeci? Lecę w krzaki, mimo, że Bastek woła, że to za wcześnie. Blask znika, niczego nie znajduję oprócz morza pokrzyw parzącego mi nogi. Wracamy do niby-ścieżki i idziemy dalej. Gdy robi się zupełnie płasko faktycznie jest jakaś prostopadła ścieżyna i z tego miejsca mamy już kawałek do celu. Niby tylko sześćset metrów od szlaku, a ile to zajęło czasu!

Niestety, chatka (zrub Lámaná skala) okazuje się być zamknięta! Krata i solidna kłódka. Przez brudne okna widzimy w środku łóżka, stoliki, szafy... Szczęściem w nieszczęściu jest zewnętrzny zadaszony stół. Na dwóch ławkach dadzą radę położyć się dwie osoby, zwłaszcza, że można tam rzucić szerokie oparcia. Do tego kominek!


Nagle Bastek widzi jakieś światła, które mają się do nas zbliżać. Ale to raczej złudzenie, nikogo nie ma. Są tylko zwierzęta. Słyszymy je przez cały czas, krążą wokół domku, lecz nie przekraczają granicy światła. Sarny, jelenie, nawet popielica.
Odpalamy radio. Madziarów już słabo słychać, ale Niederösterreich i Wiedeń są bardzo silne, nadają głównie Heimatmelodie.


Rano nad głowami latają rozmaite owady: czarne pszczoły, bąki, osy, jeden szerszeń. Chyba niektóre mają gniazdo wśród ścian domku.


Z przyczyn technicznych pobudka tym razem była wczesna. Z nieba lekko mży, ale...
- Według prognozy teraz miała być najgorsza pogoda - informuje Bastek. - Więc jeśli teraz tak pada, to potem powinien być już spokój.


Żegnamy nasz "awaryjny" nocleg. Trzeba poprawić mapy na różnych stronach, które informują, że jest on otwarty. No, chyba, że ktoś się włamywał...


W szarościach dnia ścieżka od szlaku nie wygląda już tak strasznie, choć ewidentnie jest rzadko uczęszczana przez ludzi. W pewnym momencie drogę przecięły nam dwie kozice! Co ciekawe, według internetu w tej części Słowacji kozice nie występują :D .



Przy czerwonym szlaku taki sam spokój jak wczoraj wieczorem. Wzdłuż szutru drzewa rosną w równych rzędach, czyżby je ktoś kiedyś zasadził?


Nad potokiem oglądamy kolejną opcję do spania, którą wieczorem rozważaliśmy. Spodziewałem się małej ławki, ale stoi tam wiatka, która spokojnie pomieściłaby nasze dwie osoby. Są miejsca na ognisko, wychodek, no i woda, a tej bardzo nam wczoraj brakowało.


Na skraju lasu stoi tablica głosząca, żeby nie chodzić poza szlakami, bo to teren częstych polowań. Dobrze, że nie przeczytaliśmy jej wczoraj, wtedy wędrówka do chatki byłaby jeszcze bardziej emocjonująca, a każdy trzask sugerowałby myśliwego!


Zaczyna padać. Na domiar złego doszliśmy do asfaltowej drogi, wąskiej, bocznej, lecz intensywnie używanej przez... tiry kursujące do jakiegoś zakładu. Co chwilę musimy uskakiwać przed rozpędzonymi kolosami. Mijamy samotną leśniczówkę, a deszcz zmienia się w ulewę!


Przechodzimy jeszcze kilkaset metrów i chowamy się pod dachem jednego z kilku domków leśnej osady. Ten jest zamieszkały, słyszymy rozmowy dochodzące z ciepłego i suchego wnętrza, a nam woda leje się ze wszystkich stron. Wyszliśmy z zapasem czasowym, więc na razie bierzemy opady na przeczekanie.
Mija pięć minut, dziesięć, kwadrans... Gdy wydaje się, że deszcz nieco odpuszcza, to po krótkiej chwili znowu się nasila. No nie, trzeba się ruszyć, mamy jeszcze prawie trzy kilometry na dworzec kolejowy.
Walimy przed siebie wśród intensywnych opadów. Droga dziwnie kręci, potem jakby zawracała. Przecinamy większą szosę, przekraczamy rzekę i widzimy tory, ale na przystanek jeszcze kawałek marszu. Nagle szlak zaczyna cisnąć pod górę, ścieżka zwęża się tak, że trzeba się szarpać z krzakami, pod stopami błoto, na którym co chwilę się ślizgam! Rzucam przekleństwami i oczyma wyobraźni widzę uciekający nam przed nosem pociąg...
Ale to strachy na lachy, na peron przynależny do wioski Buková (Bikszárd; miejscowość jest sporo oddalona od torów) wpadamy prawie dziesięć minut przed planowanym odjazdem!


Nie ma tu żadnej wiaty, żadnego daszku, więc nadal mokniemy, co widać na zdjęciu Bastka. Dobrze, że nie wpadliśmy na pomysł, aby tu nocować, bo rano mielibyśmy akcję szybkiego zwijania obozu!


Pociąg się spóźnia. Niby słowacka tradycja, lecz jesteśmy na takim odludziu, że w razie jego odwołania zostalibyśmy w czarnej d...e na wiele godzin! A może go rzeczywiście skasowali? Przyklejony rozkład obowiązuje od... jutra. Zaczynam się denerwować, ale w końcu na horyzoncie pojawia się czerwona sylwetka. Tylko kwadrans opóźnienia, drobiazg...


Na części tej trasy obowiązuje "samoobsługa biletowa". Nie ma konduktora, trzeba wejść z kupionym wcześniej biletem (co uczyniłem wczoraj w Trnawie) albo zrobić to przez aplikację. A co, jeśli nie mamy smartfona, internetu, padła technika i tak dalej? W razie kontroli... mandat. Ciekawe. Tym ciekawiej, że po chwili konduktor jednak się zjawia, normalnie sprawdza bilety i je sprzedaje...

Rozsiadamy się wygodnie, bo w porównaniu z autobusami miejsca na nogi i plecaki mamy od groma. Za oknem Małe Karpaty kompletnie zakryte są chmurami, dobrze, że nie mieliśmy takiej aury przez cały wyjazd!


W Trnawie mamy ponad godzinę czasu do przesiadki, więc spędzamy te chwile wypijając ostatnie majówkowe piwko w knajpie na dworcu. I wyciągając kleszcze: Bastek znalazł u siebie jednego, ja... cztery, a piąty objawił się dzień później - martwy, w moim łóżku. Zapewne zakrzaczony odcinek do przystanku w Bukovej pełen był tego robactwa! I w ten oto sposób zakończyliśmy odwiedziny w Małych Karpatach w 2024 roku.
_________________
Staliśmy nad przepaścią, ale zrobiliśmy wielki krok naprzód!
 
 
Adrian 
Cieszynioki


Wiek: 40
Dołączył: 13 Lis 2017
Posty: 9487
Wysłany: 2024-06-12, 21:58   

Też ostatnio miałem przygodę, że musiałem przejść niby tylko kilkaset metrów do szlaku, ale to było ciężkie kilkaset metrów, zakończone odrapanymi i poparzonymi nogami, mokry byłem po pas i na drugi dzień znalazłem jednego kleszcza, a i tak było fajnie :lol

Szkoda że chatka była zamknięta, choć tyle szczęścia że był ten kominek i ława.
Dobry z was duet i fajnie mieć z kim maszerować na takich kilkudniowych wypadach, lekko zazdroszczę ;)
 
 
Pudelek


Dołączył: 08 Lip 2013
Posty: 8363
Skąd: Oberschlesien
Wysłany: 2024-06-13, 11:18   

Najgorsze są takie odcinki, co niby blisko, a przedzierasz się jak w dżungli...

Duet jest jedynie na wybrane wyjazdy ;)
_________________
Staliśmy nad przepaścią, ale zrobiliśmy wielki krok naprzód!
 
 
Coldman 


Wiek: 26
Dołączył: 19 Maj 2020
Posty: 1160
Skąd: Wysoczyzna Kaliska
Wysłany: 2024-06-13, 11:51   

Nie zdążyłem przeczytać i tak myślę ten spodek na moście to jak na śnieżce :D

Ta wiatka z nocy elegancka, takich w Polsce potrzeba :D

Ogólnie bardzo lubię ten typ krajobrazu. Niskie Karpaty mają swoją moc. Aż mi się zachciało w góry jechać :D
_________________
Świat gór! Aby go nazwać swoim, trzeba zainwestować znacznie więcej niż krótkotrwałą radość oczu. I może dlatego właśnie człowiek naprawdę kochający góry chce znosić trudy, wyrzeczenia i niebezpieczeństwa na ich skalnych szlakach
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Copyright © 2013 by Góry bez granic | All rights reserved | Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group